Popatrz na mnie

Świadomość własnej płci, kulturowe i społeczne stereotypy dotyczące kobiet i nieuchronność przemijania - to niektóre wątki poruszane przez Agatę Zbylut. Inspiracją jej działań artystycznych jest również przestrzeń internetu i przenikanie się sfery prywatnej i publicznej. Artystka zderza z nimi sytuacje codzienne, które generuje za pomocą fotografii, używając własnego wizerunku. Jej najnowszy projekt dotyczy ciągle kontrowersyjnego tematu, jakim jest poprawianie urody. 

Autor

Aneta Dolega

Twój nowy projekt fotograficzny, który możemy śledzić na Instagramie, dotyczy po części medycyny estetycznej i zabiegów, którym się poddajemy. W uzasadnieniu napisałaś, że bezskuteczny zabieg usunięcia makijażu permanentnego zainspirował Cię do tego. Co się wtedy wydarzyło?

Zabieg był bardzo bolesny. Gdy wróciłam do domu z brwi leciała mi krew. Wiedziałam, że mam przed sobą kilka dni, w których będę  się czuła niekomfortowo i najchętniej spędziłabym je w domu. Patrzyłam na tę nieszczęsną dziewczynę w lustrze i było mi jej bardzo żal. Miałam też poczucie, że nie jestem jakimś super wyjątkowym przypadkiem. Takich dziewczyn z niechcianym makijażem permanentnym jest mnóstwo, ale starają się być niewidoczne, żeby nie narazić się na dodatkowe komentarze. I właśnie ta niewidzialność, poczucie wstydu i zażenowania spowodowały, że postanowiłam się w tym stanie sfotografować, wyciągnąć tę sytuację na wierzch.

Czemu tak właściwie dedykujesz ten projekt?

Medycyna estetyczna trafia w samo sedno naszych marzeń o byciu pięknym i wiecznie młodym. Warto zdać sobie sprawę z tego mechanizmu. Jeśli uzmysłowimy sobie również, że ludzie pod różnymi szerokościami geograficznymi zawsze mieli performatywne podejście do własnego ciała, jak chociażby poprzez krępowanie kobiecych stóp w Chinach, wycinanie żeber i noszenie gorsetów w Europie, wyciąganie szyi metalowymi obręczami w Afryce, naciąganie warg, uszu, penisów… Jeśli pomyślimy o tym wszystkim, to powiększanie ust wydaje się współczesną odpowiedzią na taką potrzebę ingerencji w swoją cielesność. Medycyna estetyczna to również coś, co mnie zaciekawiało jako kobietę. Coś tam już wcześniej próbowałam, trochę po omacku i pomyślałam sobie, że połączę tę swoją prywatną ciekawość z projektem artystycznym. Patrzę na świat oczami kobiety i w moich pracach artystycznych zawsze obecne były problemy, które były adekwatne do wieku i sytuacji w jakiej się znajdowałam. Gdy był czas na ślub to kupiłam o 10 rozmiarów za dużą suknię ślubną, potem fotografowałam się z wypożyczonymi panami młodymi. Teraz przyszła kolej na „cudowne zastrzyki”. 

Na czym to dokładnie polega w sensie technicznym? Jakim zabiegom się poddajesz?

To jest projekt fotograficzny, a nie dokumentacja zabiegów medycznych – takie zdjęcia zresztą coraz częściej można znaleźć w sieci. Sfotografowałam moment tuż po, taki, w którym czułam się bardzo niekomfortowo. Mam również świadomość, że to nic takiego, że nie przeżywam czegoś nadzwyczajnego. Pomimo tego, że dla osób niewtajemniczonych może wygląda to kosmicznie, to są to bardzo popularne zabiegi takie jak: nawilżanie skóry poprzez mezoterapię igłową, które mają działać tak, jak obiecuje, że będzie działał krem nawilżający. Oprócz tego również nawilżenie ust kwasem hialuronowym i botoks. Czyli rzeczy, które właściwie dzisiaj można też zrobić w każdym gabinecie stomatologicznym. I pomimo tego, że te zabiegi są tak popularne, to są niewidzialne. Wstydzimy się tego, że korzystamy z takiego wsparcia a co za tym idzie nie rozmawiamy o tym, nie wymieniamy się doświadczeniami. Fajnie by było, gdyby udało się rozszczelnić to milczenie, żeby nie karać ludzi – głównie jednak kobiet – za to, że chcą być atrakcyjne, że chcą się podobać i czerpać przyjemność z własnego wyglądu.

