"Rzeka mojego szczeciństwa"

Autor

Szymon Kaczmarek

Nie mnie pisać manifesty. Drogi wytyczać, roztaczać perspektywy, wskazywać kierunki. Pozostawiam to młodszym. Nie mnie analizować, szukać przyczyn, sedna i sensu. Niech robią to mądrzejsi. W wieku najpiękniejszej nawet, ale jednak jesieni życia, można już tylko wspominać…

…”Szyyymon! Szymeeek!!!” - przecież słyszy. Musi. Głos niesie przez szerokość Rzeki. To ledwie pięćdziesiąt lat. Lecz tylko na chwilę uniósł głowę i spojrzał spod równo nad brwiami przyciętej grzywki. Nie odpowiedział. Pewnie nie zauważył. Żadne dziecko nie widzi siebie za pięćdziesiąt lat. To działa tylko w jedną stronę. Wrócił do rozmowy z przygodnie spotkanym wędkarzem w kolejowym mundurze. Nabrzeże w tym miejscu było zawalone. Spod potrzaskanych płyt chodnikowych sterczały jakieś druty, metalowe belki, wokoło walały się cegły. W oddali kotwiczyły statki białej floty: „Lila Weneda”, „Diana”, „Balladyna”. Pływało się nimi na plażę Mieleńską, czasem aż do Świnoujścia. 

Siedział na krawędzi zawaliska, obserwując spławik z gęsiego pióra i zagadując wędkarza, który znudzony brakiem ryb, chętnie odpowiadał na pytania dziesięciolatka. Jeszcze przed chwilą, obaj obserwowali operację podnoszenia przęseł mostu Długiego. Od strony dworca płynął jakiś holownik ze zbyt długim kominem. Ruch na ul. Wielkiej zamarł aż do ruin katedry św. Jakuba. Z jej wieży sprowadzili go kiedyś milicjanci. Wyprawa z kolegami na sam szczyt ruiny wymagała albo odwagi, albo braku rozumu, ale warto było. Widok bezcenny. Zresztą takich wypraw było więcej. Na Basztę Siedmiu Płaszczy pozbawioną jeszcze blanków i kopuły. Z porośniętym krzakami płaskim szczytem i zasikanymi resztkami ceglanych schodów. Do piwnic pod wieżą zegarową na Zamku. Opamiętał się gdzieś, na trzeciej kondygnacji starych lochów, gdzie  zmurszałe cegły uginając się pod dotykiem spoconych od emocji dłoni, odebrały chęć dalszej penetracji. Okoliczne bunkry nie miały dla niego tajemnic. Śródmiejskie piwnice również, przecież podczas zabawy w podchody, gdy wpadali do piwnicy na pl. Grunwaldzkim, to umorusani wyłazili na Wojska Polskiego. Szczecin był wspaniałym placem zabaw. Ale od zawsze, najbardziej ciągnęło go w stronę Rzeki.

Nie miał jeszcze pojęcia, jak bardzo się z Nią zwiąże. Z tego brzegu nie widać przyszłości. Ten czas pięćdziesięciu przyszłych lat, to jedynie jesienne opary, mgły na wodą. Dziś jeszcze nie liczy godzin, które spędzi nad Odrą. Nie liczy stłuczonych kolan na stromym stoku Wałów Chrobrego, ani skradzionych pocałunków w latach, gdy każda miłość była tą najważniejszą. Przecież wszystko jeszcze przed nim. Przerażający wypadek tramwajowy na ul. Wyszaka, grudniowy tłum przed komendą milicji, instalacja „Ptaków” Hasiora na zboczu zamkowym, realizacja teledysku „Sklepu z Ptasimi Piórami”, prowadzenie Dni Morza, tłum ludzi podczas pierwszych regat Tall Ship Races, gdy przejęty zapowiadał swój ulubiony zespół The Commodores i kubańskiego Mistrza Eliadesa Ochoa… Jest dziesięciolatkiem dla którego każdy murek, to fort, każde krzaki parkowe, to niezmierzona dżungla. Przecież czytał „Winnetou”, „Przygody Tomka”, Wernica, Niziurskiego… Wie co dobre, co złe. Co białe, a co w innym odcieniu zadziwiającego świata. Rozczarowania dopiero przed nim. Nigdy nie rozczarowało go Miasto, ani Rzeka. To tylko ludzie. Ludzie chwilowi, na szczęście przemijający i w historii Miasta i w jego historyjce. Przed nim wciąż cała szerokość ukochanej Rzeki. Przynajmniej to jeszcze wiem. Siedząc po drugiej stronie, gdzie zachodzące wrześniowe słońce oświetla mi twarz tak samo, jak pięćdziesiąt lat temu.

8( 118)
Wrzesień'18
gajda