Sputnikiem dookoła świata

Opłynęli kulę ziemską w cztery lata. Mateusz, Karolina i Bruno Stodulscy skończyli właśnie tę niesamowitą przygodę życia.  – Najpiękniejsza przyrodniczo i kulturowo okazała się Polinezja Francuska. Gdzie indziej można wspinać się na porośnięte dziewiczą dżunglą wulkaniczne szczyty, na zboczach, których gniazdują długoogoniaste faetony, a ze stromych ścian spadają z hukiem dziesiątki orzeźwiających wodospadów? – opowiada Mateusz, który też zdradza, że nie wszystko jednak było takie kolorowe. Zdarzały się i niebezpieczne sytuacje.

Autor

Andrzej Kus

Trudno wyobrazić sobie piękniejszą przygodę życia. Niesamowite jest to, że dokonaliście tego rodzinnie – z Brunem, który urodził się w trakcie podróży. Nie myśleliście o tym, by przerwać rejs po urodzeniu chłopca?

Mateusz Stodulski: Udało nam się tego dokonać wspólnie, ale wcale nie było to takie oczywiste. Wielokrotnie istniało ryzyko, że rejs będzie trzeba przerwać. Pierwszy raz, kiedy dowiedzieliśmy się, że trzy miesiące przed startem Karolina jest w ciąży. Zastanawialiśmy się wtedy czy w ogóle zaczynać. Postanowiliśmy mimo wszystko spróbować zachowując szczególną ostrożność i żeglując od portu do portu przy dobrej pogodzie. Zawsze zostawialiśmy sobie jednak plan awaryjny, polegający na zawieszeniu lub przerwaniu wyprawy. Okazało się, że żona świetnie znosi żeglowanie w ciąży i mogliśmy już zastanawiać się nad kolejnym krokiem. Drugi moment próby przyszedł już po narodzinach syna. Tym razem również postanowiliśmy spróbować żeglowania z odpowiednio dużym marginesem bezpieczeństwa i udało się. Wbrew pozorom niemowlak jest na jachcie łatwiejszy w obsłudze niż trzylatek. 

Bruno ma dzisiaj 4 lata. Jak znosił trudy rejsów – czy potrafi teraz przestawić się na życie na lądzie? To dla niego zupełna nowość.

Bruno urodził się w Kamieniu Pomorskim. Uznaliśmy, że tak będzie dla nas najprościej. Karolina wróciła z nim na jacht, gdy skończył cztery miesiące i żeglował z nami aż przez trzy lata. Z naszego doświadczenia wynika, że dziecko do trzeciego roku życia znosi żeglugę doskonale. Szczególnie przez pierwsze dwa lata, zanim nauczy się dobrze chodzić. Na początku potrzebuje tylko karmienia, wygodnego spania i bliskości rodziców. Wszystko to na małym jachcie ma pod ręką. Po drugich urodzinach dziecko potrzebuje więcej przestrzeni, ale od trzeciego roku życia zaczyna mu już brakować kontaktu z rówieśnikami. To był jeden z ważnych powodów zakończenia rejsu. Wysłaliśmy synka do przedszkola dokładnie wtedy, kiedy tego potrzebował. Adaptacja do życia na lądzie była dla niego lekkim zaskoczeniem, bo po trzech latach w tropikach wylądował nagle w grudniowej Polsce i musiał ubrać buty, kurtkę, czapkę, szalik i rękawiczki, których zupełnie nie znał. Początkowo poruszał się w tym wszystkim jak robot, ale po kilku tygodniach pogodził się z losem. Z drugiej strony zachwycił się śniegiem i zimowym krajobrazem. W przedszkolu z kolei szukał swojego miejsca przez około dwa miesiące. Był bardzo ciekawy dzieci i ich zabaw, ale do nowych rzeczy podchodził z pewnym dystansem. Potrzebował trochę czasu, ale teraz czuje się tam jak ryba w wodzie. 

Żeglarze, którzy w pojedynkę porywają się na taki rejs niemal zawsze mają na wodzie kłopoty z samotnością. Obecność rodziny pozwoliła tego uniknąć?

