Dama w trampkach

Na scenie potrafi bawić do łez i tę samą reakcję chemiczną wywoływać odgrywając dramatyczne role. Raz jest uroczą kokietką, zabawną kłamczuchą. Innym razem damą, femme fatale, boginią. To także niekwestionowana królowa kabaretu. W czasach przedwojennych miałaby status divy. Olga Adamska obchodzi okrągły jubileusz (choć sama nie przepada za tym słowem) pracy na teatralnej scenie. Na deskach Teatru Polskiego w Szczecinie pierwszą rolę zagrała w „Szewcach” Witkacego. Był to maj 1998 roku. 

Autor

Aneta Dolega

Wrzesień 2018, ciepły słoneczny dzień. Siedzimy w kawiarni przy kawie, nigdzie się nie spiesząc. W tej wygodnej atmosferze rozmawiamy o pracy, o teatrze, czyli zwyczajnie… o życiu.

Aneta Dolega: Ukończyłaś krakowską uczelnię. Wydawać by się mogło, że Kraków dla młodego aktora teatralnego w tamtym czasie to prawdziwy raj. Ty jednak powróciłaś do rodzinnego miasta.

Olga Adamska: Wróciłam do Szczecina, bo dostałam bardzo interesujące propozycje ról. To naturalne, że chce się od razu grać. Najlepiej role duże, konkretne i na dodatek często. Ja byłam głodna pracy więc się długo nie zastanawiałam. Żeby dobrze poznać ten zawód, obyć się z nim, trzeba jak najwięcej grać przed publicznością. Tylko praca na żywym materiale i organizmie jakim jest widz, pozwolą zdobywać doświadczenie i wiedzę. Pewnych rzeczy nie nauczymy się, nie dowiemy o sobie, jeśli będziemy grać wyłącznie w zaciszu sali prób. 

Pamiętasz początki zawodu? Jakie towarzyszyły Ci wtedy emocje?

Na początku emocje spinają. Bywają tak silne, że niewiele się pamięta z tych pierwszych spotkań z publicznością. Później następuje oswojenie, co raz większa ilość spektakli w różnym repertuarze, zarówno w dramacie, jak i w komedii, na różnych scenach, tej kabaretowej też. Z mikrofonem, z mikroportem i zupełnie unplugged. Te wszystkie doświadczenia się sumuje, a spotkania z widzem sprawiają coraz większą przyjemność. Rośnie magiczne doświadczenie. Mówię magiczne, bo mi doświadczenie dodaje skrzydeł i odwagi.

Oglądając Ciebie na scenie, szczególnie kabaretowej, odniosłam wrażenie, że ta dama to naprawdę Ty. Jesteś w tym otoczeniu, w tym kostiumie i pozie jak z innego świata. Czarujesz, manipulujesz widzem. Publiczność nie przychodzi do teatru, tylko przychodzi do Ciebie. 

Jest taka teoria, która mnie zastanawia. Kiedy niejednokrotnie oglądam aktorów, których znam osobiście, odnoszę wrażenie, że teoria ta jest absolutnie prawdziwa. A mianowicie, najlepiej gra się role psychologicznie najdalsze od nas samych albo postaci jakimi nie jesteśmy prywatnie. Od lat gram rolę Harriet w „Prywatnej klinice”, która jest niezwykłą kłamczuchą, oszustką, jest utrzymywana przez dwóch kochanków, którzy nie mają o sobie pojęcia i na dodatek robi to wszystko z ogromnym wdziękiem. Otóż ja prywatnie jestem osobą, która nie oszukuje, wręcz unikam kłamstw jak to jest tylko możliwe. Mi się po prostu nie chce tego robić, za dużo z tym zachodu. A jeszcze te wersje do zapamiętania, wystarczą mi do pamiętania role. (śmiech) Jestem więc zupełnym przeciwieństwem mojej bohaterki. Co do bycia divą, którą odgrywam na kabaretowej scenie, hmm? Ile tej damy jest we mnie? (śmiech). Całe życie unikam prostactwa, bezmyślności, nieuczciwości i pogardy. Więc jeśli jest we mnie coś z damy, to jakiś rodzaj elegancji, i nie mam na myśli zewnętrzności tylko elegancji wobec ludzi, wobec świata. I tu jeszcze jedna ciekawa teoria na temat aktorstwa: naszym obowiązkiem jest nadawanie postaci, którą gramy, swojego oglądu świata. Jest mi to bardzo bliskie. Scena lubi archetypiczne postacie. Jak ma być damą to z całym entouragem: z suknią, futrem, na obcasie, z wyprężoną sylwetką. Myślę, że również można być eleganckim w trampkach i w spodniach dresowych. W życiu codziennym nie zadaje sobie aż tyle trudu, bo współcześnie bycie elegancką damą wymaga wysiłku i czasu. Ja go aż tyle nie mam.

Ta elegancja jakoś działa na widzów. Musisz odganiać się od wielbicieli?

