Być na liście Forbesa

Mariusz Łuszczewski to szczeciński przedsiębiorca i działacz gospodarczy. Od dzieciństwa marzył o pracy w branży hotelarskiej i gastronomicznej. W tym kierunku się kształcił i zdobywał doświadczenie. Dzięki ciężkiej pracy udało mu się osiągnąć sukces. Jest znany między innymi z prowadzenia sieci Exotic Restaurants, a w tym roku został ekspertem ds. relacji indyjskich w Centrum im. Adama Smitha. Prócz tego, jest koproducentem w Akson Studio, wiceprezesem zarządu Kaushual & Partners, prezydentem Zachodniopomorskiej Indyjskiej Izby Gospodarczej i od niedawna dyrektorem zarządzającym oraz większościowym udziałowcem Ehrle India. Biznesmen to syn Anity Agnihotri – Szczecinianki Roku 2017, która od wielu lat uczy nas smaków Indii. 

Autor

Karolina Wysocka

galeria

Słyszałam, że od dziecka był Pan przedsiębiorczy i pierwszą „firmę” stworzył w wieku 7 lat. Proszę opowiedzieć o swoich początkach. 

Kiedy miałem siedem lat wraz z moim najlepszym przyjacielem otworzyliśmy firmę, która się nazywała „Kobra Błysk”. Poprosiłem swoją mamę o pomoc w wydrukowaniu wizytówek. Na naszym osiedlu myliśmy ludziom samochody i okna sklepowe. Mieliśmy bardzo dużo klientów, będąc w drugiej klasie już zatrudnialiśmy pierwszoklasistów. Firma się szybko rozwijała. A co najciekawsze, teraz, po wielu latach, zostałem szefem Ehrle India, największej firmy zajmującej się myjniami samochodowymi na całym świecie. To chyba jakaś karma. (śmiech)

Pamięta Pan swój przełomowy moment na ścieżce kariery? 

Przełomowym momentem dla mnie było, kiedy doznałem największego upadku życiowego. Zacząłem pracę w wieku siedemnastu lat. Dosyć łatwo wpadałem na różnego rodzaju pomysły. Moim błędem było jednak to, że w zbyt młodym wieku miałem dostęp do dużych pieniędzy. Będąc dwudziestolatkiem wszedłem na złą drogę. Wyszedłem z tego, tylko dzięki mądrości rodziców. Mój tata wpadł na pomysł, by założyć się ze mną o dwa tysiące dolarów, czy będą w stanie wyjechać do Stanów Zjednoczonych i dać sobie radę Ameryce. Myślałem, że podbiję USA w jeden miesiąc. 

I jak wspomina Pan początki klarowania się drogi zawodowej? 

Kiedy tam wylądowałem, miałem 500 dolarów w kieszeni. Nie miałem zezwolenia na pracę, przez co nikt mnie nie mógł oficjalnie zatrudnić. Próbowałem w różnych miejscach. Pewnego dnia byłem w polskim sklepie i zobaczyłem ogłoszenie „Zatrudnimy sprzątaczki do hotelu”. Kiedy zobaczyłem słowo „hotel” to postanowiłem, że muszę tam zadzwonić. Powiedziałem, że chcę pracować na recepcji, tak jak wcześniej w Polsce. Początkowo nie chciano dać mi tej posady, ale zatrudniono mnie. Stałem na recepcji, co było dla mnie bardzo ważnym doświadczeniem. Pamiętałem beztroskiego siebie sprzed kilku miesięcy, a teraz stałem w kamizelce w palmy, której nienawidziłem. Za zarobione pieniądze trudno było mi przetrwać, więc zajmowałem się różnymi rzeczami. Początki były bardzo trudne, ale ciężko pracowałem. Pewnego dnia zostałem Front Office Managerem. Od razu pojechałem spalić kamizelkę w palmy (śmiech). Na drugi dzień ubrałem garnitur i przyszedłem do pracy jako główny kierownik całego działu. Później hotel zorganizował targi pracownicze. Moja znajoma poradziła mi, by odezwać się do właściciela 37 hoteli. Powiedział, że mam mu dać jeden powód, by mnie zatrudnił. Odpowiedziałem, że dam mu dwa. Powiedziałem: Po pierwsze, będę lojalny jak syn, a po drugie będę zarabiał więcej niż jakikolwiek pana pracownik. Dostałem tę pracę. Następnego dnia ubrałem garnitur i wziąłem ze sobą teczkę. Była pusta, bo nie miałem nic do zabrania. Chciałem zostać vi-ce dyrektorem. Dostałem i to stanowisko, sam zarządzałem hotelem, a właściciel przyjeżdżał sprawdzać wszystko raz w tygodniu. Któregoś dnia go spytałem, czy jest ze mnie zadowolony. Poprosiłem, by dał mi stanowisko dyrektora. Zostałem nim i tak moja kariera nabrała tempa. Później zostałem dyrektorem operacyjnym na 37 hoteli. Można powiedzieć, że jak się chce, to można, ale pracowałem siedem dni w tygodniu, 20-18 godzin na dobę. Bardzo dużo się tam nauczyłem.