Niektórzy żeglarze doskonale czują się podczas samotnych rejsów i żeglowanie solo nie stanowi dla nich problemu. Ja również próbowałem takiego żeglowania i chociaż dobrze znoszę samotność, to jednak preferuję rejsy załogowe, a szczególnie rodzinne. Żeglowanie z rodziną daje mi dużo satysfakcji i pozwala wyeliminować tęsknotę, która czasem psuje najlepszą zabawę. Świadomość tego, że najwspanialsze momenty w życiu dzieli się z bliskimi nadaje przygodzie zupełnie inny wymiar. 

Odwiedziliście 24 kraje. Który z nich okazał się najpiękniejszy, a który zawiódł najbardziej?

To jest trudne pytanie. Każdy z odwiedzanych krajów oferował nam coś niepowtarzalnego. W niektórych czuliśmy się lepiej, w innych gorzej, ale nasza podróż jako całość nie byłaby kompletna bez doświadczeń z tych wszystkich miejsc. Najpiękniejsza przyrodniczo i kulturowo okazała się Polinezja Francuska. To odległe miejsce na Pacyfiku to żeglarski raj. Rozmaitość oszałamiających wyspiarskich krajobrazów, doskonałe warunki klimatyczne, obfitość flory i fauny i gościnność miłujących piękno i sztukę Polinezyjczyków to zestaw, z którym trudno rywalizować. Gdzie indziej można wspinać się na porośnięte dziewiczą dżunglą wulkaniczne szczyty, na zboczach, których gniazdują długoogoniaste faetony, a ze stromych ścian spadają z hukiem dziesiątki orzeźwiających wodospadów, zasilających źródła, w których żyją błękitnookie węgorze i słodkowodne krewetki. Zaledwie kilka kilometrów dalej źródła te wpadają do oceanu, w którym można swobodnie nurkować w towarzystwie kilkumetrowych, łagodnych mant o wielkich skrzydłach. Po dniu pełnym wrażeń wystarczy kilka minut spaceru by dojść do lasu, gdzie słodkie grejpfruty i aromatyczne banany czekają na zapakowanie do plecaka. Tuż po zachodzie słońca w centrum wioski odzywają się bębny i jest to doskonały moment, by podziwiać lokalną grupę tancerzy, ćwiczących haka przed zbliżającym się festiwalem. Na następnej wyspie, w koralowym atolu, czarne perłopławy cierpliwie pracują nad kolejną partią szlachetnych pereł. Mieszkańcy wioski skończyli pracę przy zbiorze kokosów na koprę i wolnym czasie zapraszają żeglarzy do wspólnej gry na ukulele i polowania na wielkie małże pahua. Bogactwo podwodnego życia w lagunie hipnotyzuje każdego nurka, który po raz pierwszy zanurza się w jej lazurowych wodach. Po takich doświadczeniach wizyta w zapylonym, zrujnowanym i zaśmieconym Egipcie była dla mnie jak wycieczka z raju do piekła. Te dwa miejsca to zupełnie przeciwne bieguny świata. Mimo wszystko nawet tam spotkaliśmy przyjaznych i gościnnych ludzi oraz delektowaliśmy się doskonałym lokalnym jedzeniem. Są to wystarczające powody by odwiedzić ten kraj. 

Na Martynice mieliście rok przerwy, który poświęciliście na pracę, co pozwoliło na zmianę łodzi. Czym się zajmowaliście i czy rzeczywiście był to rok wyrzeczeń i odkładania grosz do grosza?

Martynika to francuska wyspa na Karaibach będąca formalnie częścią Unii Europejskiej, w związku z tym mogłem tam legalnie podjąć pracę. Zajmowałem się tam głównie naprawą jachtów i czasem prowadziłem rejsy jako skipper. Fizyczną pracę w tropikach można śmiało porównać do pracy w kopalni więc nie było lekko, ale uroki Martyniki i okolicznych wysp rekompensowały wszystkie niedogodności. W wolnym czasie żeglowaliśmy wzdłuż łańcucha Wysp Nawietrznych lub pływaliśmy i nurkowaliśmy w ciepłych wodach otaczających naszą wyspę. Praca w tak egzotycznym miejscu daje szansę lepszego poznania lokalnej kultury i problemów. Takiej możliwości nie ma turysta przylatujący na dwa tygodnie intensywnego urlopu. Na miejscu poznaliśmy też wielu wspaniałych żeglarskich przyjaciół, z którymi mimo dzielącej nas odległości jesteśmy w stałym kontakcie. To był naprawdę pracowity i wspaniały rok.

