Wojciech Wysocki: Szczecin mam we krwi

Na swoim koncie ma 170 ról kinowych, teatralnych i telewizyjnych. Mogliśmy go oglądać w „Pismaku” Wojciecha Jerzego Hasa oraz w roli Miauczyńskiego w „Życiu wewnętrznym”. – Ludzie swojego czasu zadawali mi niedyskretne pytanie: „Panie Wojtku, to pan żyje?”. Jestem doskonałym przykładem na to, że można pokonać raka! – wyznaje Wojciech Wysocki.  

Autor

Andrzej Kus

Jest pan doskonałym ambasadorem Szczecina. Niemal w każdej rozmowie utożsamia się z naszym miastem. Rzeczywiście Szczecin aż tyle dla pana znaczy? 

Mieszkałem w Szczecinie przez 19 lat. To były bardzo ważne lata. Po ukończeniu „Szczerskiej”, tak nazywaliśmy liceum nr I – od nazwiska pierwszej dyrektorki – wyjechałem z mego miasta. Nie oznacza to jednak, że już się z nim nie utożsamiam. Wręcz odwrotnie. Jestem z niego bardzo dumny. W żadnym innym mieście aż tak się nie zakorzeniłem. Tu mieszkali moi rodzice, teraz brat Maciek. Żyję obecnie na Grochowie, w dzielnicy Warszawy, ale i tak jestem szczecinianinem. 

Jak wspomina pan Szczecin z czasów, gdy na co dzień w nim przebywał? 

Ze Szczecinem wiążą się same dobre wspomnienia. To miasto pierwszych miłości, tu chodziłem do szkoły muzycznej, grałem w koszykówkę. Przeżyłem w nim lata, które człowiek nosi w sercu przez całe życie. Do Szczecina mama przeprowadziła się z Gliwic. Wcześniej mieszkała we Lwowie. Mieszkałem najpierw w blokach Akademii Medycznej przy ulicy Mieszka I. Mama była lekarzem, twórcą i pierwszym ordynatorem oddziału reumatologicznego w szpitalu na Arkońskiej. Całe liceum byłem już na Powstańców Wielkopolskich. W Szczecinie bywam  3-4 razy w roku u brata, ale też zawodowo. Teraz wybieram się w październiku ze spektaklem „Alibi od zaraz”. Zawsze staram się odwiedzać wtedy moje ulubione miejsce, jakim są Wały Chrobrego. Gdy byłem dzieckiem często spacerowałem tamtędy z mamą i podziwialiśmy przepiękne widoki na Odrę. 

W pana życiu jednak nie zawsze było tak kolorowo. Miał pan bardzo poważne problemy ze zdrowiem. 

Pierwszy raz zachorowałem na raka w 1988 roku. Miałem widoczne oznaki choroby, m.in. powiększone węzły chłonne w okolicach barku. Szybko zostało to zdiagnozowane. To, że żyję jest zasługą wybitnego nieżyjącego już niestety onkologa – profesora Grzegorza Madeja. Zrobił coś, czego według wielu osób nie powinien robić lekarz. Gdy zgłosiłem się do niego na leczenie spojrzał na moje wyniki i powiedział: „ja pana wyleczę”. To było bardzo budujące, dało mi dużo nadziei. Ostatecznie profesor dotrzymał słowa. Po miesiącach walki byłem zdrowy. 

Radość trwała przez 11 lat. Koszmar powrócił, choroba znowu dała o sobie znać. 

Tak, ale ponownie udało mi się to pokonać. Raz do roku przypominam sobie o tym, że byłem chory. Dzieje się to przy okazji badań kontrolnych. 

Wiadomość o chorobie dla każdego jest arcytrudnym tematem. Jak psychicznie dawał pan sobie z tym radę? 

Starałem się  dużo pracować, oczywiście na tyle, na ile pozwalały mi siły. Nie rozmyślałem nad tym co będzie. Za drugim razem miałem dodatkową motywację do walki. Parę dni wcześniej urodziła się moja córka Rozalia. Nie mogłem się poddać. Musiałem żyć, miałem dla kogo. To wszystko co mnie spotkało i co pozwoliło mi dalej żyć przywróciło we mnie wiarę w Boga. 

W pana zawodowej karierze doliczyłem się ponad 170 ról! Pokusi się pan o wybranie najważniejszych? 

Aż 170? Nigdy tego nie liczyłem. Jeśli mówimy o rolach filmowych to za najważniejszą uznałbym główną rolę w filmie „Pismak”. Reżyserem tego filmu był według mnie najwybitniejszy polski reżyser, nie ujmując niczego Andrzejowi Wajdzie, Wojciech Jerzy Has. Druga rola, która jest dla mnie bardzo ważna, to rola Michała Miauczyńskiego w filmie „Życie Wewnętrzne” Marka Koterskiego. Bez wstydu oglądam też „Wierną rzekę” i moją rolę kapitana Wiesnicyna. Również „Ekstradycję” Wojciecha Wójcika z moją niezbyt sympatyczną rolą Szawłowskiego. Jeśli chodzi o nowsze produkcje to ulubioną moją rolą jest postać doktora Wezóła z Rancza. Mam nadzieję, że telewidzom tak samo przypadła do gustu.

Wyobraża pan sobie, że mógłby zająć się czymś innym niż aktorstwo?     

Wie pan… to trudna sprawa. Niestety nie potrafię robić nić innego. Wcześniej chciałem być dziennikarzem. Bardzo bliski do dzisiaj jest mi także sport i moja ukochana, ciągle niedoceniana w Polsce, koszykówka. Marzyłem o karierze sprawozdawcy sportowego. Nie wyobrażam sobie jednak, że mogę być kimś innym niż aktorem. Mógłbym spróbować pisać felietony do sportowej prasy. Jak to mówi młodzież – nawet by mnie to kręciło. 

Planuje pan kiedyś powrót do Szczecina? 

Jeśli któryś z dyrektorów szczecińskich teatrów zaproponowałby mi współpracę – przyleciałbym jak na skrzydłach. Mieliśmy nawet pewne plany z Adamem Opatowiczem, ale jak dotąd nic z tego nie wyszło. Na stałe w Szczecinie już jednak raczej nie zamieszkam. Moje życie zawodowe całkowicie związane jest z Warszawą. 

O czym dzisiaj marzy Wojciech Wysocki? 

Moje marzenia się spełniają. Córka Rozalia jest już pełnoletnia. Imię dostała po mojej ukochanej babci, która mnie wychowała. Rozalia właśnie zdała maturę, dostała się na studia. Jestem z niej bardzo dumny. 

Dziękuję za rozmowę

8( 118)
Wrzesień'18
gajda