A najtrudniejszy moment?

Miałem 20 dolarów w kieszeni. Nie wiedziałem, czy zatankować, czy kupić coś do jedzenia. Dziś wiem, że Ameryka nauczyła mnie pokory i szacunku do ciężkiej pracy. Można powiedzieć, że wtedy dorosłem.

Kieruje Pan Exotic Restaurants, prowadzi firmę konsultingową, zarządza nieruchomościami, jest koproducentem filmu „Taka karma”. Podejmuje się Pan wielu wyzwań. Co Pana motywuje?

Przede wszystkim marzenia. Wierzę, że w życiu wszystko jest możliwe, ale też podchodzę do tego bardzo pragmatycznie. Ustalam sobie cel i nie idę na skróty, dążę do tego krok po kroku. Musiałem nauczyć się cierpliwości i pragmatyzmu.

Świetnie orientuje się pan nie tylko w branży restauratorskiej i hotelarskiej, ale też sprawach biznesowych. Skąd czerpie Pan wiedzę na ten temat? Korzysta Pan z doświadczeń innych?

Mam to we krwi, jestem pół-Hindusem, pół-Polakiem. Mam w sobie dwukulturowość (uśmiech). Jestem dobrym obserwatorem i słuchaczem. Obserwuję i uczę się na błędach innych ludzi. Staram się przyglądać ludziom sukcesu, wyciągam z tego wnioski. Łatwo nawiązuję kontakty. Myślę też, że otwarty, uczciwy oraz szczery sposób prowadzenia biznesu to coś, co mi pomaga. Robię interesy z ludźmi, którym ufam i którzy ufają mi. 

Czy wspomniana przez Pana dwukulturowość pomaga w biznesie? I czy mieszkańcy Indii mają jakąś cechę, która według Pana jest szczególnie przydatna w prowadzeniu interesów?

Tak, bardzo mi pomaga. Jestem pomostem między Polską a Indiami. Świetnie poruszam się w drugim z wymienionych krajów. Rozumiem kulturę Indii, tok myślenia ludzi. Podobnie w Polsce, więc łączę te dwa światy z dużą łatwością. Dzięki temu m.in. zauważyła mnie Ambasada Indyjska. Budowa Zachodniopomorskiej Indyjskiej Izby Gospodarczej to też ważny dla mnie etap. Najpierw przygotowałem stronę indyjską, później została powołana Izba. Co do drugiego pytania – w Indiach bardzo ważny jest szacunek do osób starszych i nie tylko. Musi być jednak szczery. Ludzie wyczuwają, czy jest prawdziwy, czy nie. Szacunek pozwala zbudować dobry zespół, mocny team, dzięki czemu łatwiej jest rozwijać firmę.

Od lat działa Pan na rzecz współpracy polsko-indyjskiej. Podobno te relacje rozwijają się coraz lepiej. Czy może Pan powiedzieć, nad czym obecnie pracuje Zachodniopomorska Indyjska Izba Gospodarcza?

Pomagamy polskim firmom zaistnieć na rynku indyjskim, bądź pomagać obsługiwać indyjskie, lub wspierać te, które wchodzą do Polski. Przykładowo firma WineLand jest dystrybutorem indyjskich win i dzięki Izbie dotarła do sieci restauracji w Polsce. Wprowadzamy korporacje polskie do Indii, sprowadzamy tamtejszych inwestorów do Polski. Przede wszystkim mocno popularyzujemy Zachodniopomorskie i Szczecin. To jest główny cel Izby, by promować nasz region. Dzięki naszej inicjatywie powstaje np. fabryka opakowań w Goleniowskim Parku Przemysłowym. Uważam, że trzeba wyjeżdżać i mówić o naszym regonie, gdyż znajduje się on w środku Europy. Mamy dostęp do Skandynawii i na Zachód. Gdy zwróciliśmy na to uwagę innym, nagle się nami zainteresowali. Co więcej, ZIIG jest apolityczny, ale dobrze współpracujemy też z władzą miasta, województwa i staramy się jeszcze lepiej działać.

