Inżynier elektroniki, mistrz świata

Miniony rok był dla Michała Gogola jak prawdziwy rollercoaster. Najpierw wzlot i mistrzostwo świata z reprezentacją Polski w roli asystenta trenera Vitala Heynena. Później końcówka roku była wielkim rozczarowaniem. Prowadzona przez niego drużyna Stoczni Szczecin upadła i wycofała się z rozgrywek PlusLigi z powodów finansowych. Młody, ale już bardzo ceniony szkoleniowiec, szybko jednak znalazł pracę w roli pierwszego trenera Indykpolu Olsztyn. – Jestem szczęściarzem, że mogłem być na mistrzostwach świata – mówi Prestiżowi Gogol. – Po tej imprezie, dzięki trenerowi Heynenowi moje postrzeganie siatkówki jest trochę inne.

 

Autor

Jerzy Chwałek

galeria

Wróćmy do przyjemniejszych chwil minionego roku. Ile czasu zajęło ci dochodzenie do równowagi po sukcesie i tej całej euforii po mistrzostwach świata? 

Szybko wróciłem do rzeczywistości, bo w klubie czekał ogrom pracy. Jednak to co się działo po zdobyciu mistrzostwa, po powrocie do kraju i w trakcie powitania na lotnisku było czymś niesamowitym, wręcz szokiem. Dodatkową niespodziankę zrobił mi tata, który przyjechał do Warszawy, żeby mnie powitać.

Czy gdyby nie tata, który od lat jest trenerem siatkówki, byłbyś teraz trenerem i mistrzem świata?

Na pewno nie. Siatkówka była w moim życiu obecna od wczesnego dzieciństwa, bo już wtedy spędzałem z tatą na sali treningowej bardzo dużo czasu. Zaczynałem od podawania piłek, później próbowałem odbijać piłkę od ściany. Po kilku latach, też pod okiem ojca zacząłem regularne treningi, choć kariery zawodniczej o jakiej marzyłem nie zrobiłem.

Miałeś talent, ale i sporo pecha…

Tak było. Grałem w siatkówkę w Maratonie Świnoujście na pozycji rozgrywającego i jako młodzik, kadet i junior odniosłem kilka znaczących sukcesów w Polsce. W najważniejszym momencie dla rozwoju kariery, gdy skończyłem szkołę i miałem trafić do klubu serii B, to... złamałem rękę. Głupia sytuacja i czysty przypadek, bo upadłem podczas jazdy na rowerze w lesie. Musiałem zmienić wszystkie plany i zamiast iść do nowego klubu, wróciłem do Szczecina i podjąłem studia na Politechnice. Co do ręki, to jej rehabilitacja była początkowo źle zrobiona, dopiero później pomógł mi doktor Sławomir Zacha. Ale tak naprawdę, to złamanej prawej ręki do dzisiaj nie prostuję w pełni. Wtedy po roku przerwy wróciłem do siatkówki grając w Morzu, ale nie byłem w stanie wrócić na wysoki poziom.

Wybrałeś studia na Politechnice, a nie na uczelni sportowej. Dlaczego?

To pewien paradoks. Studiowałem na wydziale elektrycznym – elektronikę i telekomunikację. Wiedziałem, że elektronika ma dużą przyszłość, a z kolei programowanie bardzo mnie interesowało. Już  na studiach zacząłem tworzyć proste programy i aplikacje pomocne  statystykom w siatkówce. To była moja totalna przewaga nad innym statystykami, bo potrafiłem napisać choćby taki program, który łączył analizę pięciu meczów w jedną całość i wyciągał od razu uproszczone wprawdzie, ale potrzebne wnioski.

Ciągnie wilka do lasu, i jeszcze w trakcie studiów wróciłeś do siatkówki, tyle, że już w roli trenera.

Dostałem propozycję pracy jako II trener i statystyk w AZS Częstochowa. Decyzja była bardzo trudna, bo byłem na piątym roku studiów, ale zaryzykowałem i wyjechałem. Dogadałem się, zarówno z klubem jak i uczelnią, i dwa razy w miesiącu przyjeżdżałem, żeby zaliczać przedmioty. Ukończyłem studia w trybie dziennym. Złożyło się idealnie dla zawodu który wykonuję, że dorastałem w rodzinie siatkarskiej, a jednocześnie posiadłem na studiach umiejętność programowania.

Później poświęciłeś się wyłącznie pracy trenerskiej, co wiąże się z ciągłymi wyjazdami i nieobecnością w domu. Jak żona to znosi?  

Magda jest cudowną i kochającą osobą, która trzyma cały dom w ryzach. Wręcz ją podziwiam, że pod moją częstą nieobecność radzi sobie, gdy trzeba jechać do lekarza z synkiem Maksymem, albo załatwić dziesiątki innych spraw. Dziękuję jej, że mam takie wsparcie i kocham ją całym sercem. Może rozumie mnie lepiej, bo sama grała w siatkówkę w UKS Pomorzanie w Szczecinie.

A gdy zdarza ci się już być w domu i mieć czas dla rodziny oraz dla siebie, to jak go spędzasz?

Jak najwięcej z rodziną i znajomymi, których mam bardzo wielu. W Szczecinie Park Kasprowicza i Jasne Błonia są dla mnie szczególne, bo babcia zabierała mnie tam, gdy byłem dzieckiem. W wolnym czasie lubię oglądać piłkarską Premier League, w której szczególnie wspieram West Ham United, od czasu gdy podczas Igrzysk Olimpijskich w Londynie odwiedziłem stadion i poznałem historię tego klubu, która jest naprawdę piękna. Na 30 urodziny żona zrobiła mi niespodziankę, zabierając mnie do Londynu na mecz ligi angielskiej. Ale na stadionie w Szczecinie też bywam, a wizyta z Bartkiem Kurkiem po zdobyciu mistrzostwa świata na zaproszenie Pogoni była bardzo miła.

Przed mistrzostwami świata powiedziałeś mi, że nie wiesz jakim jesteś trenerem, bo dopiero uczysz się tego zawodu. Co zmieniło się po zdobyciu mistrzostwa świata w roli asystenta  Vitala Heynena? 

Mój światopogląd o siatkówce w pewnym stopniu się zmienił. Po pięciu miesiącach współpracy z Heynenem moje postrzeganie siatkówki jest trochę inne, ale tylko na plus. Zwrócił on uwagę na elementy, które często są ukryte, jak obrona czy asekuracja, ale wszystko co robił było logiczne. Jestem szczęściarzem, że mogłem być na mistrzostwach i wszystko widzieć. Pewne rzeczy z kadry można przekuć na pracę w klubie, jednak nie wszystkie, bo tutaj jest inna grupa ludzi i inny cykl pracy.

Próba tworzenia klubu z wielkimi aspiracjami skończyła się w Szczecinie bardzo źle. Nie chcę wracać do przyczyn upadku, ale jakie są twoje odczucia po tym, że Stoczni Szczecin już nie ma, a Ty jesteś w innym mieście? 

Dla mnie, jako szczecinianina było to bardzo bolesne i wciąż boli mimo, że mam nową pracę. Jestem smutny, rozczarowany a nawet trochę podłamany z tego powodu, że musiałem spakować rodzinę i wyjechać ze Szczecina. Kiedyś już wyjechałem, nie było mnie 8 lat, i teraz ponownie musieliśmy wyjechać. Ale wrócę, bo jeśli będzie szansa, że ktoś zacznie realnie odbudowywać siatkówkę w Szczecinie, to na pewno wrócę.

 

1( 122)
Styczeń'19