Autor

Dariusz Staniewski

Ależ to był numer! Początek siatkarskiego sezonu, sala szczecińskiej Netto Areny wypełniona po brzegi, kibice żądni wrażeń i czekający na wspaniałe widowisko. I kiedy ledwo siatkarze Stoczni Szczecin (z najlepszym zawodnikiem ostatnich mistrzostw świata - Bartoszem Kurkiem) rozpoczęli mecz z Treflem Gdańsk w hali… zgasło światło! Trybuny rozświetliły latarki telefonów komórkowych. I cóż z tego, że był to widok zapierający dech w piersiach. Przez trzy godziny w hali nie było światła i w końcu musiano mecz odwołać. Od razu rozpoczęto szukania rozwiązania zagadki braku prądu. Padła propozycja, żeby wezwać detektywa Rutkowskiego na pomoc. Ale zrezygnowano z tego pomysłu, bo detektyw zawsze chodzi w ciemnych okularach i przy wyłączonym świetle mógłby się w hali zachowywać jak Jurand ze Spychowa zaraz po zakończeniu „gościny” u Krzyżaków albo jak kret na słońcu. Potem do mediów trafiła wersja, że awarię spowodował ktoś, kto w toalecie zapalił papierosa. Dym uruchomił jakiś systemu i światło padło. Następną w kolejce była teoria, że to nie był przypadek tylko zorganizowana, na dużą skalę, akcja kieszonkowców, którzy pod osłoną ciemności chcieli buszować między rzędami i pozbawiać kibiców portfeli. Ale okazało się, że wszyscy szczecińscy kieszonkowcy byli w tym czasie na specjalnym szkoleniu prezentującym nowe techniki kradzieży - taki szybki kurs tuż przed wielkim wyzwaniem jakim jest dla nich co roku Święto Zmarłych. Kolejna wersja - hala po prostu nie zapłaciła za prąd i ktoś się wnerwił i wyłączył. Ale to też nie zostało potwierdzone. Upadła również hipoteza, że to była próba inscenizacji „Dziadów” Adama Mickiewicza - w plenerze i dla masowego odbiorcy. Podobno jakiś aktor krzyczał przeraźliwie na widowni, że „ciemno wszędzie, głucho wszędzie i co to będzie, co to będzie”. Biedak jednak źle trafił. Bo obok siedział jakiś kibic – „mięśniak”, który, co prawda, z literatury nie był mocny, ale za to przywalić potrafił. I tak też się skończył ten „teatr jednego aktora”. Oficjalna wersja kierownictwa hali jest taka, że coś tam się przepaliło w instalacji elektrycznej. Ale według nieoficjalnych informacji za wyłączenie prądu odpowiada nowa tajna organizacja na naszym lokalnym rynku - Zakon Blackoutu. Nazwa nieprzypadkowa, bo jej członkowie walczą o tu, żeby w pamięci ludzkiej nie zatarła się data wydarzenia wyjątkowego w historii miasta. Otóż w nocy z 7 na 8 kwietnia 2008 roku Szczecin i okolice pogrążyły się w ciemnościach. Gigantyczna awaria prądu spowodowała, że zamknięto szkoły i sklepy, nie jeździły tramwaje, mieszkańcy siedzieli przy świeczkach. Totalny, kilkunastogodzinny unplugged! W tym roku minęło 10 lat od tego wydarzenia. I nikt tej rocznicy w mieście w jakiś specjalny sposób nie upamiętnił. Dlatego członkowie Zakonu Blackoutu się wkurzyli i zrobili swoje. Teraz zapowiedzieli już kolejne akcje dywersyjne. W najbliższych planach m.in. wyłączenie prądu (oczywiście w trakcie meczu) na stadionie Pogoni, brak energii w sieci szczecińskich tramwajów w godzinach szczytu oraz zmasowany atak na Elektrownię Dolna Odra.

To jeden z projektów, który zwyciężył w zeszłorocznym Budżecie Obywatelskim - napis „Szczecin” składający się z kilkumetrowych liter. Miał stanąć na Łasztowni i być nową atrakcją turystyczną miasta. Tak przynajmniej uważają projektodawcy. Na razie jednak na Łasztowni nie stanie. Dlatego działacze pewnej partii ustawili go na chwilę na Jasnych Błoniach. Chyba po to, żeby prezydent Szczecina miał wyrzuty sumienia, że do tej pory tego projektu nie zrealizowano. Ale dlaczego ten napis miałby zostać wykonany tylko z kilkumetrowych liter? Czy nie stać nas na coś więcej? Pewnie, że stać! Idźmy na całość! Niech to będzie napis na miarę naszych możliwości! Jak ten przysłowiowy już Miś Barei! Niech nasze litery będą przynajmniej podobnej wysokości jak te w napisie „Hollywood” w Los Angeles! A może nawet większe! Pokażmy USA, że my sroce spod ogona nie wypadliśmy! Poza tym, czy Łasztownia jest dobrą lokalizacją dla takiego napisu? Nie mamy co prawda w Szczecinie takich wzgórz na jakich stoi napis „Hollywood”. Może więc usypać jakiś specjalny kopiec? Jak Kościuszki w Krakowie? Albo można ten napis postawić np. na Wałach Chrobrego! Bo co tam Wały. Już się opatrzyły. Niech je przysłoni napis, żeby nikt nie miał wątpliwości gdzie się znajduje. A na Łasztowni, czyli po drugiej stronie Odry, postawmy gigantyczną figurę Gryfa Pomorskiego. Przynajmniej tak dużego jak Statua Wolności w Nowym Jorku. A na jego głowie, którą wieńczy korona, można urządzić taras widokowy! To dopiero będzie atrakcja. A jakby jeszcze z dzioba zionął ogniem? Wtedy jest szansa, że przebijemy Jezusa ze Świebodzina.

„Morsy” z policko-szczecińskiego klubu oficjalnie rozpoczęły już sezon. W październiku do Jeziora Głębokiego w Szczecinie wskoczyło kilkadziesiąt osób. Przy kilkunastu stopniach ciepła i pięknej, słonecznej pogodzie. Podobno byli bardzo rozczarowani tymi warunkami atmosferycznymi. Bo dla nich najlepiej kiedy jest dużo śniegu, termometry wskazują np.: -5 czy -10 stopni Celsjusza, a woda ma od 0 do 2 stopni. A tu taka przykra niespodzianka - ciepło i słonecznie! A to dla morsa bardzo niebezpieczna sytuacja. Nie ma więc się co dziwić, że kilku z nich się przeziębiło a kilku ciągle leży powalonych udarem słonecznym.

10( 120)
Listopad'18
gajda