Autor

Szymon Kaczmarek

A gdyby tak sprawić sobie pod choinkę prezent? Tak, sobie, czyż nie zasługuję? Przecież wszyscy myślą o sobie, a tylko ja o mnie. Wypasiony prezent, taki „łoł”! Nie bacząc na koszty, nie żałując sobie, wymarzony i od serca. Jeden z nielicznych pod choinką, który z pewnością będzie trafiony. No bo przecież kto mnie zna lepiej niż ja? Prezent od którego zakręci mi się w głowie. Będę lepszy, piękniejszy i jaśniejszy. Przynajmniej we własnych oczach. Prezent reprezentujący moją prezencję. Podarek życia. Wszak grudniowe święta to pretekst nie byle jaki. Kiedy więc jak nie teraz?

Ileż to razy łykałem gorzkie łzy rozwijając pod choinką paczkę, w której był jakiś nic nie znaczący, zupełnie mi nieprzydatny prezent świąteczny. Przedmiot świadczący o zupełnej obojętności emocjonalnej darczyńcy. A już na pewno, o jego braku wyobraźni, że o rozumie nie wspomnę. Nie ciesząca oczu ni serca rzecz, mówiąca: mam cię w nosie, szkoda mi było czasu by zastanowić się nad tym, co sprawiło by ci radość. A ta radość jest przecież na wyciągnięcie ręki, na króciutką chwilkę refleksji. Wystarczy otóż pomyśleć. O sobie. 

Wśród naszych pragnień, jedno wybija się na plan pierwszy. Pragnienie bycia dobrym. Czasami nawet najlepszym. Niezwykle lubimy sytuacje w której myślimy o sobie: jakiż to ja jestem wspaniały, dobry i szlachetny! Błogość ogarniająca nasz organizm w takich chwilach, zbliżona jest do tej, jaką osiągamy oglądając zwycięstwo naszej reprezentacji w piłce nożnej. I równie rzadka. Może porównywalna z chwilą zakupu nowej pary butów u kobiet, ale tego stanu do końca jeszcze nie zgłębiłem, więc nie będę się nad tym wymądrzał. Jestem dobry. Trwaj chwilo!

Każdego roku, w okolicach Bożego Narodzenia, wraca do mnie wspomnienie sprzed lat wielu. I wracać będzie już zawsze. Otóż w Wigilię, późnym popołudniem jadąc do przyjaciół, musiałem kupić papierosy. Przed sklepem zauważyłem stary rower obładowany różnymi torbami, pakunkami, zawiniątkami. Przed ladą w sklepie stał starszy pan i liczył na spracowanej dłoni drobne pieniądze. Nie było ich zbyt wiele, najczęściej były to te żółte, najdrobniejsze monetki. Wszystko wskazywało na to, że ów rower to cały majątek tego człowieka. Jego dom, stół wigilijny. Jego smutek życia i walka z losem. Kupiłem co miałem kupić, wszystkiego dwie paczki fajek, pewnie za kwotę równą świąteczno-noworocznemu budżetowi tego pana i… wyszedłem. On o nic nie prosił, nie zbierał na alkohol, stał wpatrzony w dłoń na której leżało kilkanaście pieniążków.

Każdego roku wraca ten obraz. Wiem, pisałem już o tym. I pisać będę każdego roku. Pisać o żalu, że nie zrobiłem sobie najpiękniejsz go prezentu na świecie. Bezrefleksyjnie zaprzepaściłem szansę jedną na tysiąc. Mogłem bowiem, miast być elegancko ubranym, pachnącym drogimi perfumami egoistą, zostać na krótką chwilę DOBRYM.

Jednak zrobię sobie ten najwspanialszy prezent. Zacznę od uśmiechniętego i miłego „dzień dobry” wobec sąsiada spod trójki. Tego, co na parkingu puknął mój samochód. To ponury gość jest, pewnie ma problemy, bo wciąż smutny. Uśmiechnę się więc, zagadam po sąsiedzku… Zapytam też panią Gienię, czy zakupów jej nie trzeba? Ona już całkiem nie wychodzi z domu. Cierpliwie poczekam na resztę od kasjerki ze „Społem” i złożę jej świąteczne życzenia. Może nawet spróbuję uśmiechnąć się do pań na mięsnym? Wygładzę napięte mięśnie twarzy i zmarszczone brwi. Schowam głęboko ogólne rozczarowanie i gorycz. Zapomnę o swoich zgryźliwych uwagach. Wypogodzę się wobec świata i okolic. Nie będę oglądał wiadomości. Nic mnie nie powstrzyma! 

Wesołych Świąt!

11( 121)
Grudzień'18