Najlepsi z najlepszych

Autor

Krzysztof Bobala

No i mamy Nowy Rok. Od lat uwielbiam pisać felieton właśnie do styczniowego numeru. To cudowny czas podsumowań, kiedy to po raz kolejny możemy delektować się tym co najlepsze przez minione dwanaście miesięcy. Najlepsze w gospodarce, najlepsze w polityce (jeżeli w polityce jest w ogóle cokolwiek dobrego :)), najlepsze w kulturze, muzyce i oczywiście w ukochanym sporcie. Czas, kiedy sięgam do różnego rodzaju zestawień, wspomnień i retransmisji. I kiedy tak na rozmaitych stronach internetowych, czy we wspominkowych programach telewizyjnych oglądam transmisje z naszych wiktorii, zdarza mi się raz jeszcze uronić łezkę szczęścia starego kibica. A rok 2018 tych łez trochę wycisnął. Bez krojenia cebuli można było sobie popłakać właściwie już od samego początku ubiegłego roku. Pierwszy, łez szczęścia całe wiadro, wycisnął nasz najlepszy skoczek – Kamil Stoch. Zwycięzca, i to drugi raz z rzędu, prestiżowego Turnieju Czterech Skoczni dokonał tego wyczynu w niezwykłym stylu wygrywając wszystkie cztery konkursy (w 66-letniej historii dokonał tego tylko Niemiec Sven Hannawald). I niech nikt nie mówi mi, że to taki niszowy sport, że uprawia go zaledwie kilkuset sportowców i to pewnie z jakiś dwudziestu krajów. Sport to sport. Nie można wszystkiego porównywać do popularności piłki nożnej czy lekkiej atletyki. Skoki to dyscyplina dla wybranych, dla sportowców o pewnych zarówno fizycznych, jak i psychicznych predyspozycjach. Nie dla każdego. A to właśnie my mamy tego najlepszego na świecie. Tym bardziej, że Kamil swoją wielkość udowodnił także podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Pjongczangu dwa miesiące później, dając nam wielką radość i kolejne łzy szczęścia z dwóch medali dla Polski. Ale to nie koniec radości z biało-czerwonych sukcesów. Medale mistrzowskich imprez w Europie i na świecie zdobywaliśmy we wioślarstwie, strzelectwie, żużlu czy kolarstwie. Ale te najważniejsze, w tych najbardziej medialnych dyscyplinach przyszły latem i wczesną jesienią. Najpierw (jeszcze wiosną) doskonały, wręcz historyczny wyczyn polskich lekkoatletów w angielskim Birmingham podczas halowych Mistrzostw Świata, kiedy to zajęliśmy trzecie miejsce w klasyfikacji medalowej, a potem w Mistrzostwach Europy w Berlinie, gdzie zdobywając aż dwanaście medali zajęliśmy drugie miejsce w ostatecznej klasyfikacji. No i wreszcie, w blasku sukcesów naszych gladiatorów, dotarliśmy do września. Ale tym razem nie będzie o Pekao Szczecin Open. Pod siatką, na boiskach w Bułgarii i Włoszech, pojawiają się oni – polscy siatkarze. Nawet najwięksi fachowcy nie potrafili ocenić tej drużyny i jej szans. Myślę, że trener i zawodnicy też nie postawiliby na siebie u bukmacherów. Ale wiara i wielkie umiejętności czynią cuda. Jak ktoś miał gorszy dzień to rezerwowi grali jak z nut wnosząc nową jakość. To była prawdziwa drużyna. A my na przemian płakaliśmy ze szczęścia i obgryzaliśmy paluchy z nerwów. Sinusoida nastrojów i wreszcie wielki sukces. Drugi raz z rzędu jesteśmy najlepsi. Drugi raz z rzędu w finale wygrywamy z Brazylią. Dla mnie to właśnie ta złota, siatkarska drużyna to najwięksi bohaterowie ubiegłego roku.

Przed nami kolejny rok, kolejne emocje. Czy uda się powtórzyć chociażby część sukcesów z 2018? Trzymamy za to kciuki, ale to rok nieparzysty, a więc i okazji jakby nieco mniej. Ale będą mieli swoje światowe mistrzostwa i lekkoatleci i pływacy. A może wreszcie nasi futboliści pokażą coś więcej, wzniosą się ponad ligową przeciętność. Za wszystkich trzymamy mocno kciuki w tym Nowym, 2019 Roku.

 
1( 122)
Styczeń'19