Szał na tatuaże

Tatuaże to sztuka – zgodnie twierdzą wszyscy ci, którzy mają z nimi do czynienia. Działają uzależniająco, ale efekt końcowy często robi niesamowite wrażenie. – Pierwszy zrobiłem, gdy miałem 18 lat. Dzisiaj nie wiem ile ich mam – mówi Grzegorz Majer, który wytatuowane ma niemal prawie całe ciało. 

Autor

Andrzej Kus

galeria

Bez wątpienia budzą ogromne kontrowersje i skrajne emocje. Jedni patrzą na nich z obrzydzeniem i wytykają palcami, inni z zachwytem gratulują odwagi. Mowa o tych, którzy postanowili wytatuować sobie ciało. Nie jednym, niewielkim tatuażem, a kilkudziesięcioma, znajdującymi się nawet w bardzo widocznych miejscach. 

– Nie mam pojęcia ile ich mam. Z pewnością nie kilka, a co najmniej kilkadziesiąt – mówi 31-letni Grzegorz Majer. – Zacząłem je robić, gdy miałem 18 lat. Pierwszym był tatuaż mojego znaku zodiaku. Później następne i bardzo mnie to wciągnęło. 

Czy jest to już uzależnienie? – pytamy.

– Zdecydowanie tak. Uwielbiam je robić i każdy kolejny „namawia” do następnego – odpowiada Grzesiek, który prowadzi z bratem od wielu lat firmę kamieniarską. Dzięki temu nie ma problemu z pracą, nie musi się także martwić, że z powodu nietypowego wyglądu ją straci. Tatuaży ma mnóstwo. Nie jest ze wszystkich zadowolony. Szczególnie doskwierają mu te, robione przed laty. Technika była wówczas zupełnie inna. Przez ten czas tatuażyści nabrali także wprawy. 

Ma też tatuaże, które mają dla niego ogromne znaczenie. Jednym z nich jest portret mamy zrobiony tuż przy obojczyku. 

– Bardzo kocham mamę. To był dla niej prezent, który… jej się nie spodobał. Gdy go zobaczyła, powiedziała: „a gdy odejdę, to co dalej?”. „Przecież tatuaż zawsze pozostanie” – odpowiedziałem. – Każdy wzór na mnie coś oznacza. Wiążą się z jakimiś historiami, osobami, przeżyciami. Nie ma takich z przypadków.

Wydaje się, że w przypadku takiej ilości, nie ma już mowy o bólu przy każdym kolejnym nakłuwaniu. Wręcz przeciwnie. Robienie tatuaży nie jest już niczym przyjemnym. 

– Na początku nie bolało. Z każdym następnym ból jest coraz większy. Tatuaże robię w studiach sprawdzonych przeze mnie. Wszystkie są ze Szczecina. Jedne specjalizują się w portretach, inne w scenach, kolejne w cieniowaniu. Kryteriów jest sporo i w zależności od tego, czego potrzebuję, idę do danego salonu. Jestem bardzo ostrożny. Zawsze chcę, by sprzęt do tatuowania był odkażany w mojej obecności. Nie zgodziłbym się, by ktoś zaczął pracować przy moim ciele sprzętem, który rzekomo miałby już odkażony.

„Taran”, tak mówią na Grześka znajomi, nie obawia się o przyszłość. Zdaje sobie sprawę z tego, że tatuaże pozostaną już na całe życie. 

– Będą starzały się razem ze mną. Są już moją integralną częścią. Teraz jestem specyficznym młodym chłopakiem. Gdy się zestarzeję będę specyficznym staruszkiem – przyznaje. 

Czy tatuaży będzie jeszcze więcej? Z pewnością na tym co ma, by nie poprzestał. Blokuje go jednak pewna rzecz. 

– Kończy mi się wolne miejsce na ciele. Mam wytatuowane nogi, stopy, uda, pośladki. Jest jeszcze twarz, ale na tę chwilę nie chciałbym nic więcej na niej robić – podsumowuje. 

