Człowiek od zadań specjalnych

W dawnych czasach lud rzymski krzyczał „Chleba i igrzysk”. Wydaje się jednak, że obecnie tak bardzo się od nich nie różnimy. Świetnym tego przykładem jest popularność programów Przemka Kossakowskiego. Gwiazda TTV często podejmuje się tajemniczych, kontrowersyjnych i wstrząsających tematów. Dał się zakopać w grobie, przeżył symulację porodu, a także wziął udział w rytuale vision quest. Programy „Kossakowski. Szósty zmysł”, „Inicjacja” oraz „Wtajemniczenie” cieszą się ogromnym zainteresowaniem, podobnie jak autorskie spotkania z tytułową postacią. Jakie tematy tam królują? Seks, narkotyki i przemoc – czyli to, co publiczność kocha najbardziej. A kim tak naprawdę jest Przemek Kossakowski? Podróżnikiem, testerem ekstremalnych doświadczeń, celebrytą, uzależnionym od adrenaliny szaleńcem, a może wrażliwym artystą? Na to pytanie musicie odpowiedzieć sobie sami, wcześniej jednak zapraszamy do lektury naszego wywiadu.

Autor

Karolina Wysocka

galeria

Mówi się, że jest Pan człowiekiem od zadań specjalnych. Co to dla Pana znaczy? I czy odczuwa Pan w ogóle strach?

Sam sobie wymyśliłem sformułowanie „człowiek od zadań specjalnych”. To było na początku mojej bytności w mediach. Byłem niecodziennym, dziwnym zjawiskiem, traktowano mnie jako coś egzotycznego. Ktoś zwrócił się do mnie z prośbą o napisanie kolejnej wersji życiorysu. W którejś z nich zawarłem to sformułowanie i od tego czasu ono funkcjonuje. Można powiedzieć, że sam tworzę własną legendę. (śmiech) Czy odczuwam strach? Ależ oczywiście, że odczuwam strach, ale gdy jestem przed kamerami, dzieje się ze mną coś dziwnego. Przy tworzeniu programu mam wrażenie, że nie jestem w realnym świecie. Czasem mam przez to duży problem. Mam wrażenie, że nie kontroluję ryzyka. Nie jestem w stanie w odpowiedni i racjonalny sposób czegokolwiek oszacować. Robię głupie rzeczy, ale dociera to do mnie, kiedy jest już po wszystkim. Odczuwam strach, tylko że przy realizacji programów jestem skonfrontowany z rzeczami tak niecodziennymi, że same w sobie dodają temu rodzaju element nierealności. Być może z tego powodu mam wrażenie, jakby to nie działo się naprawdę. Ta nierealność jest tak duża, że o wiele większa od strachu jest ciekawość. Dlatego często robię, to co robię.

Trochę wciela się Pan w rolę. Można to też chyba nazwać czymś w rodzaju spektaklu, prawda?

Tak, ten element spektaklu jest właśnie tym, co miałem na myśli. Mam wrażenie, że to się nie dzieje naprawdę, choć te rzeczy są jak najbardziej dla mnie realne. Czasem to rzeczywiście przybiera formę spektaklu, który mnie uwodzi.

W swoich programach przekracza Pan różne granice. Która próba z programów telewizyjnych była dla Pana najtrudniejsza? 

Najtrudniejsze były dwie próby. Doświadczenie ze stycznia tego roku, kiedy wszedłem w stary rytuał szamański o nazwie vision quest, polegający m.in. na pozostawieniu mnie bez jedzenia i picia na cztery dni i cztery noce w dżungli. To było bardzo mocne i trudne dla mnie do przejścia, właśnie przede wszystkim ze względu na strach, który odczuwałem. Z tą emocją wiąże się też drugie mocne doświadczenie. Chodzi o sytuację sprzed lat, z Rosji, kiedy zostałem zakopany żywcem na ponad czterdzieści minut. To było bardzo mocne, silne.

Jakie ma się wtedy myśli?

