Autor

Szymon Kaczmarek

„Proszę pana, dojadę tędy do jeziora?” - zapytałem najuprzejmiej miejscowego. Przystanął, splunął, poskrobał się po karku i wbił błękit swych oczu w horyzont. – „ Dojedzie. Do krzyża i albo asfaltem naobkoło, albo piachem  prosto.” 

Pod krzyżem dokonałem wyboru. Jak się okazało, złego. Zakopałem się w piachu po kokardy. Co dzień stajemy w obliczu wyborów, nie tylko od wielkiego dzwonu. I tak od lat najmłodszych. Narżnąć w pieluchę już teraz, czy jak mama przewinie? Spać, czy drzeć się pod niebiosa? Pierś lewa, czy prawa? Z tymi piersiami sprawa wyboru powraca po latach, tyle, że w zupełnie innym kontekście. Iść na matmę, czy pograć w piłkę? Studia, czy praca? Żenić się, czy jeszcze pobalowa?

By wyboru dokonać potrzebna jest waga. Pewnie też i wyobraźnia. Każdy bowiem wybór niesie ze sobą skutki nieodwracalne. Gdybym pojechał od krzyża asfaltem, łowiłbym ryby, a nie grzebał się w piachu. Nie wziąłem pod uwagę wagi. Na niej to kładziemy za i przeciw. Korzyści i straty. Kładziemy, jeśli mamy czas, wspomnianą wyobraźnię i zdrowy rozsądek. Łatwiej jest dokonywać wyboru wspólnie, choć często prowadzi to do kłótni. Zwłaszcza w związku. Ty wybierasz mecz, a Ona „tapmodeł”. W powietrzu iskry i swąd spalenizny…

Z upływem lat proces wyborczy wcale nie jest łatwiejszy. Doświadczenie i wiek wyborcy nie mają żadnego znaczenia. Zmieniają się jedynie dylematy. Wstać, czy poleżeć jeszcze troszkę? Ostatni, czy może jeszcze jeden kieliszeczek? Pochować, czy skremować? Wybory, to permanentny stan, który towarzyszy nam od świtu życia, po jego zmierzch. Niektórzy wierzą głęboko, że to Pan dał nam wolną wolę i jest ona naszym błogosławieństwem. Nie jestem o tym błogosławieństwie do końca przekonany. Choć z drugiej strony, ilekroć dokonywano wyboru za mnie, smutno się to kończyło. Tak więc znów wybór: dokonać, czy pozostawić to innym?

Jestem upartym mułem. Pewnych zasad trzymam się od lat. Mają one niebagatelny wpływ na moje wybory. To dlatego jestem tu, gdzie jestem. Ale nie narzekam, choć i powodów do chwalenia się niezbyt wiele. Tyle, że sen mam spokojny. Nie tak jak były kolega, który na pytanie: dlaczego tak się zeszmaciłeś? Kłamie bez zmrużenia powiek: nie miałem wyboru. Otóż, miałeś kolego były. Zawsze miałeś i wciąż masz, tyle, że na wagę położyłeś przyzwoitość i korzyści. A one parami nie chadzają.

Przed dylematem wyboru stawali również bohaterowie literatury i filmu. Luke Skywalker wybrał jasną stronę Mocy, a Kubuś Puchatek postanowił wyżreć miód ze słoika, który był podarkiem na urodziny Kłapouchego. Marek Kondrat wybrał reklamę, miast kolejnych filmowych kreacji, a szef tiwi Sławomira zamiast Leszka Możdżera. Cóż, nie mnie te decyzje oceniać. Ja dokonuję wyboru zarówno w doborze książek, jak i cyferek na pilocie telewizora. Przecież nie wypożyczę w bibliotece książki z serii „Ona go kocha, a on ją nie”. Albo jakoś tak podobnie.

Konieczność wyboru opisana została już dawno w mądrościach ludowych. „Osiołkowi w żłobie dano”, „Albo rybka, albo pipka”, „Wóz, albo przewóz”. Od najmłodszych lat słyszymy: albo odrobisz lekcje, albo zabiorę komputer. Wciąż w uszach, albo w duszy brzmi słowo-klucz: ALBO! Przypatrz się dokładnie temu słowu… Przeczytaj je dwa razy na głos. Jeszcze raz. A teraz pomyśl o sobie i swoich bliskich… O najbliższej przyszłości i konsekwencjach Twojego prawa wyboru. No, jeszcze raz: albo, albo…

P.S. Czasem wyboru nie mamy. Musimy wybierać.

Niedługo znów wstanę (w wyniku wyboru) i znów dokonam następnego. Muszę tylko pamiętać, że linie w kratce muszą się przecinać. Czego wszystkim nam życzę.

9( 119)
Październik'18