Jarek z Przystani Autysty

Podczas jednego z wrześniowych weekendów, w Szczecinie, odbył się konwent tatuaży. Przyjechali na niego m.in. tatuatorzy z całej Polski. Wśród nich był Jarek Kowalczyk, właściciel poznańskiego studia Buszi Ink. To właśnie do niego ustawiały się prawdziwe tłumy mieszkańców naszego miasta. Dlaczego? 

– Tatuowałem im niewielkiego puzzla, we wskazanym przez nich miejscu – przyznaje Jarek. – Ten wzór nie jest bez znaczenia. Jest to symbol autystów. Dlatego też każdy, kto chciał „dziarę” wrzucał do puszki datek na fundację Przystań Autysty. Prowadzę ją z rodzicami chorych dzieci. Dzięki niej zbudujemy w Poznaniu dom, który da ogromne możliwości. Za granicą jest normalną sprawą, ale nie u nas. Pomoc państwa, w stosunku do tych, którzy cierpią na autyzm i osiągnęli pełnoletność jest zerowa. W Przystani będziemy produkowali zdrową żywność. Będą terapeuci, opieka. Dla autystów przygotujemy tam miejsca pracy, a dzieciaki znajdą pomoc z prawdziwego zdarzenia. W okresie dojrzewania zachowują się różnie, często są agresywne. Najczęściej wzywa się teraz pogotowie, gdzie dziecko zapina się w kaftan i wywozi. Nie na tym to ma polegać. 

Szczecin podarował w ten sposób Poznaniowi ponad 6 tysięcy złotych. Puzzle zrobiło blisko 100 osób. Część wiedziała wcześniej, że będzie organizowana taka akcja. Część dowiadywała się na miejscu i wtedy podejmowała decyzję o tatuażu. 

– Każdy miał jakiś powód. Był pan na wózku inwalidzkim. Był też taki, co nie pije pół roku. Energia ich wszystkich była niesamowita. Zrobienie tatuażu zajmowało kilka minut. Ludzie w kolejce stali po 3,5 godziny. Najważniejsze, że chętnie pomagali. Wierzę, że karma wraca. 

Jarek tatuuje od ośmiu lat. Nie wie ile na swoim ciele ma tatuaży. 

– Kiedyś próbowałem liczyć, ale już się nie da. One dotykają się krańcami – opowiada. 

Każdy wzór ma dla niego duże znaczenie. Mężczyzna jest tatą autystycznego, 8-letniego chłopca. Nie mogło więc zabraknąć u niego tatuażu z podobizną synka. Ojciec walczy o to, by dla wszystkich chorych na autyzm osób stworzyć miejsce, które będzie dla nich azylem, gdzie będą mogli żyć tak, jak każda zdrowa osoba. 

– Gdy przychodzą do mnie ludzie, którzy chcą się tatuować muszą podać mi konkretny powód swojej decyzji. Tłumaczę im, że zostaje to na całe życie. Wierzę, że tatuaże są formą amuletu. Ważne, by coś dla nas znaczyły. Na moim ciele, im ważniejsze jest jego przesłanie, tym odważniejsze jest miejsce. 

Każdy tatuaż wiąże się z bólem, Kowalczyk tego nie ukrywa. Nie jest to jednak potężne cierpienie, a jeśli mimo wszystko ból jest dokuczliwy, jest sposób by sobie z nim poradzić. 

– Dlatego tak bardzo przykładam uwagę do znaczenia tatuaży. Nie jest prawdą, że nie bolą. Oczywiście wiążą się z bólem. Mój kolega robił „dziarę” w miejscu bardzo bolesnym, na żebrach. Powód miał bardzo konkretny. Jego brat od lat choruje na raka. Gdy czuł ból tłumaczył sobie, że to dla najbliższej dla niego osoby. Że może dzięki temu cierpienie brata będzie mniejsze. Gdy masz konkretny powód, wystarczy o nim pomyśleć, rozluźnić się. Nie będzie wtedy strasznie. Wszystko jest do wytrzymania i leży w naszej głowie. 

