Wojciech Pszoniak – lubię wracać do Szczecina

Jest tym typem osoby, z którą chciałoby się przegadać całą noc. My spędziliśmy ze sobą jeden uroczy wieczór w zaprzyjaźnionych progach restauracji Bombay i dzięki uprzejmości właściciela Exotic Restaurants Mariusza Łuszczewskiego. Wojciech Pszoniak, jeden z najwybitniejszych współczesnych aktorów teatralnych i filmowych polskich, ale także francuskich (mieszka i pracuje w Paryżu od blisko 40 lat) okazał się mądrym i ciepłym rozmówcą, który uwielbia dobre jedzenie, blondynki (najbardziej swoją ukochaną żonę), wódkę z pieprzem i powroty do Szczecina.

Autor

Aneta Dolega

galeria

Spotykamy się przy stole, w indyjskiej restauracji Bombay, więc nie mogę nie rozpocząć rozmowy od jedzenia. Jest Pan smakoszem, świetnym kucharzem i autorem książki kucharskiej. 

Zacznę od tego, że w Paryżu mieszkam od blisko 40 lat i to tam dopiero zacząłem się uczyć orientalnych smaków, z prawdziwą (bo mam na myśli coś więcej niż curry) kuchnią indyjską włącznie. I ilekroć w tym czasie odwiedzałem Polskę to nigdzie, poza jedną knajpką na warszawskim Starym Mieście, nie znalazłem restauracji, która by serwowała dobre jedzenie z tego regionu Azji. Dopiero kiedy trafiłem do Bombay'u, w którym aktualnie się znajdujemy, poczułem co to znaczy smak Indii. Wyznam pani, że nawet w Paryżu nie znalazłem miejsca równie tak dobrego jak to. I nie mówię tego, by sprawić przyjemność mojemu przyjacielowi Mariuszowi, tylko jako smakosz rzeczywiście nie natrafiłem wcześniej na taki lokal. Druga orientalna restauracja w Szczecinie, którą odwiedziłem i która również należy do Mariusza to Buddha. Wpadłem w zachwyt – to jest właśnie to, tak się gotuje!

Pana wizyta w Szczecinie nie jest wyłącznie związana ze świetnym jedzeniem, ale też z dobrą literaturą. Jest Pan gościem, i to nie po raz pierwszy, Festiwalu Czytania. Co sprawia, że chętnie Pan tu wraca i siada przed publicznością z książką w ręku?

Nie chcę brzmieć egzaltowanie, ale kieruje mną poczucie misji. Jestem artystą, aktorem i moja praca nie polega tylko na graniu i zarabianiu pieniędzy, choć pewnie jest wielu takich, którzy ten zawód wyłącznie tak traktują. Moim zadaniem jest, poprzez to co robię, wpływanie na rzeczywistość, która mnie otacza. Nie oszukujmy się, czytelnictwo w Polsce jest na dramatycznie niskim poziomie. We Francji dla porównania, na jednego mieszkańca przypada najwięcej księgarni na świecie. Polska pod tym względem jest tragiczna: ponad 70 procent społeczeństwa nie przeczytało ani jednej książki w ciągu całego roku, a nawet gorzej – ani jednej strony! I ta straszna sytuacja niestety przekłada się na każdą sferę życia, co najdobitniej widać w polityce. W związku z tym moja obecność na festiwalu nie jest przypadkowa. Odwiedzam festiwal od samego początku, nie było mnie tylko w zeszłym roku, i czuję, że to, co robię jest bardzo ważne. Szczególnie w czasach zalewającego nas z mediów bełkotu. Przy okazji zawsze spotykam w Szczecinie moich wspaniałych przyjaciół – profesora Bralczyka i Michała Ogórka.

A jak wygląda Pana dialog ze studentami?

Moi studenci nie studiują. Kiedy ja byłem na studiach znałem XIX wiecznych artystów, chciałem o tym zawodzie dowiedzieć się jak najwięcej a oni, cóż… niestety, nie potrafią nawet wymienić aktorów działających 30 lat temu. Bardzo mało czytają, no chyba, że jest to Wikipedia.

Co w związku z tym Pan stara się im przekazać?

Artyści, ludzie kultury do broni! Trzeba walczyć. Należy bronić rozmowy, kultury i  na końcu, w tym wszystkim, człowieka.