Pana żona Karolina i Bruno wrócili do domu wcześniej, podmieniliście załogę. Spowodowane to było oczekiwaniem na drugie dziecko – córeczkę. Nie było trudno się z nimi pożegnać?

Pożegnania z rodziną nigdy nie są łatwe. Na Sri Lance żegnaliśmy się aż na pół roku. Poza tym Karolina była w ciąży, a ja razem z przyjacielem Leszkiem wyruszałem w najniebezpieczniejszy etap rejsu więc obaw było sporo. Na szczęście te pół roku było na tyle intensywne i pełne pośpiechu, że czas zleciał mi szybciej niż się spodziewałem. 

Czy na wodzie i lądzie, podczas całego czteroletniego rejsu, przytrafiały się jakieś niebezpieczne sytuacje, które wymagały specjalnego zaangażowania? 

Od samego początku planowałem wyprawę w taki sposób, by uczynić ją maksymalnie bezpieczną i przyjemną. Oznacza to, że wszystkie dłuższe przeloty odbywały się w najlepszych i najbezpieczniejszych porach roku danego akwenu. Poza tym współczesne techniki komunikacji umożliwiały mi odbiór dokładnych prognoz pogody w dowolnym miejscu na świecie. Jeszcze dwadzieścia, trzydzieści lat temu było to nie do pomyślenia. Dzięki łączności satelitarnej mogłem omijać rejony złej pogody lub zawczasu przygotować strategię na gorsze warunki.
Najmniejszy wpływ miałem na zagrożenia ze strony ludzi. O ile w większości miejsc na świecie, czy to na lądzie czy na morzu, wystarczy zachować podstawową ostrożność i rozsądek by uniknąć pospolitego złodziejstwa, o tyle na Morzu Arabskim, Zatoce Adeńskiej i Morzu Czerwonym nie ma żadnego przepisu gwarantującego uniknięcie kontaktu z piratami. Żegluga na tych akwenach była dla mnie prawdziwym wyzwaniem. Mój jacht nie jest szczególnie szybki, nie byliśmy też uzbrojeni, więc jedynym sposobem była sprawna i cicha żegluga po trasie najmniejszego ryzyka. W nocy nie paliliśmy świateł, wyłączaliśmy też lokalizator AIS, który zdradzał naszą pozycję. Mimo wszystko dwukrotnie mieliśmy spotkanie z rybakami, którzy widząc łatwy łup próbowali nas podejść. Za pierwszym razem kuter rybaków był na tyle powolny, że udało nam się mu uciec, za drugim razem dwie szybkie łodzie odstraszyliśmy atrapą broni wyposażonej w celownik laserowy. Były to najgorsze momenty całego rejsu i rejonu świata w którym się wydarzyły nie mogę polecić nikomu. 

Przygotowaliście z wody ponad 55 reportaży, które na bieżąco umieszczaliście na stronach internetowych. Jak znajdowaliście czas na ich przygotowywanie?

To było prawdziwe wyzwanie. Relacjonowanie naszej wyprawy na www.sputnikteam.pl było jednym z ważnych założeń całej wyprawy. Zależało mi na tym, by nasi przyjaciele, rodzina i sympatycy mogli wirtualnie podróżować razem z nami. W tym celu przynajmniej raz w miesiącu publikowałem na naszej stronie internetowej i w mediach żeglarskich kilkustronicowe reportaże ilustrowane zdjęciami z odwiedzanych miejsc. Starałem się dbać o to, by moje teksty były interesujące nie tylko dla żeglarzy, ale również dla przeciętnego czytelnika, który nigdy nie był na jachcie ani w miejscach w których lądowaliśmy. Docierałem przynajmniej do kilkunastu tysięcy czytelników, więc nie mogłem pozwolić sobie na pisanie głupot. Przygotowanie jednego reportażu zajmowało mi mniej więcej trzy dni pisania i obróbki zdjęć, plus przeróżną ilość czasu poświęconą na zbieranie materiału. Poza tym musiałem żeglować, dbać o jacht, pracować zawodowo i poświęcać czas rodzinie. Sam się zastanawiam jak zdołałem wszystko to pogodzić, ale efektem mojej pracy jest całkiem niezły zbiór wspomnień, które będą podstawą do napisania książki podsumowującej całą wyprawę. Mam nadzieję, że będzie to ciekawa pozycja literatury podróżniczej i świetny prezent dla moich dzieci. Chciałbym, by mogły kiedyś odkryć na nowo nasz rejs i może znaleźć w nim jakąś inspirację. Pracę nad książką rozpocznę niebawem.