Ostateczne. Rytuały grzebalne zostały skonstruowane jakieś tysiące lat temu, po to, żeby człowiek oswoił się z myślą, że umrze, że jest śmiertelny. One są bardzo proste i pokazują, że tak naprawdę nie jesteśmy tak wyrafinowani, jak nam się wydaje. Kiedy byłem zakopany, te myśli były mało skomplikowane. Z jednej strony myślałem o zachowaniu funkcji życiowych, na oddychaniu, z drugiej strony była to próba powściągnięcia strachu. Bardzo często refleksja, jakie znaczenie mają dla nas rytuały, przychodzi później. Tak naprawdę zrozumiałem, co mi to dało, dopiero w momencie, jak zostałem odkopany, nie w trakcie. W tracie był ból i strach, te rzeczy wypychają umiejętność analizy. W trakcie mocnych rytuałów wszystko sprowadzone jest do prostych rzeczy, w istocie zasadzających się nad kontrolą odruchu ucieczki.

Podejmuje się Pan tematów kontrowersyjnych. Wspomniany własny pogrzeb, symulacja porodu – to tylko niektóre z nich. Czy często spotyka się Pan z negatywnymi komentarzami i niezrozumieniem?

Nie, może mógłbym się spotykać z negatywnymi komentarzami, jeśli koordynowałbym te projekty, a poddawani byli inni ludzie. Trudno mieć pretensje do człowieka, który podpina się do urządzenia, jakie zadaje mu ból. Moje zaangażowanie i to, że ja ponoszę konsekwencje tych eksperymentów, a nie nikt inny, powoduje, że ludzie nie patrzą na mnie przez pryzmat pretensji.

A często pytają, po co Pan to robi?

Tak, często mnie pytają, po co to robię i co mi to daje w konsekwencji. Staram się odpowiedzieć, chociaż nie zawsze wiem. Trudno to uogólnić i odpowiedzieć na to pytanie. Z innego powodu udaję się na odosobnienie, a z innego narażam na ból. Kiedy jestem w dżungli staram się czegoś dowiedzieć o sobie, a z drugiej strony mamy poród, który jest eksperymentem socjologicznym. To, co było najbardziej interesujące w tym wypadku, to spotkanie się z reakcjami ludzi. Poród sam w sobie był „wyczynówką fizyczną”, na ile dam sobie radę. Nie był to jednak prawdziwy poród, tylko spinanie mięśni. Najciekawsze jednak były reakcje ludzi! Kobiety mi dziękowały, ponieważ ten eksperyment przybliżył poród wielu mężczyznom. Okazało się, że jest bardzo duża grupa panów, którzy nie wierzą, że poród jest ciężkim doświadczeniem. Przez pokazanie mnie w tej sytuacji, zaczęło do nich docierać, że jest to coś ciężkiego. Musieli zobaczyć faceta, w takiej sytuacji, by do to nich dotarło. To było dla mnie gorzkie i smutne doświadczenie. Pokazało, jak mężczyźni podchodzą do kobiet. Do tego, jak one opisują bardzo mocne i graniczne doświadczenia.

Podróżując po różnych krajach chyba dość często spotyka się pan z zaskakującymi zachowaniami mężczyzn wobec kobiet, a także zderzeniem stereotypów czy odmiennych poglądów.

Każdy z nas ma jakieś stereotypy. Często wydaje się też, że nasze poglądy są uniwersalne, jednak okazuje się, że takie są jedynie w naszym świecie. Trudno mi zachować obiektywizm w niektórych sytuacjach. Na przykład ja mam od dziecka wpajane „kobiety się nie bije”. W naszej kulturze gardzimy mężczyznami, którzy biją kobiety. Jeśli znajdujemy się w miejscu, w którym bicie kobiet jest powszechnie przyjętym rytuałem, to jesteśmy zszokowani i nie wiemy, jak mamy funkcjonować w takiej przestrzeni. Kiedy kobiety są bite w świetle prawa i co jest kompletnie dla nas niezrozumiałe, to rozmowa z nimi i jak uważają, że tak, to powinno wyglądać. To jest też przerażające.

Kiedy przechodzi Pan właśnie takie trudne, graniczne doznania, to jak Pan to odreagowuje? Jest jakiś sposób?