Nonkonformistą był Pan chyba od zawsze. Kiedy nie dostał się pan do warszawskiej PWST krzyknął Pan w stronę komisji egzaminacyjnej „ Niech wam się k…a nie zdaje, że nie będę aktorem!”.

W uzasadnieniu o nieprzyjęcie mnie na studia było napisane: „Brak warunków zewnętrznych, wady wymowy, brak wrażliwości”. Ja się tak wkurzyłem, że wyszedłem z sali, po czym wróciłem i krzyknąłem to co pani zacytowała. Trzasnąłem drzwiami, pojechałem do Krakowa i tam dostałem się na studia. Mocno wierzyłem w to, że powinienem być aktorem. To nie był mój kaprys, tylko moje wewnętrzne silne przekonanie, które potwierdził jeszcze wcześniej mój przyjaciel Tadeusz Różewicz. Co ciekawe, później dowiedziałem się, że zamiast mnie przyjęto syna jednego znanego aktora, który był mniejszy ode mnie. To a propos „braku warunków zewnętrznych”. Zawód aktora wymaga bardzo silnego charakteru. Tu się wchodzi bardzo głęboko, a ja akurat jestem taką osoba, która w każdej dziedzinie życia jak coś robi, to robi to na sto procent. Nie jestem jak gwiazdka seriali, nie ślizgam się po powierzchni popularności. Ponoszę koszt tego zawodu, a on potrafi być ogromny. Największym wrogiem człowieka jest sława.

No właśnie, jak Pan sobie radzi ze sławą i popularnością? 

W latach 70. byłem tak popularnym aktorem, że Agnieszka Osiecka ukuła na to specjalne powiedzenie: „nosi się Pszoniaka”. Miałem wtedy naprawdę wszystko. A jak sobie z tym radziłem? Ja tego nigdy nie lubiłem, i nie lubię do tej pory. Dla mnie ta cała sława i popularność nie mają żadnej wartości, w tym sensie, że nie interesuje mnie granie na stadionach. Mnie interesuje wyłącznie jakość.

Pana największe i przełomowe role filmowe to postacie, jakie zagrał Pan u Andrzeja Wajdy w „Ziemi Obiecanej”, „Weselu” i „Dantonie”. Czy to, że na Pana drodze stanął taki reżyser jak Wajda było dziełem przypadku czy może jednak przeznaczeniem?

 Wie Pani, życie w ogóle jest mozaiką przypadków. I chodzi tylko o to jak to się dalej ułoży, czy będziemy potrafili tę szansę wykorzystać. Moja zasługa w tym spotkaniu na linii aktor-reżyser jest taka, że ja tego nie straciłem. Wajda najpierw zobaczył mnie na scenie u Konrada Swinarskiego i po spektaklu stwierdził: „o, dobry aktor”, po czym zaproponował mi rolę Jezusa w swoim filmie. Spodobało mu się jak u niego gram i pomimo tego, że na początku nie było między nami chemii, przyjąłem rolę Dziennikarza w jego adaptacji „Wesela”. Reszta potoczyła się sama. Najważniejsze, że nie straciłem okazji i… głowy. Na szczęście mam umiejętność kontrolowania własnej próżności i nie dałem się ponieść fali popularności.

Czy również przypadek zadecydował o Pana spotkaniu z Mariuszem Łuszczewskim? A może taka karma?

(śmiech) Kiedy pracowałem ze św. pamięci Jackiem Polaczkiem w Teatrze Polskim, poznałem Mariusza w jednej z jego restauracji. Spędziliśmy wtedy ze sobą tydzień i słysząc tę fascynującą i wręcz nieprawdopodobną historię o rodzicach Mariusza, o ucieczce jego mamy, miss Indii, do komunistycznej Polski za miłością, stwierdziłem, że jest to genialny materiał na film. Zadzwoniłem do mojego dobrego kolegi producenta filmowego Michała Kwiecińskiego i wręcz zmusiłem go, żeby zainteresował się tą historią i coś z tym zrobił. I tak krok po kroku projekt filmu „Taka karma” ujrzał światło dzienne i rozpoczęła się moja przyjaźń Mariuszem.

Dziękuję za rozmowę

 

 

Podziękowania dla Exotic Restaurants  za pomoc w realizacji wywiadu

10( 120)
Listopad'18
gajda