Pierwsza była gitara

Rozpoczynając ten tekst zastanawiałam się nad tym, czym dla mnie jest muzyka. Sama pozbawiona talentów muzycznych (grać potrafię jedynie na nerwach a śpiewam tylko wtedy, kiedy nie ma nikogo w pobliżu), szukałam słów, którymi zdefiniuję tę najpiękniejszą dla mnie ze sztuk. I tu pojawił się cytat z Boba Marleya, guru muzyki reggae, który powiedział to za mnie: „Dobra rzecz w muzyce to jest to, że gdy cię trafi, nie czujesz bólu”. 

Autor

Aneta Dolega

galeria

Mnie trafiło już w dzieciństwie jak usłyszałam Madonnę i Davida Bowie. Moich rozmówców też jakoś w tym okresie, ale na tyle mocno, że pomimo poważnych zawodów jakie pełnią obecnie, znaleźli czas by z muzyką związać się mocniej. Jedni chwycili za mikrofon, drudzy za gitary. Oto co mi wyznali.

Adrenalina i przestery

– Gitara była w domu od zawsze, bo mój tata na niej grał – zaczyna Szymon Wasilewski, dziennikarz i rzecznik prasowy szczecińskich 13 Muz, a po godzinach gitarzysta w kapeli Złodzieje. –   Sam chwyciłem za wiosło dopiero w liceum, a stało się tak, bo zawsze interesowałem się muzyką i w końcu dojrzałem, żeby samemu spróbować zagrać riffy, których wówczas słuchałem, czyli m.in. Armii, Nirvany, Led Zeppelin, Black Sabbath, a nawet black metalowców z Mayhem. 

Adam Kuzycz – Berezowski, aktor Teatru Współczesnego w Szczecinie a także wokalista w death metalowej grupie Defus: – Każdy z nas ma swoją drogę do muzyki, która wyraża, to kim jesteśmy. Moja zaczęła się, gdy pewnego dnia mój młodszy brat zaciągnął mnie na pierwszy w życiu koncert metalowy – wspomina. – Siedzieliśmy spokojnie popijając piwko, kiedy nagle zaczęła się próba. Zagrzmiała perkusja, gitary ryknęły złowieszczym „przesterem”, a mnie zamurowało! Poczułem uderzenie adrenaliny i ciarki na plecach jak nigdy dotąd i po prostu wiedziałem, że jestem w domu. Reszta tego wieczoru to pogo, pot i muza, która miażdżyła wszystko znane mi dotychczas. 

– W podstawówce na moim rodzinnym Skolwinie słuchaczami hip-hopu byli raczej wyłącznie koledzy z ulicy Celulozowej – dołącza do rozmowy Przemysław Kazaniecki, biznesmen, promotor futbolu amerykańskiego w Polsce, ale także ważna postać w polskim hip hopie, ostatnio lider projektu Tragarze. – Od nich dostawałem kasety, jakieś informacje. Ale dopiero w liceum zacząłem naprawdę słuchać, a później pisać. W klasie miałem Michała Brzozowskiego, obecnie wziętego warszawskiego gastronomika i Dj’a, który zawsze bardzo dużo wiedział o muzyce. W liceum nr V było zatrzęsienie ciekawych osób. Kilka klas niżej był np. Adam „Łona” Zieliński, legenda polskiego rapu.