Sympatia widzów teatralnych jest bardzo miła, bo widz przychodzi do nas. To są nasi goście. Oczywiście nigdy nie miałam swojego fanklubu, nigdy nie byłam zarzucana kwiatami, listami, nie miałam wzdychających do mnie wielbicieli (śmiech). Mam świadomość, że jestem coraz częściej rozpoznawana, ale zazwyczaj te znaki ze strony widzów są subtelne: ktoś się uśmiechnie, ukłoni. Jest taki żart, kiedy publiczność po spektaklu bije bardzo długo brawo, to śmiejemy się, że dawniej artystom rzucano na scenę pod nogi brylanty a teraz… (śmiech). To co jest rzeczywiście pięknego w tej pracy, to niesamowity przepływ energii miedzy publicznością a aktorami. Spektakl niekiedy potrafi ponieść, człowiek się czuje jakby surfował na oceanie, jest w uniesieniu.

Bycie divą, postacią dramatyczna to dla Ciebie nic trudnego, ale potrafisz też być niesamowicie… zabawna. Rozśmieszyć widza to jednak nie jest taka prosta rzecz, a nawet chyba najtrudniejsza w teatrze.

Mam świadomość swojej vis comica. Co ciekawe musiałam do tego dojść. Nie byłam co prawda pozbawiona takich predyspozycji na studiach, ale żebym mogła się w tym poczuć pewnie, musiałam do tego dojrzeć. Aktualnie mam poczucie, że zaczęłam nad komizmem panować. Nie ma chyba nic lepszego, od tego, kiedy aktorowi na scenie absolutnie się wierzy, kiedy aktor nie odgrywa postaci, tylko się nią staje. Na pewno nie stawiałabym na szali komizmu i liryzmu. Nie chcę wartościować co jest trudniejsze. Śmiech jest też wymagający. 

Który moment w teatrze wywołuje w Tobie najwięcej emocji? Są aktorzy, którzy kiedy pracują nad rolą, tak bardzo są skupieni, że lepiej nie wchodzić im w drogę. 

Największe emocje wiążą się z dniem premiery. Umowny tydzień przed premierą jest ciężki dla otoczenia (śmiech) albo przynajmniej jest silnie zauważalny, bo wtedy trzeba się całkowicie skoncentrować. Prywatne życie schodzi na drugi plan. Dla mnie jest to naturalne, teatr przez wiele lat był dla mnie sensem życia. Ta praca przynosi mi ogromnie dużo satysfakcji, jest dla mnie rodzajem wyzwolenia. Ten ostatni tydzień przed premierą jest może utrapieniem dla otoczenia, ale z korzyścią dla postaci, która ma się finalnie wykluć. Towarzyszą temu wszelkie emocje, które związane są z całą produkcją teatralną. Zmierzamy się z przestrzenią teatralną, która właśnie wyrasta na scenie, z kostiumami, z oświetleniem. Jest wreszcie reżyser, który jest już zajęty wszystkim, tylko nie nami. Jesteśmy my aktorzy, w pewnym sensie pozostawieni sami sobie, w tym okresie największej emocjonalności. To jest najgorętszy moment, ale też najwspanialszy. Później po premierze następuje wypuszczenie roli i rodzaj pewnego smutku, że się cos skończyło, ale przecież i zaczęło.

Dwadzieścia lat minęło… Czy coś się zmieniło?

Jeśli mogłabym coś powiedzieć o tej mojej okrągłej liczbie – a (o) krągłości zawsze robią wrażenie – to tylko to, że teatr, daje mi wciąż tę samą przyjemność.  W innych zawodach po tylu latach pracy można się zmęczyć, poczuć wypalonym. Ja mam to szczęście, że w ogóle tego nie odczuwam.  

Jaka jest Olga Adamska prywatnie?

Zadowoloną ze swojego życia kobietą. Lubię czytać, lubię biegać, zawsze mam czas dla siebie. Nie lubię tylko wcześnie wstawać – no chyba, żeby pobiegać. (śmiech)

Dziękuję za rozmowę.

Olga Adamska

Szczecinianka z urodzenia i świadomego wyboru. Absolwentka Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie (dyplom u Jana Peszka i Mikołaja Grabowskiego). Debiutowała jako studentka w Teatrze Starym w Krakowie w spektaklu „Biesy albo Mały Plutarch żywotów nieudanych” w reżyserii Ludwika Flaszena. Od 1998 roku jest w zespole Teatru Polskiego w Szczecinie, gdzie zagrała wiele ról, ważniejsze to: Księżna Irina Wsiewołodowna w „Szewcach”, Maria Antonowna w „Rewizorze”, Rachel w „Weselu”, siostra Anna w „Wariacie i zakonnicy”, Hermia w „Śnie nocy letniej”, Disperanda w „Igraszkach z diabłem”, Anette w „Bogu mordu”, Solange w „Balu manekinów”, Lakmus w „Jak wam się podoba”, Hilary w „Kobiecie, która ugotowała męża”. Za rolę Belisy w „Ogrodach czasu” dostała nominację do nagrody Bursztynowego Pierścienia w sezonie 1998/1999. W „Prywatnej klinice” (zagranej ponad 300 razy!) kreuje rolę Harriet. Jako Hrabina Hrr w „Stacyjce Zdrój” zdobyła nagrodę Bursztynowego Pierścienia dla najlepszego aktora w sezonie 2006/2007. Aktorka Kabaretu Czarny Kot Rudy, gdzie gra w większości przedstawień. Od ponad 10 lat związana jest z Teatrem Kameralnym Michała Janickiego. W 1998 i 2006 roku finalistka Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu. 

9( 119)
Październik'18
gajda