A kysz raku!

Kasia Bukowiecka to twarda babka! Przynajmniej za taką uchodzi. Potrafi ustawić do pionu połowę ZDiTM, drogowców i mostowców w mieście. Wyremontowała niezliczoną ilość dróg. Most Cłowy, Trasa Zamkowa, Jagiellońska, Bogusława i kilkadziesiąt innych inwestycji to jej sprawka. Jest też najlepszą żoną, wystrzałową mamą, cudną przyjaciółką, wyrozumiałą szefową i ciepłym człowiekiem w jednej osobie. Po 9 latach kolejny raz dopadł ją podstępny wróg. Kiedyś zaatakował piersi, tym razem znalazł się w płucach.

Autor

Hanna Promień

Naa szczęście jest terapia, która może jej pomóc. Jest to nowoczesna metoda leczenia komórkami dendrytycznymi w Niemczech. Terapia bardzo skuteczna, ale też bardzo kosztowna i trzeba na nią znaleźć pieniądze, a życie toczy się dalej.

Jesteś silną kobietą?

Właśnie się rozpłakałam na pierwszym pytaniu, więc chyba nie. Nie jestem twarda, może za taką uchodzę. Z pewnością miałam, to znaczy mam twardy zawód.

Jesteś drogowcem, mostowcem, inżynierem w jedne osobie. Praca Cię zahartowała? To użeranie się z facetami, betonem i asfaltem?

Nie użeram się z betonem, a tym bardziej z facetami. Ja z nimi współpracuję i muszę powiedzieć, że czasami z mężczyznami jest nawet łatwiej, bo są bardziej konkretni. Poza tym ja bardzo lubię to co robię, choć wiem, że jestem rodzynkiem w swoim środowisku. Mnie zawsze kręciło nie tyle budowanie nowych rzeczy, co utrzymanie czegoś co jest. Mamy przecież część starych dróg, mostów czy oświetlenia. My je remontujemy, odnawiamy, utrzymujemy i widać tego efekt. Ludzie pozytywnie reagują na nasze działania i to cieszy.

Bycie kobietą w tym męskim gronie pomaga Ci?

Chyba żadnej kobiecie nie pomaga bycie rodzynkiem w męskim gronie. To jest ciężkie środowisko i trzeba walczyć o swoje, szczególnie na początku. Zdarza się, że z dziewczyn na placu budowy próbuje się żartować. Ja musiałam pokazać, że jestem im równa, że mam jaja, że jestem poważnym partnerem do działania. Trzeba pokazać swoją wartość i kompetencje, tym bardziej jak na budowę przychodzi baba i do tego jeszcze rządzi.

To wszystko Cię zahartowało czy zakładasz maskę dobrej miny do złej gry?

Wiem, że przez to czym zajmuje się w pracy inni widzą mnie jako osobę z "twardą skórą". Tak jestem postrzegana, bo w moim fachu nie ma czasu na rozczulanie się i płacz. Ale w momencie choroby to nie ma żadnego znaczenia, nie ma żadnej maski. Na nowotwór nie da się przygotować, z rakiem nie można się pogodzić, on nie dodaje twardości ani szlachetności. Kiedy słyszysz diagnozę to nawet Ci najsilniejsi nie umieją znaleźć w sobie mocy. To jest kompletna masakra emocjonalna, burza w głowie. Podnosisz się i walczysz nie ze względu na pracę czy zahartowanie w niej. Siłę daje tylko rodzina, myślisz wtedy właśnie o niej.

I o normalności?

Tak, tęsknię za normalnością. Ale na początku drogi nie myśli się o pracy ani normalności, myśli się tylko o tym, żeby przeżyć, a mi tej szansy i nadziei nie dawali.

W Twoim wypadku to już kolejna walka z nowotworem. 9 lat temu chorowałaś na raka piersi?

Po pierwszym nowotworze lekarze powiedzieli mi, że jestem całkowicie wyleczona. Byłam w tak zwanej remisji, czyli uśpieniu tego taka. Badałam się co roku bardzo dokładnie. Zaczynałam robienie wyników w maju, a kończyłam w listopadzie. Zawsze były rezonanse, prześwietlenia, wszystko co trzeba. Okazuje się jednak, że te badania nie dawały rezultatu, nie wykrywały zmian, które zaczęły się pojawiać.

To jak dowiedziałaś się, że to znów nowotwór?

Najpierw zachorowałam na grypę, której oczywiście nie miałam czasu wyleżeć do końca. Potem przyszedł kaszel, osłabienie, utrata wagi, a lekarze byli uśpieni. Po paru miesiącach obserwując siebie zauważyłam, a w zasadzie utwierdziłam się w przekonaniu, że coś jest nie tak, że musze dokładnie sprawdzić co się ze mną dzieje.  Dokładniejsze badana pokazały, że mam nawrót swojej pierwotnej choroby. 

Za drugim razem jest łatwiej przyjąć informację o raku?

Za żadnym razem nie jest łatwo. Przychodzi kompletna burza w mózgu, jest lęk, bezsilność. Mi lekarze onkolodzy dawali poczucie, że raczej z tego nie wyjdę, że umieram. Po pierwszych dwóch wlewach chemii lekarz prowadząca dawała sygnały mojej rodzinie, że to nie wygląda za dobrze i zbliża się czas pożegnań. To było przerażające, jestem przecież młodą osobą, mam 2 nastoletnie, najlepsze pod słońcem córki, wspaniałego męża. Efekty przyszły dopiero po dwóch kolejnych wlewach. Po 4 chemii zobaczyłam nadzieję w oczach mojej lekarki. Jednak przerażające jest to, że środowisko medyczne ma problem z rozmową z pacjentami. W krytycznych sytuacjach wręcz nas unikają. Ja musiałam szukać własnego ratunku, rozwiązań.