Miłość po pierwszej nutce

Ważne są płyty, które zmieniają nasze postrzeganie rzeczywistości, ukochane instrumenty, dzięki którym możemy przenieść się do innego świata, artyści, których twórczość inspiruje do działania, pomaga znieść ciężkie chwile albo ilustruje te najlepsze. – Słuchałem zawsze bardzo różnej muzyki. W liceum od punk rocka, przez hard rocka do metalu, przez wszelkie odcienie muzyki alternatywnej, czasem bardzo subtelnej (jak 4AD) czasem zakręconej jak Frank Zappa – wymienia Olgierd Geblewicz, marszałek Pomorza Zachodniego a także niezły gitarzysta. – W latach 90-tych zaś przyszedł grunge, który wymieszał wszystko i stał się dla mnie ważnym nurtem. Mam kilka gitar. Trzy elektryczne. Amerykańskiego Washburn’a kupił i przywiózł mi z USA brat w latach 90. Długo na niej grałem. Japońską Arię z 1973r. kupiłem sobie na 40-tkę. To taki jazzowy semiakustyk (kopia ES335). Ciekawie brzmi. Ostatnio kupiłem sobie zaś za grosze japońską kopię Fendera Stratocastera z lat 70-tych. Super wygodna. Uwielbiam stare gitary z duszą, z wyjątkowym brzmieniem, ze swoją historią, czasem obiciami, które dodają im charakteru. Mam jeszcze akustycznego Fendera, którego kupiłem w czasach studenckich, gdy podczas wakacji pracowałem w Niemczech. W domu stoi też pianino Calisia, które kupiła mi śp. babcia Marysia, gdy uczyłem się w Szkole Muzycznej.  

Szymon Wasilewski: – Jest dużo ważnych dla mnie płyt. W pierwszej kolejności prawie cała dyskografia Queen i Radiohead, to chyba dwie najważniejsze dla mnie grupy. Gdzieś pomiędzy są jeszcze bardzo różne rzeczy: trochę elektroniki, jazzu. W domu mam kilkaset płyt, ale jak powiedział mi kiedyś Piotr Metz, gdy zapytałem go o jego kolekcję: wolałbym rozmawiać o jej jakości niż wielkości.

Szymon jest także osobą, która powołała do życia w Szczecinie Record Store Day, czyli święto płyt winylowych i małych niezależnych wytwórni, które jest od lat obchodzone na całym świecie. – Faktycznie, szczecińska edycja Record Store Day była moją inicjatywą. Przeczytałem o tym wydarzeniu organizowanym w miastach na całym świecie i pomyślałem, że ciekawie byłoby zrobić coś takiego w Szczecinie. Zapytałem Tomka Licaka, świetnego muzyka i mojego kolegę z zespołu co o tym myśli. Pomysł mu się spodobał i poszliśmy do OFF Mariny. Resztę historii znasz doskonale. W sumie można powiedzieć, że zainspirowaliśmy ludzi w Szczecinie do podobnych akcji. Fajnie, bo o to w tym tak naprawdę chodziło. Teraz praktycznie przynajmniej raz w miesiącu w różnych miejscach miasta odbywają się podobne targi.

Życie po godzinach

Muzyka pozwala zrzucić, choćby na długość trwania ulubionego albumu, maskę osoby poważnej, odpowiedzialnej i zdyscyplinowanej. Wszyscy w końcu jesteśmy tylko ludźmi – Nie uważam, aby ludzie, którym powierzamy ważne funkcje, stawali się nagle robotami, sztywnymi technokratami, zbawiającymi codziennie świat. Uważam, że świat byłby lepszy, gdyby politycy żyli życiem mieszkańców. Lepiej by ich rozumieli – zastanawia się Olgierd Geblewicz. – Cenię ludzi, którzy po godzinach mają swoje pasje, spędzają czas z innymi dając siebie i czerpiąc dla siebie. Gram, żegluję, biegam, jeżdżę na rowerze z różnymi ludźmi. Taki jestem i nie zamierzam tego zmieniać.

