Kobieta zagrożona niskimi świadczeniami emerytalnym

To nie do końca spektakl, ani nawet monodram. To też nie recital, ani nie koncert. To nie kabaret, ani show, rzecz daleka od stand up’u, cz nawet benefisu. To mistrzowsko poprowadzona teatralna hybryda, czerpiąca garściami z rozmaitych technik i form, a przede wszystkim osobowości twórczyni i jednocześnie wykonawczyni. 

Autor

Daniel Źródlewski

Od kiedy Maria Dąbrowska pojawiła się w zespole Teatru przy Wałach Chrobrego nie zagrała słabej roli, jej każda postać elektryzowała, porywała i zachwycała. Do dziś pamiętam jej „Całkiem to sobie plastycznie wyobraziłam, siabadabada…” z debiutu w „Samobójcy” Nikołaja Erdmana. To zdanie, ale już w kontekście aktorskich możliwości i umiejętności, wyczerpująco charakteryzuje i ją i omawianą propozycję – plastyczność! Muzycznie zachwyciła w rockowej „Pippi Piratce” w Teatrze Lalek Pleciuga (występ gościnny), a później w kolejnych realizacjach Współczesnego – „Białe baloniki”, czy „moja mama leczy się u doktora oetkera”. Śpiewanie Dąbrowskiej to po porostu szczerość i wyjątkowa widowiskowość. Ona śpiewa cała sobą, co sprawia, że nawet jak się wydarzy fałsz, zachwyca dalej. Sama twierdzi, że „nie umie śpiewać, że nie ma jakiejś super emisji głosu, fałszuje, ale może właśnie dlatego lubi to robić, bo to sprawia, że coś się w niej otwiera”. W cytowanym wywiadzie Małgorzaty Klimczak z Głosu Szczecińskiego przywołuje nawet postać Florence Foster Jenkins… 

W „Kobiecie zagrożonej niskimi świadczeniami emerytalnymi” wciela się w postać wielkiej gwiazdy, z której ewidentnie przebija ona sama. Trochę taka z „tu i teraz”, trochę z marzeń, snu, a może po prostu ambicji. Jednak wszystko z dystansem, w oparach parodii, widziane w (bardzo!) krzywym zwierciadle ociekającym ironicznym egocentrycznym ekscentryzmem. Na scenę wchodzi w błysku cekinów wieczorowej kreacji, przy pomocy ledowych świeczek na pilota tworzy wyjątkowy nastrój, natychmiast zdobywa publiczność, by później „wykorzystać” ją w odważnych interakcjach. Opowiada o dwudziestu latach spędzonych w „czarnych salach”, a później roli matki, o trudnym powrocie na scenę, o uwielbieniu publiczności, o trudach i radościach zawodu. Ów egocentryczny ekscentryzm ujawnia się znakomitej „przymiotnikowej sekwencji”, określającej jej walory (O tak! Dąbrowska polską Björk!). Aktorka namawia wszystkich, by tak jak ona, uwierzyli w siebie. 

Sednem spektaklu jest muzyka i zaskakujące aranżacje znanych przebojów – „Odkryjemy miłość nieznaną” Alicji Majewskiej „Samba przed rozstaniem” Hanny Banaszak, „Diamentowa kula” Lombardu, „Gołębi puch” Małgorzaty Ostrowskiej czy „Szare miraże” Maanamu. Każda z piosenek odkrywa inne oblicze Dąbrowskiej – od jej komicznej siły, po nieco poetycką melancholię. Nowego odczytania utworów podjął się Piotr Klimek, a na żywo wykonuje Jakub Fiszer (także w świetnych, pełnych humoru aktorskich scenach). Muzyk ma do dyspozycji perkusję i elektroniczny looper, ale brzmi to jak pełna orkiestra. Dąbrowska część piosenek wykonuje absolutnie na serio, z fantastyczną choreografią, część jako ewidentne parodie. Trudno zorientować się gdzie ta granica przebiega. Absolutnym hitem jest scena nieoczywistej zamiany miejsc, w której zasiada za perkusją: pycha! 

Gdyby chcieć twórców za coś zganić, to była to zbyt rozbudowana sekwencja interakcyjna, która z uwagi na nieoczekiwane reakcje publiczności stała się nieco chaotyczna i męcząca. Wolałbym w tym czasie usłyszeć raz jeszcze śpiewającą Dąbrowską. Czy to na serio, czy to w parodii. I nie ważne czy czysto, czy z fałszem.

9( 119)
Październik'18
gajda