I okazało się, że nadzieja jest w Niemczech.

Tak, są terapie, które w Polsce nie są refundowanie. Nasze leczenie onkologiczne jest jeszcze w tyle w porównaniu ze światowym poziomem. Kiedy u nas nadzieja na życie gaśnie, tam pojawia się nowe światełko, szansa na wyleczenie. Do tych nowych opcji ciężko tutejszych lekarzy przekonać. Mam wrażenie, że nie traktuje się nas jak partnerów do rozmowy, nie ma pokazywania innych kierunków i dawania nadziei. Wręcz przeciwnie, w moim przypadku był wyrok i nic więcej. Gdyby nie przypadkowe spotkanie, przyjaciele i internet nie miałabym szans. Do mnie zgłosił się znajomy, którego żonę wyleczono w sposób, który jest nadzieją także dla mnie. Tak to wszystko się zaczęło.

Zaczęło się i trwa. Twój profil A kysz raku, czyli Kaśka walczy staje się coraz popularniejszy. Zaglądasz na nas z przystanków z wyświetlaczy w autobusach. Stajesz się sławną Kasią. Jak na to reagujesz?

To cieszy, ale jest mocno onieśmielające i krępujące. Uważałam się za osobę twardą, która nie potrzebuje pomocy. Na początku to wszystko było dla mnie nie do przyjęcia. Planowaliśmy sprzedać to co mamy. Mocno walczyłam ze sobą i innymi, myślałam, że poradzimy sobie sami. Ja na początku zawsze się zapieram, ale można mnie przekonać racjonalnymi argumentami. Moja rodzina i przyjaciele przekonali mnie, że internet, social media to właśnie kierunek jaki musimy obrać, żeby zebrać pieniądze na moje leczenie. No i teraz jest mnie tyle, że boję się, że zostanę prezydentem. 

Masz wsparcie całej armii ludzi, wierzysz że się uda pogonić wroga?

Ja już troszeczkę się uspokoiłam. To przychodzi z czasem, szczególnie jak się okazuje, że jest jakaś nadzieja. Jeśli wierzy się w to co ma przynieść wyleczenie to jest lepiej. Ja uwierzyłam, że mi się uda dopiero podczas wyjazdu do Niemiec. Kiedy profesor wykładający na jednym z największych na świecie uniwersytetów powiedział, że mam szansę, że mnie wyleczy. W Polsce tego od lekarzy nie usłyszałam.

To znaczy, że trzeba szukać i drążyć, nie poddawać się w poszukiwaniu?

Moje doświadczenia pokazują, że nie możemy zawsze liczyć na to, że onkolog złapie za rękę, wesprze i pomoże. Powiem, nawet że czasami pacjenci z rakiem są dobijani, słyszą wyrok i zostają z tym sami. Żaden człowiek nie jest na to przygotowany, mnie na przykład zatkało. Przecież w nowotworze 80% tego co się dzieje w człowieku to pozytywne myślenie, a w naszej onkologii jest raczej negatywne. Jeśli człowiek nie ma wsparcia w rodzinie i przyjaciołach, to zostaje zupełnie sam i od tego również umiera. Wszystko zależy od tego co jest głowie.

A co jest teraz w Twojej głowie?

Same kwiatki! Jestem pozytywnie nastawiona, czuję nadzieję. Jak widzę ludzi, którzy się dla mnie starają, co wyprawiają, jakie mam wsparcie i serce innych. To niesamowicie budujące. Wierzę, że jest dla mnie przyszłość przy moich córkach i mężu.

Jak będzie dalej wyglądało Twoje leczenie?

Wstaję codziennie rano, oporządzam dzieciaki i myślę co na obiad, zakupy. Jestem „kurą domową”, która jest w trakcie chemioterapii i w międzyczasie odpoczywa. Przede mną 5 wlew. Byłam przekonana, że będzie ich 6, ale pani doktor widząc moje pozytywne nastawienie i samopoczucie już mówi, że będzie ich więcej. Ale trudno, mnie to nie przeraża, moja terapia komórkami dendrycznymi się przesunie, bo mogę ją rozpocząć dopiero po chemioterapii, ale będę czekać. Mam nadzieję, że do Niemiec wyruszę jeszcze w tym roku. W listopadzie koniec wlewów, później 4 tygodnie na regenerację ciała, komórek, leukocytów i wszystkiego co pozytywne w mojej krwi. W klinice z mojej krwi pobiorą tak zwanych „wojowników” nauczą ich mojego raka, którego zabieram ze Szczecina i wytworzą specjalną szczepionkę, która ma mi pomóc.

To co, a kysz raku?

A kysz!

Kasia jest pod opieką fundacji Anioły Sportu, która prowadzi zbiórkę funduszy na leczenie na koncie o numerze 04 1050 1559 1000 0090 8042 0343 (bank ING) w tytule przelewu: "Katarzyna Bukowiecka".

Przyjaciele postanowili zorganizować dla niej koncert charytatywny. 8.10 w Starej Rzeźni zagra dla niej zespół Chango, zaśpiewa także Hanna Hamela. Podczas wydarzenia odbędą się licytacje i będą sprzedawane przetwory, wina, nalewki i ciasta, a cały dochód zostanie przekazany na leczenie Kasi.

Więcej na profilu www.facebook.com/akyszrakuKatarzynaBukowiecka

9( 119)
Październik'18