Marcin Galicki, założyciel największej w Polsce platformy crowfoundingowej wspieram.to i specjalista od nowoczesnych technologii, jest także wokalistą cenionego w metalowym świecie zespołu Cruentus. Wchodzenie w obie role nie stanowi dla niego problemu. – Kiedyś nawet próbowałem przywdziać maskę poważnego Pana – śmieje się. – Nie bardzo wychodzi mi taka maskarada, poza tym nie widzę w tym większego sensu. Zdecydowanie wolę być sobą, lepiej się pracuje i działa. Tak zbudowany jest chociażby cały zespół wspieram.to, z ludzi którzy są prawdziwi i są sobą. Przy biznesach internetowych nie jest się tak uwiązanym do miejsca. Wystarczy komputer i wifi. Myślę, że to wszystko może istnieć w symbiozie. Zwłaszcza, że poza wspieram.to i Cruentusem robię dużo innych rzeczy i nadal znajduje czas dla rodziny i samego siebie. 

– Sprawy poważne mam na co dzień, szczęśliwie zdążyłem przywyknąć do trudnych zadań – mówi Przemek Kazaniecki. – Obecnie prowadzę dużą inwestycję budowlaną w centrum miasta, to na pewno największe wyzwanie. Muzyka daje mi oddech i niemal wyłącznie pozytywne emocje. Mam czas i na odpoczynek i dla rodziny. W zespole wyjazdy i próby są czasem ciężkie, a kiedy ostatnio Hirek Wrona powiedział w wywiadzie, że naszą płytę wziął do auta - dostaliśmy wszyscy automatycznie dodatkowe dziesięć punktów mocy.

Adam Kuzycz-Berezowski podsumowuje ten wątek: – To co gram z moim zespołem jest moim wentylem – tu wypuszczam wszystko, co mi siedzi na żołądku a jednocześnie jest to źródło energii, która pcha mnie do przodu. Trochę jak narkotyk… ale też terapia.

Gram w kapeli

Moi rozmówcy w życiu zawodowym na koncie mają wiele sukcesów, ciężko na nie zresztą zapracowali. W muzycznej materii też sobie świetnie radzą. Czuć w tym ogromną pasję, chętnie o tym mówią, zresztą jest o czym bo projekty, które tworzą mają moc. – Historia zespołu Defus jest dla mnie, w pewnym sensie, historią spełnienia marzenia – wyznaje Adam. – Tego wieczoru, gdy ich usłyszałem po raz pierwszy wiedziałem, że będę grał death metal. Defus grał covery kultowego zespołu Death i był lokalną gwiazdą, chłopaki byli 5 lat starsi ode mnie (dla nastolatka to przepaść), a ich umiejętności były na bardzo wysokim poziomie. Granie z nimi było nieosiągalne dla mnie, marzeniem wystąpienie z nimi na jednej scenie. Wraz z bratem tworzyliśmy kolejne projekty – ja na basie, on na gitarze – i szukaliśmy właściwych ludzi, żeby stworzyć własny zespół. Na jednej z prób brakowało nam „wokala”, więc ja zacząłem się wygłupiać i pokrzykiwać do mikrofonu. Graliśmy wtedy jeden z najbardziej znanych utworów Death – „The Philosopher”. Pewien kolega, który przysłuchiwał się temu powiedział, że jestem w tym świetny. Kilka dni później ten sam kolega, powiedział, że Defus szuka właśnie kogoś takiego. Nie brałem tego na poważnie, to był dobry chłop, ale miał skłonności do fantazji. Tydzień później spotykamy się przed knajpą, a on mówi, że czekają na mnie w środku… i tak zaczęła się nasza droga…ale także przyjaźń.

Szymon i Złodzieje: – Złodzieje to długa historia, bo z Kacprem Reszczyńskim i Wojtkiem Mazurem graliśmy już kilka lat wcześniej w zespole Choking Hazard vel Odra Surfers. Kiedy chłopaki grali już w zupełnie innym składzie z Wojtkiem Filipowiakiem, któregoś dnia właśnie on do mnie zadzwonił z pytaniem, czy mógłby pożyć efekt. Jakoś tak wyszło, że ostatecznie sam się wprosiłem na ich próbę i zagraliśmy we czwórkę. Ta randka wypaliła i postanowiliśmy spotykać się dalej. Jakiś czas później zaprosiliśmy do współpracy saksofonistę Tomka Licaka i tak narodzili się Złodzieje. W tym pięcioosobowym składzie zrobiliśmy około dziesięciu numerów, zagraliśmy trochę koncertów, posiedzieliśmy na Bornholmie, gdzie zarejestrowaliśmy trochę śladów. Efektem tych działań jest epka, którą jakiś czas temu sami wydaliśmy. Gramy teraz w cztery osoby, do koncertowania wracamy po wakacjach.

