Mroczna strona opery

Gujana, rok 1978 rok. Zbiorowe samobójstwo popełnia ponad 900 osób. To członkowie sekty Świątynia Ludu na czele której stoi Wielebny Jones. Demoniczny przywódca i tragiczne wydarzenia, które miały miejsce 40 lat temu, posłużyły francuskiemu kompozytorowi Laurentowi Petitigirardowi za tło jego opery „Guru”. Światowa prapremiera dzieła będzie miała miejsce 28 września w Operze na Zamku w Szczecinie. W tytułową postać wcieli się holenderski bass-baryton Hubert Claessens. 

Autor

Aneta Dolega

galeria

Opera „Guru” jest inspirowana prawdziwymi wydarzeniami. Co Pana zainteresowało w tej tragicznej historii?

Na początku otrzymałem zaproszenie od kompozytora „Guru” Laurenta Petitgirarda do nagrania tytułowej roli dla wytwórni płytowej Naxos. Nie byłem specjalnie zainteresowany tym projektem, potraktowałem go jak zwykłą pracę do wykonania. Ale kiedy zobaczyłem partyturę i libretto, dotarło do mnie, że to nie przypadek, że podjąłem się tego zadania.

Historia, którą opowiada „Guru”, przez swoją wzniosłość i ekstremalność, świetnie nadaje się do teatru. Jest to jednak też krytyka każdej formy prania mózgu, które jest stosowane w wielu, jeśli nie we wszystkich religiach i w wielu formach rządów politycznych. Ludzie w ferworze swojego życia, w rozpaczliwym stanie umysłu, stają się ślepi na zdrowy rozsądek i robią czasem niewiarygodne rzeczy w imię jakiejś religii lub pod dyktando jakiegoś guru lub dyktatora. Zawsze mnie to interesowało. Przez jakiś czas byłem pod wrażeniem filozofii Jiddu Krishnamurti, który będąc duchowym przywódcą z ponad 40 tysiącami zwolenników, nagle rozwiązał swoją światową organizację. Powiedział wtedy: „kto idzie za kimś innym, przestaje podążać za prawdą”.  Wszyscy posiadamy własną prawdę, którą możemy odnaleźć. Do tego potrzebujemy otwartego i wolnego umysłu. Myślę, że świat byłby piękniejszym miejscem, gdybyśmy mogli wziąć odpowiedzialność za swoje samodzielne wybory.

W „Guru”, na scenie odgrywa Pan tytułową postać. W prawdziwym życiu był nim Jim Jones, demoniczny przywódca sekty, odpowiedzialny za śmierć blisko 1000 osób. Jak to jest grać tak złożoną postać? Jak nad nią Pan pracował?

Pracowałem nad tą rolą po prostu patrząc w lustro... Wszystko jest zapisane w naszych duszach. W pracy aktora zawsze próbuję skonfrontować się z potencjalnym zachowaniem, które w rzeczywistości jest częścią mojej istoty. Jest ciekawa różnica między „aktorem”, a tak zwanym „aktorem śpiewającym”. Obaj mają swobodę rytmu, dynamiki, szybkości i frazowania. Pierwszy może przekształcać charakter swojej roli, podczas gdy śpiewak operowy bada partyturę, aby znaleźć postać i jej interpretację w muzyce. Innymi słowy: rytm, szybkość, dynamika i frazowanie są już ustalone. Najważniejsza jest harmonia i oprzyrządowanie. Są to złożone składniki, które można łączyć na niezliczone sposoby. Moim zadaniem (śpiewaka operowego) jest znalezienie przyczyny połączenia struktur, harmonii, rytmów, które są zapisane w muzyce. Robię to by nadać słowu lub frazie znaczenie, które definiuje postać, którą śpiewam. 

Czy opera jest miejscem do pokazywania takich historii jak ta przedstawiona w „Guru”?

Cóż, jest to uzasadnione pytanie. Nie można wyłącznie traktować opery, jako rozrywki, która ma nas rozweselać. Nie po raz pierwszy opera jest używana do krytyki społecznej. Wiele dzieł Mozarta i Verdiego może tu posłużyć za przykład. W operze jest miejsce na trudne tematy! Muzyka może sprawić, że uświadomimy sobie pewne ukryte, czasem skrajne uczucia. Muzyka pozwoli nam je rozpoznać i przetrawić w łagodny sposób, bez żadnych konsekwencji. Nazywam to skośną stroną muzyki.

Jak się pracuje z takim kompozytorem jak Laurent Petitgirard?

To proste: on jest geniuszem o niewyczerpanej energii. To człowiek z sercem i duszą, pasjonat życia i muzyki. Czerpię absolutną radość z pracy z nim!

Co daje Panu więcej przyjemności: granie tak mrocznych postaci jak Guru czy udział w musicalach?

W swojej dotychczasowej karierze śpiewałem tylko w jednym musicalu (oprócz roli Bernarda w „West Side Story”, gdy byłem jeszcze studentem). Ta rola to Pan Higgins w „My fair Lady”. Ten musical to arcydzieło, doskonała symbioza słowa i muzyki. Postać Henry'ego Higginsa wbrew pozorom jest tak złożona, jak tylko może być i ma w sobie trochę mroku. Jednak znacznie bliżej tego, co odczuwamy jako „normalne”. 

Nie tylko Pan śpiewa, ale także gra na saksofonie. Jaki jest Pana ulubiony rodzaj muzyki?

Tak, studiowałem grę na saksofonie w Holandii. Mam klasyczne wykształcenie, nie należy mylić mojej gry na saksofonie z jazzowym saksofonem. To dwie różne dyscypliny. Obok opery śpiewam też dużo oratoriów (muzyka kościelna – przyp. red.), Uwielbiam śpiewać muzykę koncertową, taką jak symfonia Szostakowicza czy piosenki na głos i orkiestrę. Poza tym mam swoje muzyczne alter ego - jest nim wokalista jazzowy. Słucham na co dzień bardzo różnej muzyki, ale zawsze będę wdzięczny za utwory Bacha, symfonie Beethovena, opery Mozarta, „Le Sacre du Printemps” Strawińskiego, „Daphnis et Chloé” Ravela i wiele innych wspaniałych kompozycji.

Poza pracą, co planuje Pan robić w Szczecinie?

Obawiam się, że nie znajdę czasu na nic, poza „Guru” i nauką mojej następnej opery: „Cichego miejsca” Leonarda Bernsteina.

 

Dziękuje za rozmowę.

8( 118)
Wrzesień'18
gajda