Drużyna wspaniałych

To o nich mówi cała Polska. Są wzorem dla najmłodszych, imponują również starszym miłośnikom sportu. Lekkoatleci związani z naszym regionem, czyli Małgorzata Hołub-Kowalik, Sofia Ennaoui, Marcin Lewandowski oraz Piotrek Lisek to absolutna czołówka światowa w swoich dyscyplinach. Mimo że są gwiazdami, to wciąż młodzi i niezwykli skromni ludzie. Zgodnie przyznają, że nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa.

Autor

Andrzej Kus

Najpierw skakał w wzwyż. Później biegał na długich dystansach. Przyznaje jednak, że psychicznie dyscyplina ta była dla niego zbyt męcząca. Ówczesny trener wziął więc sprawy we własne ręce i skierował Piotra Liska do swojego kolegi, który był trenerem skoku o tyczce. Dzisiaj sympatyczny sportowiec może być mu bardzo wdzięczny. Jest czołowym skoczkiem świata i doskonałą wizytówką nie tylko Szczecina, ale i Polski. Dzięki między innymi niemu w sierpniu przeżyliśmy niesamowite, sportowe emocje. W Berlinie, podczas Lekkoatletycznych Mistrzostwach Europy Piotrek skakał naprawdę doskonale. Niestety, życiowe skoki oddawali również jego rywale. 

– Był to historyczny konkurs i nie mogę być zły na siebie. Skoczyłem więcej niż na każdej innej dotychczasowej mistrzowskiej imprezie. Osiągnąłem wysokość 5,90 metra i… byłem czwarty. W 2017 roku na mistrzostwach świata skoczyłem centymetr niżej i byłem drugi. Tutaj to nie starczyło. Wyniki wszystkich zawodników pokazują poziom tej imprezy. Dałem z siebie 110 procent – wspomina lekkoatleta. 

Czy stać Piotra na więcej? Zdecydowanie tak. Pokazał to w 2017 roku, gdy podczas zawodów w Poczdamie ustanowił absolutny rekord Polski, skacząc 6 metrów. 

Jaki jest przepis na sukces? Bez wątpienia ciężka praca. Piotr trenuje dwa razy dziennie. Jest znany z tego, że w jego sylwetce nie znajdziemy ani grama tłuszczu. Nie jest to zasługą siłowni. Chodzi na nią raz w tygodniu. 

– To zasługa genów. Nie chodzę ćwiczyć częściej, bo bardzo szybko rosnę. Nie mogę być „koksikiem z siłowni”, bo na rozbiegu trzeba szybko biegać. Z większą masą nie byłoby to możliwe. 

PIOTR LISEK

Kolejnym, niezwykle istotnym składnikiem, jest zrozumienie najbliższych osób. Dwa lata temu Piotrek poślubił wybrankę swojego serca – Olę, która… także jest utalentowaną, byłą już tyczkarką, a dokładniej wicemistrzynią Polski oraz halową mistrzynią Polski z 2013 roku. Obecnie trenuje innych zawodników. Sakramentalne „tak” powiedzieli sobie po sześciu latach znajomości.

– Poznaliśmy się na pierwszym obozie kadrowym w Spale. Może trudno w to uwierzyć, ale zawsze byłem nieśmiały. To ona przejęła inicjatywę i dzięki temu jesteśmy razem. Muszę jednak przyznać, że od razu gdy ją zobaczyłem pojawiła się iskierka w moim oku.

Obecnie nie mają dla siebie zbyt dużo czasu. Lisek przyznaje, że poza Szczecinem – na zawodach czy na obozach – spędza rocznie aż 300 dni.

– Tylko w tym roku za mną już 40 konkursów. Ola również jest sportowcem, zdaje sobie sprawę z tego, że na tym polega moja praca. Staram się, gdy tylko to możliwe, zabierać ją ze sobą. Przyjeżdża też do mnie na zawody.

Dzięki ostatnim sukcesom lekkoatletycznej reprezentacji Polski oraz samego Piotrka stał on się bardziej rozpoznawalną osobą. Zdarza się, że fani go zaczepiają, proszą o autograf czy zdjęcie.

– Nie jestem piłkarzem, by być niesamowicie rozchwytywanym. Mimo wszystko rzeczywiście czuję czasami na sobie wzrok ludzi. Nie mam jednak żadnego parcia na szkło. Wolę być anonimowy.