Przemek i Tragarze – Wcześniej miałem przyjemność być częścią S_in City Tribe. Braliśmy udział w świetnych projektach z udziałem Baltic Neopolis Orchestra, VJ Puh, VJ Pani Pavlovsky, Jan Młynarski i wielu innych wybitnych artystów. Kiedy ten magiczny projekt się skończył, trzeba było zacząć coś nowego. W Tragarzach jest świetna atmosfera, zaczęliśmy z Pelem, Twisterem i Chillem, teraz jest nas już dziewięcioro, każdy ze swoją historią muzyczną. Dobrze się rozumiemy i ciężko pracujemy. Dodatkowo w tej chwili to chyba jedyny band w Polsce z cutami robionymi przez DJ-a na żywo. Od kiedy wydaliśmy płytę gramy dużo, naprawdę bardzo różnych koncertów.

Marcin i Cruentus: – Jeśli chodzi o Cruentus, to myślę, że najlepiej definiuje to opis naszej płyty, która pojawiła się w sieci w czerwcu a w tym miesiącu pojawiła się fizycznie. Płyta nazywa się „Every Tomorrow”. To krótka refleksja nad wewnętrznym konfliktem pomiędzy świadomością, hołdującej technokracji jednostki a jej niezdefiniowaną tęsknotą duchową. To próba wyrażenia krytyki wobec tzw. technologicznego oświecenia, które poprzez próbę zdefiniowania wszystkiego, klasyfikuje i szufladkuje, zabierając to, co jest „pomiędzy”. 

Odsłuchane, polecane

Na koniec szybki odsłuch. Oto czego moi rozmówcy ostatnio słuchają i co jest warte, według nich, naszej uwagi. Przemek Kazaniecki: – Ostatnio przesłuchałem świetną płytę – debiut Roberta Cichego, płytę utalentowanej Rosalie, oraz dwie mocne, których nie miałem okazji przesłuchać wcześniej, „Nieznani Sprawcy” i „Dobre Chłopaki” Projektu Nasłuch. I oczywiście najnowszy Bonson. Wszystkie polecam.

Olgierd Geblewicz: – Z nowszych rzeczy: The Weekend, Arctic Monkeys, Royal Blood. Lubię wciąż gitarowe granie, stąd Joe Bonamassa, czy Black Country Communion, ale i Queens of the Stone Age. No i z wiekiem coraz więcej jazzu, ale takiego klasycznego w stylu Davis’a, Parkera, czy naszego Komedy. 

Szymon Wasilewski: – Podobno, według specjalistów od big data, którzy przeanalizowali zachowania użytkowników Spotify, po 30-tce nasz gust muzyczny już się nie kształtuje, właśnie m.in. z powodów zaangażowania w pracę czy rodzinę. Ponowne zainteresowanie muzyką wraca ponoć po 40. Teraz moje słuchanie wygląda inaczej niż dziesięć lat temu, ale nie straciłem zapału. Jedną z ostatnich płyt, jakie nabyłem jest składanka utworów amerykańskich minimalistów: Steve’a Reicha, Johna Adamsa i mającego wystąpić niedługo w Szczecinie Philipa Glassa. Sama przyznasz, że od nich już niedaleko do Radiohead, i tak oto muzyka zatacza koło. 

7( 117)
Lipiec'18
gajda