Jaki teraz macie pomysł na siebie? Po czterech latach na wodzie z pewnością nie będzie łatwo się odnaleźć.

Pomysł numer jeden to rodzina. Z dwójką małych dzieci nie możemy narzekać na nudę i brak zajęć. Oczywiście podstawą bytu rodziny jest praca, więc natychmiast rzuciliśmy się w wir aktywności zawodowej. Żona po powrocie ze Sri Lanki od razu przerwała urlop wychowawczy i na kilka miesięcy wróciła do pracy w administracji. Teraz jest na urlopie macierzyńskim. Ja po kilku dniach odpoczynku podjąłem pracę w Marinie Kamień Pomorski, w której moje kompetencje i doświadczenia wykorzystuję do promocji tego najnowocześniejszego polskiego portu jachtowego. Poza tym w Jacht Klubie Kamień Pomorski podjąłem się żeglarskiego szkolenia dzieci i młodzieży. Po czterech latach na oceanach zdobyłem bezcenną wiedzę, którą bardzo chętnie się podzielę. 

Można już podsumować czteroletni rejs. Jakie fragmenty podróży najbardziej utkną wam w pamięci – oprócz narodzin Bruno oczywiście.

Mamy kilka swoich ulubionych momentów. Jednym z nich jest na pewno lądowanie na wyspie Fatu Hiva, po trzydziestu trzech dniach na Pacyfiku. To było jak przybycie na inną planetę. Oczyszczone długim pobytem na morzu zmysły nie nadążały z rejestrowaniem docierających do nich silnych bodźców. Majestatyczne, wulkaniczne szczyty ginęły gdzieś w pasatowych chmurach za którymi zachodziło słońce, a zasilana tropikalnymi deszczami zieleń eksplodowała na stromych zboczach. Kiedy tuż po zmierzchu znaleźliśmy się po zawietrznej stronie wyspy, zanurzyliśmy się w morzu kwiatowych zapachów niesionych wiatrem. Zakotwiczyliśmy po ciemku, więc prawdziwy szok przyszedł o świcie. Znajdowaliśmy się bowiem w samym środku Zatoki Dziewic, która przez wielu żeglarzy jest uważana za najpiękniejsze kotwicowisko na świecie. Mieliśmy wrażenie, że zaparkowaliśmy nasz jacht wewnątrz ogromnej, gotyckiej katedry, zbudowanej z zieleni i skał przez samą naturę. Niezapomniane były też wieczory na koralowym atolu Katiu, gdzie wśród serdecznych Polinezyjczyków muzykowaliśmy na ukulele, wpatrzeni w fosforyzującą różnymi odcieniami zieleni rafę koralową, pełną tropikalnych, podwodnych stworzeń.

Mógłbym wymieniać dalej, bo naszą wyprawę traktujemy jako jedną, wielką inwestycję we wspomnienia. Nazbierało się ich tyle, że trudno będzie je zmieścić na kilkuset stronach powstającej książki. Zainteresowanych naszymi przygodami zapraszam już dziś na www.sputnikteam.pl, lub do księgarń, w których książka powinna pojawić się już za kilkanaście tygodni.  

Czy szykujecie jakiś kolejny rejs, już z czteroosobową rodziną?

Nie wyobrażamy sobie życia bez żeglowania, chociaż w obecnej sytuacji nie jesteśmy gotowi na żadne długie wyprawy. Jacht wymaga remontu, a my jesteśmy spłukani i zajęci wychowaniem dzieci. Mimo wszystko już za kilka tygodni rozpoczniemy krótkie bałtyckie wyprawy na Bornholm, Rugię i do najbliższych polskich portów. Niewykluczone, że za kilka lat znów pożeglujemy w nieznane, ale póki co nie wybiegamy myślami dalej niż kilka miesięcy naprzód. 

 
9( 119)
Październik'18