Sama korzystam z dobrodziejstw medycyny estetycznej, ale w wyważonych proporcjach. Miałam szczęście trafić na panią doktor, która, gdybym poprosiła ją o wielkie usta, wyrzuciłaby mnie z gabinetu. Niestety czasem widuję oszpecone kobiety. Według mnie to kwestia tego, co mamy w głowie, tak jak z odchudzaniem się. Ciągle wydaje mi się, że jestem za gruba, aż dochodzę do momentu, gdy zaczynam wyglądać bardzo źle. Ja tego oczywiście nie widzę.

Dobrze, że o tym mówisz. Dość opowieści o dietach, które zmieniają rysy twarzy. Ale to, co dla jednych jest przesadą dla innych jest w sam raz i to jest właśnie super, i niech tak zostanie. Z wiekiem daję sobie coraz mniejsze przyzwolenie na to żeby oceniać innych. Swoją wystawę nazwałam „Pańcia”. To słowo jest pieszczotliwe, gdy samookreśla się nim właścicielka psa, ale negatywne, gdy używają go osoby z zewnątrz. I tak to chyba działa. Robiąc zdjęcia również starałam się szukać takich ujęć, które będą migotliwe – z jednej strony perfekcyjnie skomponowane i naświetlone a z drugiej z tym „czymś” czego nie da się tak łatwo „odzobaczyć”. Pamiętam, że po publikacji pierwszych fotografii, koleżanka mówiła mi, że nie może się skupić na rozmowie, bo wzrok wciąż jej ucieka na moje brwi.  

Cały czas trwa dyskusja nt. poprawiania urody. Były różne akcje w pewien sposób potępiające upiększanie. Wokalistka Alicia Keys przestała się malować i namawiała do tego inne panie, dziewczyny zaczęły wrzucać fotki na Instagram swojego celullitu, portrety bez makijażu, czy photoshopa. Amy Shumer zrealizowała „Jestem taka piękna!”- świetną komedię na ten temat. Tymczasem na drugim biegunie pojawiły się takie „zjawiska” jak nadnaturalnie wielka pupa Kim Kardashian.

W ubiegłym tygodniu jedna z moich znajomych na Instagramie oświadczyła, że kończy z nakładaniem trucizny na włosy i wraca do naturalnego koloru. Pomyślałam – super! A inna pokazała dłonie po jakimś zabiegu ostrzykiwania i chwaliła się efektami – i też pomyślałam – super! Kardashian włączając swoją pupę w obowiązujący kanon urody sprawiła, że inne dziewczyny o podobnej urodzie poczuły się lepiej. Ten przez dziesięciolecia obowiązujący mit absolutnie szczupłej dziewczyny został przełamany. Idealnie by było gdybyśmy poszerzyli kanony piękna tak bardzo jak to tylko jest możliwe, najlepiej tak żebyśmy się tam wszyscy zmieścili. Niestety wszystko wskazuje na to, że młode dziewczyny coraz bardziej uzależniają się od swojego wyglądu. Świetnie, że jest coraz więcej takich miejsc, w których możemy zobaczyć również ciała normalnych dziewczyn. To na pewno pomaga, ale za tym musi pójść również inne podejście do wychowania. Wyrzućmy do kosza bajki, w których bohaterki dostają nagrodę za to, że są ładne, skromne i miłe na rzecz bohaterek, które są mądre i sprytne. Zmieniajmy system w którym żyjemy tak, aby premiował wiedzę i umiejętności, a nie urodę. Niestety wszędzie tam, gdzie na świecie kobieta ma niską pozycję społeczną, jej młodość i uroda są jej największym kapitałem. 

Cały czas jesteśmy poddawane ocenie. Z jednej strony same się wystawiamy publikując niezliczoną ilość zdjęć w mediach społecznościowych. Często to taki wyidealizowany portret nas samych. W swojej twórczości poruszasz też temat „selfie”. Używasz określenia „selfiefeminizm”. To jak: robić sobie fotki czy nie robić? 

