Autor

Dariusz Staniewski

Media ogłosiły, że na cyplu szczecińskiej Łasztowni, za Nabrzeżem Starówka, może powstać oceanarium. Miałaby to wybudować firma dzięki której we Wrocławiu powstało afrykarium. Pomysł to zaiste ciekawy. Czegoś takiego jak oceanarium na pewno brakuje w Szczecinie. Znakomita atrakcja dla turystów z kraju i zagranicy. Ale można byłoby ją uczynić jeszcze atrakcyjniejszą. Ot choćby o szczecińskie ciekawostki np. lokalnych polityków, którzy nie wywiązują się z obietnic wyborczych (i nie tylko). Można byłoby ich wrzucać na weekend do jednego z basenów. I niech pływają, nurkują, łowią małże, skaczą jak delfiny przez obręcze, łapią ryby jak foki. Bo dlaczego nie? Był przecież taki program w jednej ze stacji telewizyjnej jak gwiazdy czegoś tam (TV, rozrywki czy seriali) skakały do wody. To politycy nie mogą pluskać się w oceanarium? Przynajmniej społeczeństwo miałoby z nich jakąś uciechę, pokazałoby dzieciom jak kończą ci co bzdury opowiadają i robią z gęby cholewę, a do tej pory żadnej kary za to nie ponieśli. A dla tych opornych można byłoby przewidzieć dodatkowe atrakcje np. kwadrans z rekinem, albo kto będzie szybszy na 50 metrów w basenie – polityk, czy goniące go stado piranii?

  Mieszkańcy Kamienia Pomorskiego, turyści oraz uczestnicy Trzeciego Biegu Szlakiem Zabytków pobili rekord Polski z 2017 roku i w ciągu prawie godziny zjedli 800 kilogramów arbuzów! Upały w tym roku były wyjątkowe, tropiki momentami się chowały, ludzi suszyło. Nie ma się więc co dziwić, że taki arbuz, to był szał dla kubków smakowych, podniebienia i ust spragnionych. Szkoda, że przy okazji nie urządzono próby bicia rekordu plucia na odległość pestkami arbuza. Amunicji było na kopy, chętni też pewnie by się znaleźli żeby napluć. Na coś lub na kogoś. Wystarczyłoby tylko ustawić zdjęcia obiektów a rekord byłby jak ta lala.

W czasie tegorocznych wakacji wstrząsające wieści znad morza ujawnił jeden z ekonomicznych portali internetowych. Ściślej mówiąc chodziło o kawałek wybrzeża Bałtyku po niemieckiej stronie na wysokości Świnoujście. Okazało się, że jak tylko jakiś polski turysta lub spacerowicz wkroczy na te ziemie – choćby na metr, choćby na kilkadziesiąt sekund już dopadają go niemieccy kontrolerzy pobierający opłatę klimatyczną! I nie ma zlituj! Trzeba płacić! Od maja do 30 września a potem o połowę mniej. Jak nie euro, to w złotówkach. Ale po zawyżonym kursie. Podobno kontrolerzy nie mieli kłopotów z wydawaniem reszty w PLN. I to daje trochę do myślenia. Bo niewykluczone jednak, że całą sytuację wykorzystało kilku polskich cwaniaczków. Opanowali oni pewne podstawowe zwroty i wyrażenia ułatwiające komunikację między Niemcami i Polakami („hande hoch, raus, ruhe, schmeller” itp.) a przyswojone po wielokrotnej emisji seriali pt. „Stawka większa niż życie” i „Czterej pancerni i pies”. Dzięki temu mogli podszywać się pod niemieckich poborców opłaty klimatycznej. Polak potrafi i nie zapomina wyrównać pewnych rachunków z przeszłości. A każdy sposób dobry. Okazało się także, że taką opłatę klimatyczną przewiduje niemieckie prawo federalne. Władze Świnoujścia chciały się porozumieć w tej sprawie z niemieckimi sąsiadami. Żeby chociaż mieszkańcy Świnoujścia nie musieli płacić tej opłaty po drugiej stronie. Zwolnienie miało obowiązywać na zasadzie cichego porozumienia. I co ? Nico! Okazuje się, że jeden z niemieckich turystów dowiedział się o tym i skierował sprawę do sądu. I z porozumienia wyszły nici. Oni się chyba nigdy nie zmienią. Żadnego luzu, poczucia humoru, tylko „ordnung muss sein” i „ordnung muss sein”.

Jednym z hitów tegorocznych wakacji był na pewno pyton w Wiśle. Wszyscy o nim słyszeli. Szukano go z lądu, wody i powietrza. W poszukiwania włączył się nawet sam detektyw Rutkowski. Nic to nie dało. Pyton niczym legendarny potwór z Loch Ness zaginał w tajemniczych okolicznościach. Gdzieś tam, nad Wisłą podobno co jakiś czas zostawia po sobie różne znaki i kawałki skóry. Ale przepadł, jak przysłowiowy kamień w wodę. Choć chyba teraz powinno się mówić: „przepadł jak pyton w wodzie”. Ale pojawiły się też nieśmiałe informacje wskazujące, że pyton różnymi drogami wodnymi przedostał się do… Odry. I był widziany na wysokości Szczecina. Tak twierdzi przynajmniej jeden z lokalnych wędkarzy, który zapewnia, że miał spotkanie z gadem oko w oko. Pyton miał się wynurzyć przy pomoście na którym ów obywatel ryby sobie łowił. Wystawił łeb, zasyczał groźnie i już miał go capnąć kiedy nagle błyskawicznie się zanurzył i …zniknął w odmętach Odry. Wędkarz twierdzi, że uratował go zimny poranek oraz trunek, którym się raczył przez całą noc i świt dla rozgrzania organizmu. Odbiło się to widocznie na jego twarzy, która nie wydała się apetyczna (podobnie jak ubiór potencjalnej ofiary), nawet dla pytona. No to niech gadzina z głodu skona.

8( 118)
Wrzesień'18
gajda