Przed Liskiem bardzo ambitne, skonkretyzowane plany, a zarazem największe sportowe marzenie. Przyznaje, że będzie robił wszystko, by wystartować w 2020 w Tokio na Letnich Igrzyskach Olimpijskich. Marzy, by oddać tam skok na 6 metrów, co powinno dać mu medal.

Bez wątpienia przed nim jeszcze wiele lat startów. Najtrudniejszym dla niego pytaniem jest jednak takie, w którym musi określić się, co chciałby robić po zakończeniu sportowej kariery.

– To jest problem większości sportowców. Nie mamy spersonalizowanego bytu po tym, co dalej. Zastanawiałem się kiedyś, co mógłbym robić. Lubię robić zdjęcia więc może pójdę w tę stronę? – podsumowuje sportowiec. 

Małgosia Hołub-Kowalik

Aniołek Matusińskiego 

Małgosia Hołub-Kowalik. Jeśli ktoś nie wie jeszcze, kim jest ta młoda i piękna dziewczyna powinien czym prędzej zapoznać się z jej życiorysem. W sierpniowych Mistrzostwach Europy w Berlinie, wraz ze swoimi przyjaciółkami, sprawiła niemałą sensację. W zwycięskim biegu, w sztafecie 4x400 metrów pobiegła na pierwszej zmianie. Pałeczkę przekazała Idze Baumgart-Witan, ta Patrycji Wyciszkiewicz, a dzieła dokończyła Justyna Święty-Ersetic. Dziewczyny pokazały prawdziwą klasę i zdobyły pierwszy w historii naszej kobiecej sztafety złoty medal mistrzostw Europy!

– Spodziewałyśmy się, że powalczymy o medal. Wydawało nam się jednak, że Brytyjki będą poza naszym zasięgiem. Okazało się zupełnie inaczej. Cieszę się, że się pomyliłam – mówi Małgosia. 

Czym zajmuje się mistrzyni? Mieszka na co dzień w Koszalinie. Na Politechnice Koszalińskiej kończy kierunek związany z ochroną środowiska. Do szczęśliwego finału pozostało jeszcze napisanie pracy magisterskiej. W ubiegłym roku została żoną Jakuba. 

– Póki co niewiele z Małgosią mamy czasu dla siebie – mówi Jakub. – Spędza ona poza domem około 250 dni w roku. Staram się z nią jeździć tam, gdzie to możliwe. Oczywiście nie przeszkadza mi to, muszę się do tego przyzwyczaić. Jestem z niej bardzo dumny. 

Dumny tak, jak zdecydowana większość Polaków. Wszystkie dziewczyny cieszą się ogromną popularnością. W Internecie czytamy o nich wyłącznie w samych superlatywach. Nazywane są tam „pięknymi, drobnymi pchełkami”. 

– To bardzo miłe, choć już przyległo do nas „Aniołki Matusińskiego”, czyli naszego trenera. No i nie do końca takie pchełki, bo Iga jest bardzo wysoka – śmieje się Hołub-Kowalik. – Faktem jest, że w porównaniu do innych biegaczek jesteśmy w większości bardzo drobne i niskie. Trochę dłuższe nogi by nie zaszkodziły, ale często też bywa tak, że wysocy mają większe problemy z koordynacją. Śmiejemy się same z siebie, że jesteśmy małe i zwinne. Jeśli trzeba przebiegniemy gdzieś tam między nogami, wszędzie się zawsze wciśniemy. 

Lekkoatletka jest przekonana, że sukces zawdzięczają nie tylko ciężkiej pracy. Receptą są także relacje, jakie panują między dziewczynami. 

– Przyjaźnimy się. Spędzamy ze sobą czas na treningach, spędzamy po nich, wychodzimy razem w miasto po zawodach. Zauważyliśmy, że im lepiej jest między nami poza bieżnią, tym bardziej nam to pomaga w wynikach sportowych. Mamy do siebie ogromne zaufanie. 

Małgosia przyznaje, że w jej głowie kłębi się dużo myśli. Tyle samo ma marzeń. Gdy je wymienia trudno spodziewać się tego, że którekolwiek mogłoby się spełnić. 