„Masz szlaban na tatuaże”. Mama

Kilka miesięcy temu Internet obiegło zdjęcia nietypowego tatuażu. Mama dziewczyny, najprawdopodobniej wychodząc z domu, zostawiła córce kartkę o treści: „Masz szlaban na tatuaże. Mama”. Córka postanowiła zrobić „niespodziankę” mamie i udała się z kartką do studia tatuaży. Poprosiła o… odwzorowania wzoru na swoim ciele. 

– Bardzo się uśmialiśmy, ale oczywiście zlecenie wykonaliśmy – opowiada rozbawiony Maciej Lewandowski, właściciel studia tatuaży oraz jeden z pomysłodawców Szczecin Tattoo Convention. – Zdarzają się zabawne historie. Kiedyś zrobiliśmy konkurs na wspólny tatuaż dla zakochanych. Zgłosiła się para, gdzie jedno z nich wytatuowało sobie wtyczkę, a drugie kontakt. Okazało się, że mężczyzna jest elektrykiem. 

Maciej przyznaje, że sztuka tatuażu w ostatnich latach zrobiła ogromny postęp. Tatuują się ludzie w każdym wieku, z różnych – również prestiżowych zawodów, o różnym wykształceniu. Dotyka to wszystkich grup społecznych. Sam ma tatuaże na nodze, na plecach, na klatce piersiowej. Ile? Tego nie wie, część zlewa się z całość. 

– Nie zamykam się na kolejne – mówi. 

Nie zgadza się jednak z tym, że „dziary” są pamiątką na całe życie. 

– Tatuaże można usunąć metodą laserową. Robią to zarówno studia, jak i kliniki medyczne. Jeśli komuś wzór się znudzi, zawsze można zrobić tak zwany cover. Polega to na przykryciu niechcianego już wzoru, nowym. Nie jest więc tak, że nas zawsze jesteśmy do niego przywiązani – dodaje. 

„Czułam potworny ból”

Katarzyna Hubińska, znana szczecińska projektantka, tatuaż ma ponad 20 lat. Przyznaje, że nie przepada za przesadzoną formą ozdabiania swojego ciała. Zdecydowała się jednak na niego, nie dlatego, bo całe życie o nim marzyła. Powód był zupełnie inny, trzeba przyznać – oryginalny. 

– Zabrzmi to dziwnie, ale chciałam poczuć ból. Słyszałam, że jest nie do zniesienia. Raz już zdobyłam mistrzostwo świata i urodziłam córkę, jednak zastanawiałam się, czy podołam i temu – wspomina. – Poszłam więc do najlepszego wówczas studia, Gonzo. Na topie były celtyckie wzory, chciałam poddać się modzie. Gonzo spojrzał na mnie i zapytał, czy na pewno się z tym identyfikuję. Powiedziałam, że nie do końca, a bardziej z czymś lekkim: kwiatami i motylkami. Pokazał mi więc parę innych wzorów i udało się poskładać coś zgodnego z moich charakterem. 

Kasia nie chciała, by tatuaż był w widocznym i eksponowanym miejscu. Postanowiła więc, że zrobi go na brzuchu. Poprosiła o znieczulenie, ale została wyśmiana. 

– Gonzo powiedział, że idea jest taka, bym to właśnie poczuła. Zapewnił, że nie jest to ostatni, bo wszystkich to wciąga i przyjdę ponownie. Nie jestem „wszyscy”. Nie chciałam więcej, tym bardziej, że ból był nieprawdopodobny, zlana byłam potem od stóp do głowy. Gdy wstałam z fotela wszystko było mokre. 

Można więc pomyśleć, że sytuacja potrafi zniechęcić do dalszego tatuowania. Na drodze twardej decyzji stanęła jednak córka Kasi – Ola. Jest ona po liceum plastycznym i zajmuje się właśnie tatuowaniem. 

– Nie chcę robić już tatuaży, ale mam zamiar pokazać w ten sposób Oli, że bardzo jej ufam, wierzę w to, co robi i nie neguję jej pasji. Kolejny wzór wykona właśnie ona. Znowu będzie to coś delikatnego, o miękkich kształtach, może kot. Teraz to już będzie na pewno ostatnia „ozdoba”.

10( 120)
Listopad'18
gajda