Robić – jeśli tylko to nam sprawia przyjemność. „Selfie”, jest poniekąd następczynią autoportretu, a autoportret pojawił się na dobre w renesansie, czyli w tym okresie, gdy nauka i sztuka zwraca się w stronę człowieka. I od tej pory wciąż zyskuje na popularności. Najpierw używali go tylko malarze i rysownicy – bo trzeba było dysponować odpowiednimi umiejętnościami. Później sięgają po niego również fotografowie. Prawdziwy przełom następuje w latach 60. i 70. gdy przed aparatami stają artystki feministyczne i artyści homoseksualni, którzy używają własnej twarzy i własnego ciała jako narzędzi do emancypacji. A gdy tylko pojawiają się możliwości techniczne, które pozwalają każdemu na zrobienie „autoportretu” i jego udostępnienie, to te wizerunki zalewają internet. Ważne jest chyba również to, że w „selfie” mamy kontrolę nad obrazem, jakiej nie dawały nam wizyty u fotografa. Pokazujemy się w taki sposób, w jaki chcielibyśmy, aby nas inni zobaczyli. Wystarczy sobie tylko przypomnieć zdjęcie, które mamy w dokumentach. A „selfiefeminizm” to zjawisko w którym dziewczyny zawirusowują sieć własnymi ciałami i historiami. To mogą być bardzo różne zdjęcia, często są „ciałopozytywne” pokazują dziewczyny zapłakane, zasmarkane, eksponujące cellulit czy fałdki tłuszczu. Ale czasami te wizerunki są również bardzo atrakcyjne, powielające schematy znane z kolorowych gazet. I tu właśnie bardzo często pojawiają się zarzuty, że to nie jest feministyczne, ale warto w tym momencie pamiętać, że ograniczenie widzialności kobiet zawsze idzie w parze z ograniczeniem ich praw obywatelskich i jest charakterystyczne dla najbardziej patriarchalnych kultur. Więc jeśli nie chcemy widzieć tych dziewczyn na portalach społecznościowych to ich po prostu nie obserwujmy, albo bierzmy je takimi, jakimi chcą nam się pokazywać. 

Twój projekt na pewno nie spodoba się wszystkim kobietom, bo nie potępia jednoznacznie, a właściwie w ogóle nie potępia, ingerencji w wygląd. Nie boisz się tego?

Chyba nie ma projektów, które mogłyby się wszystkim spodobać i całe szczęście! Dla mnie jest to doświadczanie siebie dokładnie w tym czasie i miejscu, w którym dzisiaj jestem. I to nie jest ani doświadczenie jednostkowe ani ściśle ograniczone do płci. W filmie „Twarz” Małgorzaty Szumowskiej największe wrażenie zrobiła na mnie twarz Krzysztofa Ibisza, który wygląda świetnie - dokładnie tak samo jak dziesięć lat temu, gdy jeszcze miałam tv i mogłam go obserwować na bieżąco. Gwiazdy, które podziwiałyśmy jako nastolatki dziś wyglądają młodziej od nas, a w telewizji trudno znaleźć prezenterów, którzy potrafią zmarszczyć czoło. To, że o czymś nie mówimy głośno, wcale nie znaczy, że tego nie ma, że to zniknie. Pracuję obrazami, obserwuję i analizuję to na co patrzę i ten projekt jest refleksją nad tym co widzę i z którego miejsca patrzę. Medycyna estetyczna jest zjawiskiem, w którym przecinają się nasze odwieczne pragnienia bycia młodym i pięknym ze współczesną dyskryminacją ze względu na wiek, potrzeba równości i solidarności z rozwarstwieniem społecznym, bo to jednak sporo kosztuje i czasu i pieniędzy. Ta niedostępność z kolei podsyca pragnienie, więc te przerysowane usta, o których wcześniej wspomniałaś, są też trochę jak logo drogiej marki, potwierdzają status materialny osób, które takiego potwierdzenia potrzebują. To, że nam się mogą nie podobać nie ma żadnego znaczenia. Ich posiadaczki też nie chciałyby wyglądać tak jak my. 

Jaki będzie Twój następny projekt i czy jest szansa zobaczyć „Pańcię” w Szczecinie? 

To prawda, że pod koniec jednego projektu, gdzieś tam rysuje się już następny i chociaż jest jeszcze za wcześnie, aby o nim mówić to wszystko wskazuje na to, że będzie można go zobaczyć w Szczecinie wiosną 2020 roku. Do tego czasu serdecznie zapraszam do Galerii Biała w Lublinie. Wystawę otworzymy 14 września, a zamkniemy miesiąc później 12 października. I odwiedzajcie mnie proszę na Instagramie.

Dziękuję za rozmowę.

Agata Zbylut

Mówi o sobie: „Jestem artystką, akademiczką, feministką, radykalizującą się wegetarianką, bezdzietną starą panną, w epicentrum kryzysu wieku średniego.” Agata Zbylut w 2008 roku obroniła tytuł doktora na Wydziale Komunikacji Multimedialnej Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu, w 2012 otrzymała tytuł doktora habilitowanego w Państwowej Wyższej Szkole Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi. Brała udział w wystawach zbiorowych i indywidualnych w Polsce, Niemczech, Białorusi, Rosji, Ukrainie, Francji, Chorwacji, Londynie, USA. Była kuratorką Galerii Amfilada; koordynowała Narodowy Program Kultury „Znaki Czasu” w województwie zachodniopomorskim; została odznaczona brązowym Medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis. Od 2004 pełni funkcję prezeski stowarzyszenia Zachęta Sztuki Współczesnej w Szczecinie. Od 2010 r. pracuje w Akademii Sztuki w Szczecinie, aktualne również jako kierowniczka Katedry Fotografii.

8( 118)
Wrzesień'18
gajda