Kiedyś miałem z tym duży problem i nie wiedziałem, jak to zrobić. Kiedy jednak ciągle towarzyszą mi mocne, emocjonalne doświadczenia, to siłą rzeczy muszę się tego nauczyć. Nie zawsze jest to proces świadomy. Nie mam żadnej recepty. Mogę jednak powiedzieć, że lepiej daję sobie z tym radę. Na początku po przyjazdach z tak mocnych doświadczeń, jak Rosja, musiałem dwa-trzy tygodnie się sklejać, żeby wrócić do rzeczywistości. W tej chwili, jadę na wyjazd, gdzie mam jeszcze silniejsze doznania i dochodzę do siebie szybciej, czyli musiałem jakoś podświadomie dostosować się psychicznie do tego, jak to działa. Nie mam jednak na to żadnej receptury.

Czy żałuje Pan któregoś z doświadczeń? 

Nie.

A czy powtórzyłby Pan któreś z nich?

Nie, ponieważ rzeczy, które ja robię w telewizji, nie są miłe czy przyjemne. Nasz program jest rozrywkowy, ale ja tam naprawdę dostaję straszny łomot. To nie są rzeczy, które chciałoby się powtórzyć, nawet jeśli nas kształcą. Myślę, że kiedyś może pozwolę sobie na wejście w rytuał odosobnienia, bo to doświadczenie oczyszczające umysł. To nie jest tak, że ja tęsknię za jakimś wydarzeniem i potrzebuję powtórzenia. Najczęściej, to jednak są rzeczy zbyt mocne. Robi się je dla czegoś ważniejszego.

Czyli nie jest Pan uzależniony od adrenaliny?

Właśnie niestety podejrzewam, że jestem. Teraz, przygotowując kolejny program, rozmawiamy w pracy właśnie o tematach, którymi zajmiemy się w nowym sezonie. Niektóre z nich są bardzo mocne, a ja już czuję ekscytację. To jest rzecz, która trochę mnie martwi. Jest to jakiś rodzaj uzależnienia. 

Chyba tak niestety jest, że z każdą kolejną granicą, jaką się przekracza, to człowiek myśli, że może więcej.

Tak, jest coś takiego. Ostatnio w pracy pojawili się wokół mnie nowi ludzie. Omawiając tematy, chłopak, który nigdy ze mną nie pracował, a teraz będzie częścią ekipy, widząc moją ekscytację spojrzał na mnie i powiedział: „Ty jesteś nienormalny!”. Często słyszę takie rzeczy. 

A jak wspomina Pan początki swojej kariery w telewizji? Czy sukces, jaki towarzyszył pierwszemu programowi, wpłynął jakoś na Pana?

Początek mojej bytności w telewizji był końcem mojego dotychczasowego życia. W pewnym momencie ugrzęzłem, miałem naprawdę słaby czas. Byłem już prawie czterdziestolatkiem i kompletnie nie wiedziałem, co zrobić ze swoim życiem. W pewnej chwili jednak, z miesiąca na miesiąc, wszystko się zmieniło. Z człowieka pozbawionego siły sprawczej, energii życiowej, dostałem możliwość, o jakiej nigdy bym nawet nie śnił. Nie mam na myśli tego, że jestem częścią show-biznesu, tylko mówię o możliwości, jaką daje mi realizacja programów, czyli wchodzenia do obcych światów, zwiedzenie ich, a później wyjścia z nich i wrócenia do siebie. To jest coś niesamowitego. Myślę czasem o tym, co się wydarzyło i kim teraz jestem. Czuję, że mam wielkie szczęście, mam nawet wątpliwość, czy na nie zasłużyłem.

Zwiedził Pan spory kawałek świata. Które miejsce zrobiło na Panu największe wrażenie?

Nepal, coś nieprawdopodobnego. Pejzaże i krajobrazy są czymś niebywałym. Nepal zapiera dech w piersiach. Z jednej strony niewypowiadalne piękno tego miejsca, z drugiej nieprawdopodobnie dobra energia ludzi, którzy tam mieszkają. Żyją w bardzo surowym punkcie świata, pięknym, ale też takim, które z dużą lekkością może zabić człowieka. Mówię o grozie majestatu Himalajów, jak też tym, że tam często zdarzają się trzęsienia ziemi. Po ostatnim, z 2015 roku, do dziś są ślady.
To biedne państwo i nie jest w stanie wylizać się z tych ran. Nie jest to również miejsce, w którym żyje się na co dzień przyjemnie, ale ci ludzie są radośni.