Czyli można powiedzieć, że udowadnia Pan, że Szczecin ma potencjał?

Szczecin ma duży potencjał, ale samo mówienie o tym, nie jest wystarczające. Wszyscy od lat to powtarzają. Wspominają też o bliskości Berlina. Tylko to, że o tym wiemy, nie wystarcza. Musimy wychodzić na świat, spotykać się, jeździć na duże imprezy gospodarcze. To fakt, że jesteśmy bardzo dobrze położeni, ale jak ktoś o tym nie wie, to z tego nie skorzysta. Dlatego mocno zachęcam władze miasta i szczecińskie firmy do współpracy. W lutym odbędzie się Globalny Szczyt Gospodarczy w Delhi. Będą tam premierzy krajów oraz 700 prezesów najważniejszych firm. Ważne panele dyskusyjne i biznesowe. W tym roku będziemy mieli bardzo silny zespół. Pojedzie premier Polski, najważniejsi ministrowie i 12 prezesów polskich spółek. Wspólnymi siłami postaramy się podbić część Azji.

Á propos podbojów, co uważa Pan za swój największy sukces?

W ostatnim okresie bardzo ważne było dla mnie zostanie ekspertem w Centrum im. Adama Smitha. Zarekomendował mnie pan Piotr Andreas, mój mentor biznesowy, od którego dużo się nauczyłem. Instytut słusznie zauważył, że kierunek Indii jest przyszłością. Znalazłem się w gronie 50 ekspertów, doradzam jako ekspert CAS rządowi RP w sprawach związanych z Indiami. Trzeba jednak pamiętać, że centrum jest apolityczne. Daje mi to nie tylko prestiż, ale też ogromną siłę przebicia. Centrum i ZIIG pozwalają mi uczestniczyć w wielu projektach. Staram się więc, działać na korzyść obu państw, zarówno Polski, jak i Indii.

Co poradziłby Pan osobie, która jest początkującym przedsiębiorcą? Jakimi wartościami warto się kierować?

Powinien zacząć karierę w dobrej firmie, ale nie swojej (uśmiech). Nauczyć się jak najwięcej i dopiero wtedy otworzyć coś swojego. W dzisiejszym świecie trzeba być profesjonalistą. Najważniejsze to mieć marzenia i obrać sobie drogę do ich realizacji. Potrzebne jest też dużo energii, samozaparcia i pokory. Ważne też, by się nigdy nie poddawać. Porażki są bardzo ważne w biznesie, trzeba z nich wyciągać wnioski. Nie można się załamywać, ale należy je wykorzystywać, by się wzmacniać.

Ciągle jest Pan w pracy. Ma Pan czas na relaks? Co Pan robi w wolnym czasie?

To fakt, że dużo pracuję, bo realizuję wiele projektów, ale wieczorami znajduję czas na relaks. Staram się robić przerwy, wyjeżdżać. Chętnie medytuję, spędzam czas z rodziną i podróżuję. Lubię odwiedzać Azję,
a z nieco bliższych Szczecinowi miejsc – Amsterdam.

Jakie ma Pan plany na najbliższą przyszłość? Nad czym Pan obecnie pracuje?

Zostałem szefem niemieckiego koncernu myjni samochodowych Ehrle w Indiach. Zaczynam realizować pierwsze projekty, wprowadzamy najnowsze technologie do Indii. To dla mnie duży sukces.

A marzenia – bliższe i dalsze?

Obiecałem komuś dla mnie ważnemu, że w ciągu 3 lat znajdę się w pierwszej dziesiątce Forbesa. Mówię to z przymrużeniem oka, ale jest to prawdopodobne. Oczywiście, wiem, że pieniądze to nie jest coś, co daje nam szczęście. Kiedyś moim marzeniem było robić interesy międzynarodowe. Myślę, że to zrealizowałem. Dlatego też zachęcam innych do tego, żeby mieli marzenia, bo wszystko jest możliwe. 

Co do dalszych marzeń, na koniec mojej kariery zawodowej, chciałbym kupić piękny hotel na wyspie. Zapraszałbym tam najbliższych przyjaciół i rodzinę. Tak wyobrażam sobie koniec mojej kariery zawodowej.

Dziękuję za rozmowę.

 

1( 122)
Styczeń'19