– Marzę o medalu igrzysk olimpijskich. Trenuję bardzo ciężko. Gdybym nie wierzyła, że nie jestem w stanie tego osiągnąć, po co byłby trening? Chciałabym zdać prawo jazdy. Póki co korzystam z kolei, albo pomocy Jakuba. To, że nie posiadam „prawka” uważam za kompletną porażkę. No i poważniejsze marzenie to: wybudować dom, mieć dzieci i psa. 

Mimo że ma dopiero 25 lat coraz częściej myśli o tym, co by chciała robić w przyszłości. Jest kilka opcji. 

– Może mogłabym zostać trenerem personalnym? Bardzo lubię aktywnie spędzać czas – zastanawia się. – Inna opcja to praca związana z moim wykształceniem. Studiowałam ochronę środowiska z wyboru, nie z przymusu. Jest jeszcze opcja by robić coś związanego z dziennikarstwem. Nie lubię pisać, więc dziennikarstwo prasowe odpada. Mówię bardzo dużo, więc może coś związane z dziennikarstwem radiowym? 

Marcin Lewandowski

Srebrny żołnierz

Trenuje w Bydgoszczy, urodził się i mieszka w Policach. Bardzo bliski jest mu również Szczecin. 

– Czuję się policzaninem, ale wiadomo, moje miasto traktuję już jak dzielnicę Szczecina. Kilkanaście minut zajmuje przyjazd komunikacją miejską czy samochodem do centrum – opowiada Marcin Lewandowski, jeden z najbardziej utytułowanych polskich lekkoatletów, który w każdym swoim starcie daje nam powody do dumy. Tak było i w mijającym roku. Utalentowany biegacz stawał na podium w najważniejszych imprezach. 

– Nazwali mnie „srebrnym chłopakiem” – przyznaje. – W Mistrzostwach Europy w Berlinie zdobyłem srebrno, podobnie w zawodach Diamentowej Ligi, w halowych mistrzostwach świata w Birmingham, czy w pucharze interkontynentalnym. Jestem z tego powodu bardzo zadowolony. Ciężko mi stwierdzić, czy to był najlepszy sezon w karierze. Z pewnością znajduje się w czołówce. 

Marcin trenuje od 14 roku życia, czyli już 17 lat. Z roku na rok widać ogromny progres. Od ośmiu lat regularnie zaliczany jest do 10. najlepszych na swoich dystansach biegaczy świata. Specjalizuje się w biegach średnich: na 800 oraz 1500 metrów. Za jego sukcesem stoi również brat Tomek, z którym współpracuje od początku sportowej kariery. 

– Nie daje mi żadnej taryfy ulgowej. Na treningach jest przede wszystkim trenerem, którego słucham i szanuję. Mamy wówczas normalne, sportowe relacje – mówi nasz mistrz. 

Wiele zawdzięcza także… wojsku. Marcin jest zawodowym żołnierzem. Zatrudniony jest w bydgoskiej jednostce na etacie sportowym. Przechodzi, tak jak każdy inny żołnierz, szkolenia. Jego głównym zadaniem jest jednak trenowanie i godne reprezentowanie kraju na sportowych arenach świata. Za swoje osiągnięcia został już dwukrotnie oznaczony medalem zasług dla kraju. 

– W jednostce jestem od 2010 roku. Większość jednak czasu spędzam na wyjazdach. Na zgrupowaniach jestem 300 dni w roku. Do trenowania potrzebuję głównie dwóch rzeczy: wysokości oraz dobrej pogody. Warunki pogodowe mamy, ale wysokości musimy już szukać poza granicami Polski. Trenuję po 6 godzin każdego dnia, w dwóch cyklach. Nie mam czasu na nic innego. 

Wyrozumiałością muszą się więc wykazać żona Lewandowskiego oraz dwie córki. Jak długo jeszcze?

– Mam teraz 30 lat. Szykuję się do Igrzysk Olimpijskich w Japonii w 2020 roku. To najprawdopodobniej będą moje ostatnie igrzyska. Emerytura wojskowa czeka mnie za 7 lat. Chciałbym jednak zostać w strukturach armii. Jednocześnie będę chciał wreszcie spędzić więcej czasu z rodziną. Nie boję się tego wszystkiego, bo wiem, że sobie poradzę.

Istnieje jeszcze jedna opcja. Jest szansa na wcześniejszą emeryturę, już… w 2020 roku. 