A co Pana motywuje do działania? Skąd Pan bierze siłę na nagrywanie kolejnych programów?

Najbardziej napędza mnie ciekawość, m.in. tego, że świat za miedzą jest zupełnie inny. Ludzie, którzy tam mieszkają wydają się na pozór być tacy sami, jednak dają ci schronienie, zaczynasz z nimi żyć i widzisz, że są zupełnie inni. Okazuje się, że jesteśmy odrębnymi wszechświatami.

Jak na Pana programy, a szczególnie eksperymenty, których się w nich Pan poddaje, reagują najbliżsi?

Pytasz o mamę? (uśmiech) Różnie, szczególnie na poziomie „Inicjacji”, gdzie byłem mocno doświadczany, a moja mama odbyła ze mną kilka rozmów, w których mówiła, że nie chce oglądać tego, jak jej syn jest traktowany w taki sposób. Kiedy zobaczyła odcinek o więzieniu, to powiedziała, że zdaje sobie sprawę z tego, że nie ma wpływu na moje decyzje, ale nie chce tego oglądać. Kiedy były puszczane odcinki, o których wiedziałem, że jej się nie spodobają, że będą tam sytuacje, które będą dla niej bolesne, to po prostu ją o tym informowałem. Automatycznie nie włączała telewizora i nie oglądała odcinków. To dość okrutne w stosunku do mojej mamy, ale nie jestem w stanie się czasem powstrzymać. 

Podróżnik rzadko bywa w domu. Udaje się Panu pogodzić życie prywatne z pasją i pracą? 

Bardzo jest to trudne, dla mnie szczególnie teraz. Takie życie jest bardzo nieregularne. Trudno ustalić sobie plan. Nie ma normy, nie ma rytmu. Szczególnie, jak jest dwoje ludzi, którzy podróżują i nie robią tego razem. Tak, to jest to trudne.

Gwiazda TTV, podróżnik, dziennikarz, reportażysta. Czytałam też, że kiedyś Pan malował i zajmował się grafiką. Czy dalej tak jest? Czym Pan się zajmuje w wolnych chwilach?

Nie, ale bardzo bym chciał coś namalować. Niestety nie mogę, bo nie mam czasu. Mógłbym między wyjazdami, ale wtedy pracuję też przy postprodukcji. Kiedy więc mam wolne, wolę jednak pisać. Jeśli mam się zdecydować – pisanie czy malowanie, to wybieram pisanie, gdyż jest łatwiejsze o tyle, że wymaga, by tylko zacząć pisać. Jeśli chodzi o malowanie, to jest to jednak przygotowanie podobrazia, wyciągnięcie farb, rozłożenie całego warsztatu malarskiego. Przygotowanie tego zajmuje sporo czasu i też nie da się malować od tak, od pstryknięcia palcami. 

A gdyby Pan miał czas i mógł coś namalować, to co by to było?

Namalowałbym na przykład portret szamana z Ameryki Południowej, Renato, albo surrealną wizję, tego, co wydarzyło się podczas rytuału odosobnienia. Namalowałbym i narysował wspomnienia z Ameryki Południowej.

Co ma Pan w najbliższych planach? Czym Kossakowski zaskoczy swoich fanów w nowym roku? Czy może lepiej spytać, o to, co może nam Pan zdradzić?

Mogę zdradzić, że obecny program spotkał się z takim zainteresowaniem, że będziemy go kontynuować. Jesteśmy w fazie przygotowań. Mamy już wybrane tematy, teraz zostały kwestie techniczne. Będziemy w miejscach egzotycznych. W obrębie naszego zainteresowania znowu są Afryka i Indie. Miejsca trudne do filmowania i niezbyt bezpieczne. Musimy nastawić się na ciężkie doświadczenia. Na pewno będą to także rzeczy wstrząsające, dla nas nie do pojęcia. Przykładowo mamy szerokie tabu związane ze śmiercią i zmarłymi. Oddajemy im szacunek i wykorzystywanie części ludzkiego ciała, części zmarłych jest czymś, co nie mieści się w głowie. Na świecie są jednak miejsca, gdzie takie rzeczy są praktykowane. Właśnie podobnymi tematami mamy zamiar się zająć.

Dziękuję za rozmowę.

1( 122)
Styczeń'19