Grupa Korpuskularna (Fibich, Grygier, Nykowski) „Na lightcie”

Autor

Daniel żródlewski

galeria

„Na lightcie” to projekt artystów związanych z Teatrem Kana: Weroniki Fibich – reżyser, Tomasza Grygiera – scenicznego technika i aktora w jednej osobie oraz fotografa i także maga od teatralnych technicznych czarów – Piotra Nykowskiego. Cała trójka występuje pod szyldem Grupy Korpuskularnej. 

Gdyby chcieć dopisać do tytułu charakteryzującą spektakl frazę można by było go rozwinąć: „Na lighcie, czyli teatr z dystansu i z dystansem”. Ów „dystans” to słowo-klucz do zrozumienia, ale też próby oceny przedstawienia. Główny bohater swój sceniczny wywód uzasadnia: „Kiedy moja pozycja w teatrze jako technika zaczęła słabnąć, a cyfra zaczęła wypierać analog, postanowiłem, robiąc taki teatralny rachunek sumienia, wykrzesać z siebie resztki minionej bezpowrotnie fantazji i zmierzyć się z problemem samotności montażysty na scenie, jego egzystencji w świecie zdominowanym przez aktorów, reżyserów i scenografów…” Ile w tym kreacji, czy literackiego polotu, a ile prawdy wynikającej z doświadczenia wiedzą tylko twórcy spektaklu. Nie mniej rzecz okazuje się niezwykle wciągająca. Tak zwani „branżyści” odnajdą tu własne zawodowe doświadczenia, a ci którzy nie poznali jeszcze teatru od kulis, być może zrozumieją istotę (istotność?) drugiej, niewidocznej strony scenicznego okna. Ci, którzy już otarli się o teatralną machinę, otrzymają sporą porcję, intrygujących faktów, teorii, a być może inspiracji. 

Przytoczony „dystans” obecny jest tu jednak znacznie intensywniej. To przede wszystkim znakomita kreacja Tomasza Grygiera – odważna, wyrazista, ale jednocześnie wymagająca świetnego aktorskiego warsztatu i fizycznej sprawności. Aktor buduje postać konsekwentnie, „branżyści” wiedzą, że „gra” trochę siebie, ale On „gra” właśnie dystans! Do siebie, do teatru, do spektaklu, do ludzi, do… Ileż trzeba odwagi, by sparodiować na scenie samego siebie? Tu mowa o świetnej scenie, w której Grygier sam szydzi ze swojej charakterystycznej wymowy litery „r”. Albo kiedy przytacza prawdziwe historie i wspomina prawdziwe postaci teatralnego światka.

Świetna jest sekwencja rozmowy aktora z oświetleniowcem (swoją drogą – dlaczego kiedy aktorzy podczas ukłonów wskazują z uznaniem na reżyserkę, nikt tam się nie kłania?). W tej roli powściągliwy, lecz zabawny Piotr Nykowski. Z jednej strony ten zabieg stanowi fantastyczną próbę odczarowania nieco teatralnej produkcji, a z drugiej pokazuje faktyczną wagę ludzkich relacji, tworzących teatr. Nykowski, obok aktorskich wtrętów, z dużym skupieniem prowadzi także spektakl technicznie, szczególnie tak ważne tu światło. 

Weronika Fibich wirtuozersko i misternie stworzyła konstrukcję widowiska, a później konsekwentnie pilnowała jego rytmu. W pewnym momencie widz, ma wrażenie, że jest świadkiem „prawie monodramu”, w którym o świetlnych i aktorskich popisach tylko się mówi. Jednak Fibich wytacza oręże teatralnych machin i talentów. Ostatnie kilkanaście minut spektaklu to popis teatralnej magii i aktorskiego (także fizycznego) warsztatu Grygiera. Trochę jak ten paw, co w spektaklu idzie w kierunku światła…  

Znakomite są „niemożliwe” urządzenia, machiny, przedmioty, pozornie tylko bezużyteczne… One pomagają zrozumieć skalę skomplikowania teatralnego parku technicznego! Za to mankamentem produkcji wydaje się brak pomysłu lub zdecydowania jak zakończyć opowieść. Stąd też rzecz kończy się wielokrotnie. Jednak o kilka razy za dużo. 

7( 117)
Lipiec'18