 

– Musiałbym jednak zdobyć medal igrzysk olimpijskich. Wtedy by mi przysługiwała. Trenuję po to, by być najlepszym – podsumowuje Marcin. 

 

Sofia Ennaoui

Sofia Ennaoui: w stu procentach Polką

Ma zaledwie 23 lata. Specjalizuje się w biegach średnich i długich. Śledząc jej dotychczasową karierę możemy być pewni, że w przyszłości dostarczy nam mnóstwo radości. Sofia Ennaoui urodziła się w Maroko. Gdy miała dwa lata przeprowadziła się do Lipian, teraz mieszka we Wrocławiu. Ćwiczy… w Miejskim Klubie Lekkoatletycznym Szczecin.

– Jestem w stu procentach Polką. Byłam w Maroko kilka razy: dwa razy po miesiącu prywatnie i dwa razy na zawodach. Polska jest zdecydowanie lepszym i piękniejszym krajem. To właśnie ona jest moim domem – przyznaje Sofia. 

W sierpniu sympatyczna lekkoatletka osiągnęła w Berlinie swój największy dotychczasowy sukces. Na mistrzostwach Europy, w biegu na 1500 metrów zdobyła srebrny medal. Był to jej pierwszy krążek na mistrzostwach starego kontynentu na otwartym stadionie. 

– Mam nadzieję, że tym samym otworzyłam worek z medalami. W ubiegłym roku zdobyłam już srebro, ale na mistrzostwach Europy na hali. Ranga tych zawodów jest jednak znacznie niższa, niż na otwartym stadionie. 

Sukces był również doskonałym prezentem dla starszego brata dziewczyny. W dniu startu obchodził 30. urodziny. Radość więc była podwójna. 

W małym ciele, wielki, sportowy duch. Sofia jest filigranową dziewczyną. Ma 158 centymetrów wzrostu, waży 44 kilogramy. Trenuje 3-4 razy w tygodniu na siłowni. Trzyma dietę, wyrzeka się tłustych rzeczy, fastfoodów oraz słodyczy. Wszystko to bez wątpienia może pomóc jej w sportowych, przyszłych sukcesach. 

– Dzięki sylwetce nie dość, że wszędzie się wcisnę, to jeszcze przenoszę mniejszy ciężar – cieszy się. 

Po sukcesie w Berlinie musi jednak walczyć z pewnym przyjemnym „utrudnieniem”. Stała się niezwykle rozpoznawalna. 

– Nie mam czasu dla siebie. Przez pięć tygodni roztrenowa nia zdążyłam pojechać na zaledwie 3-dniowe wakacje. Przyznam jednak, że gdybym miała zrezygnować z wolnego czasu na rzecz zdobywania medali i takiego życia, zgodziłabym się. 

Zanosi się na to, że tego czasu nie będzie więcej, a coraz mniej. Sofia rozpoczęła studia na Akademii Wychowania Fizycznego we Wrocławiu, wybrała specjalizację menadżera sportowego. Dodatkowo rozpoczyna pracę w jednostce wojskowej, gdzie podobnie jak Marcin Wojciechowski, zatrudniona została na etacie sportowym. 

– Wciąż jeżdżę. Życie sportowca jest bardzo ciężkie. Nie jest łatwo pogodzić to również z życiem uczuciowym. Cały czas cierpliwie czekam na miłość. Może znajdzie się kiedyś ktoś wyrozumiały, komu nie będzie przeszkadzała moja pasja, a zarazem praca. 

Sofia z entuzjazmem mówi już o tym, na co czeka z niecierpliwością, a mianowicie o Igrzyskach Olimpijskich w 2020 roku w Tokio. 

– Marzę o zdobyciu tam jakiegokolwiek medalu. Igrzyska są podsumowaniem mojej wieloletniej ciężkiej pracy.

A czy ma marzenia niezwiązane ze sportem?

– Oczywiście – odpowiada. – Tak, jak każda kobieta marzę o założeniu kiedyś rodziny. Na to mam jednak sporo czasu i póki co skupiam się na wynikach – podsumowuje. 

 

 

Rozmawiał: Andrzej Kus

Foto: Dagna Drążkowska, Panna Lu

Makijaż i stylizacja: Agnieszka Ogrodniczak

10( 120)
Listopad'18
gajda