Prawdopodobnie najzabawniejsza kobieta w Polsce

Legendarny element żeński, awangarda polskiego kabaretu, słynny… Asior. Mówi się o niej, że jest najśmieszniejszą kobietą w Polsce. Joanna Kołaczkowska to znana aktorka i autorka tekstów kabaretowych, która odwiedziła Szczecin, by wystąpić na festiwalu SZPAK. Z tej okazji postanowiliśmy zadać jej kilka pytań. W rozmowie dla Prestiżu opowiedziała m.in. o tym, co myśli o nowych kabaretach, dlaczego lubi grać wredne kobiety i co ją śmieszy. 

Autor

Karolina Wysocka

galeria

Kiedyś powiedziała Pani o kabarecie: „To jest pasja, która, na szczęście, łączy się z pracą”. Dalej Pani tak uważa?

Tak, nic się nie zmieniło. Nadal jest to niesamowita pasja i praca. Już samo rozmawianie o kabarecie, analizowanie skeczu, wymyślanie piosenki, daje nam dziką przyjemność. Gdy nie ma wśród nas osób postronnych, oddajemy się rozmowom, planowaniu tego, co zrobimy w przyszłości. Nie ma w tym zawodzie większego szczęścia, niż ciekawość, jaką czujemy stojąc za kulisami. Trochę niespodzianki i trochę przypuszczeń, jak będzie dziś, jak zareaguje publiczność.

Przyjechała Pani do Szczecina wraz z kabaretem Hrabi na festiwal komedii SZPAK. Wydarzenie to daje możliwość zaistnienia początkującym artystom. Co Pani myśli o młodych komikach i nowych kabaretach? Jak podobają się Pani ich pomysły?

Zauważam lekki odwrót od kabaretu. Nastąpiło pewne wysycenie, ale wciąż naprawdę jest się kim zachwycać. Podobają mi się ostatnio grupy improwizacyjne i cieszy mnie, że „impro” tak świetnie się rozwija w Polsce.

Przy okazji, wróćmy do Pani początków. W latach 90. panował prawdziwy boom na kabarety, prężnie rozwijało się zielonogórskie zagłębie kabaretowe i działał kabaret „Potem”. Co pamięta Pani z tamtych czasów? Czy chętnie je Pani wspomina?

Wspominam jako czas bez odpowiedzialności, bez żadnych stresów. Studiowaliśmy sobie do południa, po zajęciach w klubie robiliśmy kabaret, wieczne próby, które przeradzały się w spotkania towarzyskie. Cokolwiek robiliśmy, musiało nam przynosić przyjemne doznania, nic nas nie goniło, żadnej presji. Szczęśliwy czas, w którym odkrywałam swoje zamiłowania.

W jednej z rozmów przyznała Pani, że lubi grać postaci złe, wredne. Dlaczego?

Są wyraziste, łatwiej je zagrać. Każdy ma to niemal pod nosem, wystarczy w sobie obudzić wspomnienia, gdy byliśmy dziećmi, a dorośli wokół dawali popisy rozmaitych zachowań. Dzieci rejestrują i potem, tak jak ja – potrafią to na scenie wskrzesić. Przyjemniej się gra postaci wredne, bo można sobie poużywać, zupełnie bezkarnie.

Nawiązując do poprzedniego pytania: Na scenie gra Pani silne, pewne siebie kobiety. Skąd czerpie Pani inspiracje? I ile jest prawdziwej Joanny Kołaczkowskiej w kabarecie?

Jakaś część na pewno jest. Daję swoją energię, głos, osobowość, ale jednak staram się wcielać. Motywuje mnie i napędza taki rodzaj grania, by odczuwalna była moja naturalność, z domieszką wykreowanej postaci. Ludzie czując tę naturalność, mogą mieć wrażenie, że nie gram, a po prostu mówię jako Joanna Kołaczkowska. Jednak to tylko wrażenie, zresztą – bardzo pozytywne. Dzięki niemu postać żyje, jest z krwi i kości. To podbija humor, żarty.

Teraz  w świecie kabaretowym bardzo modne są kontrowersyjne tematy, np. kościół lub polityka. Pani jednak od lat unika poruszania drażliwych kwestii i nie podąża za modami. Jak się to Pani udaje? 

Kabaret Hrabi nie lubi żartować z polityki, zwyczajnie szkoda na to czasu. Zajmowanie się publicystyką to nie dla nas, bo po pierwsze – śmieszy nas co innego, po drugie – inni robią to nieźle, więc po co? Fakty przemijają bardzo szybko, zawrotna rotacja powoduje,
że niektóre tematy dezaktualizują się niemal z dnia na dzień. Nasz plan to pisanie skeczów i piosenek, które będą śmieszyć również za 100 lat.

Czy inni członkowie Pani rodziny mają podobne poczucie humoru? Czy często żartuje Pani przy rodzinnym stole?

Przy rodzinnym stole niezwykle rzadko, częściej zdarza się, że to najbliżsi mnie rozśmieszają. Nie lubię presji bycia jakąś, według czyichś wyobrażeń lub oczekiwań. Ma być naturalnie, ma być miło i ciepło. Zatem nie naprężam się i nie żartuję. Koledzy z kabaretu mają identyczne poczucie humoru, śmiejemy się na szczęście w tych samych momentach. Chyba trudno byłoby nam pracować razem i wymyślać sceny, gdybyśmy nie czuli pewnej wspólnoty.

A co prywatnie Panią śmieszy? Jaki rodzaj humoru jest Pani najbliższy? Lubi Pani kawały, a może ma Pani swój ulubiony skecz lub piosenkę kabaretową? 

Lubię kawały, ale słuchać, broń Boże opowiadać. Już niejednokrotnie przekonałam się, że zanim publicznie opowiem kawał, muszę go sobie najpierw dobrze przypomnieć. Jest coś w opinii, że kobiety palą kawały. Świetnym przykładem jest pewna pani, która chciała opowiedzieć kawał. Brzmiał on następująco: „Jaka jest różnica między Anglikami a Rosjanami? Ogromna. Anglicy mają maniery, a Rosjanie manierki”. A tak go opowiedziała: „Anglicy mają maniery, a Rosjanie menażki”. To wszystko na ten temat. Ja mam podobnie. Strzegę się. Uwielbiam za to piosenki Starszych Panów. To muzyczno-poetyckie majstersztyki. Moje serce przepełnia radość, że te utwory zostaną z nami na zawsze, jednocześnie czuję lekką zazdrość, że to nie my je wymyśliliśmy.

Podobno to Adam Nowak z zespołu „Raz, Dwa, Trzy” namówił Panią do udziału w castingu do kabaretu. Ma Pani z nim kontakt? Co mówi teraz, kiedy jest Pani nazywana „carycą polskiego kabaretu”?

Gdy się spotykamy z Adamem, najczęściej wspominamy czasy, gdy zalegaliśmy na IX piętrze w akademiku, albo śpiewając albo śmiejąc się nieprzytomnie. Ciekawostką jest fakt, że te powroty do przeszłości są bardzo przyjemne, ale chyba to, co robimy obecnie jeszcze bardziej. Zawsze sobie powtarzam, że nie wolno zamykać rozdziałów, że skoro tak miło się wspomina coś, co już było, nic nie stoi na przeszkodzie żeby to wskrzesić. Choćby w zupełniej innej formie. 

11( 121)
Grudzień'18
gajda