KAMIL KUSKOWSKI. Profesor sztuki w „ziemi obiecanej”

Malarz, twórca instalacji oraz sztuki wideo. Artysta totalny. Jest na topie. Jego sztuka zaskakuje, wywołuje dyskusje, jest oczekiwana i pokazywana. Aktywne jej uprawianie łączy z ustawicznym nauczaniem i kreowaniem. Stworzył uznawany za niezwykle udany edukacyjny eksperyment Wydział Malarstwa i Nowych Mediów na szczecińskiej Akademii Sztuki, nieustannie kreuje szczecińskie życie artystyczne, stał się też filarem nowego, mocnego środowiska. 

Autor

prestiz

galeria

Po co robić sztukę?  

Po to, żeby żyć w przeświadczeniu, że robisz coś naprawdę ważnego, kulturotwórczego. Pomimo tego i wbrew temu co powszechnie się uważa, że bez sztuki można przecież przeżyć. Pewnie można tak samo jak bez węgla czy podwójnego espresso. Sztukę robi się przede wszystkim z pasji. Czas pracy 24 h na dobę bez względu na to czy wytwór tej pracy się sprzeda czy nie.

Sprzeda czy „sprzeda”?  

Ważne jest żeby nie sprzedać samego siebie. Co nie znaczy, że artyści nie kalkulują i nie myślą o sprzedaży własnych prac. 

Zatem, skoro nie masz motywacji materialnej, to co Cię pcha do tworzenia?

To jest taka aktywność, w której nie zadaje się takich pytań, to po prostu kwestia sensu życia. Myślę, że większość twórców ma takie podejście do swojego zawodu, niezależnie od dyscypliny. Oni, a właściwie My, tworzymy z najprawdziwszych i najczystszych pobudek życiowych. Nikt w tym zaangażowaniu nie wyobraża sobie, żeby mógł robić cokolwiek innego.

A zadajesz sobie pytanie dla kogo to robisz?

Generalnie twórcy tworzą dla siebie i z potrzeby wyrażania siebie. Oczywiście odbiorca jest istotny, ale zawsze pierwszym i najważniejszym odbiorcą artysty jest on sam. Dopiero potem są kolejne „stopnie” publiczności – profesjonalni, ogólni, potencjalni.

A który z tych potencjalnych odbiorców, oczywiście poza wspomnianym samym artystą, jest, albo powinien być najważniejszy?

Każdy jest ważny, ale nie ma co ukrywać, że najbardziej pożądani są Ci, którzy kreują świat sztuki poprzez kształtowanie trendów, wskazując tendencję, recenzując i namaszczając tych, a nie innych na gwiazdy. Każdy liczy na pozytywną recenzję, czy opinię, co ma przełożenie na pozycję w środowisku. Ich opinia jest ważna, jest w cenie, ale oczywiście bardzo cieszy opinia czy zainteresowanie każdego kto podjął trud wybrania się na wystawę. 

A ja mam to w d..., to co napisał krytyk, bo sztuka aktualna to sztuka, która oddziałuje na emocję, nie koniecznie na wiedzę, znajomość teorii, czy historii sztuki. Ona ma trafiać do mnie bezpośrednio, bez podpowiadania jak mam ją czuć, czyli odbierać. 

Masz do tego prawo. Ale nie wierzę, żebyś nie ulegał sugestii choćby autorytetów dla Ciebie ważnych. Sam zresztą oceniasz i recenzujesz spektakle teatralne. Robisz to, bo ktoś dał Ci narzędzia kształtowania opinii publicznej.

Ale mówisz, że pierwszym odbiorcą, czyli także recenzentem jest sam artysta. Nie uwierzę, że nie ma wtedy jakiejś myśli wybiegającej w przyszłość – to się spodoba, to będzie hit, to się sprzeda…
To się chyba jakoś czuje?

Na tym rynku sprzedaż jest uzależniona bardziej od opinii branżystów, niż zachwytu publiczności. W Polsce rynek sztuki ciągle z mozołem się buduje... Normą w kraju jest, że artyści wystawiający utrzymują się
z kilku źródeł. Jakoś się udaje przeżyć, ale to nie jest taki poziom, który pozwoli utrzymać się artystom tylko i wyłącznie ze sztuki. Zresztą takich, którym się to udaje jest naprawdę niewielu…

No po śmierci dopiero…

No tak, po śmierci to najlepiej się sprzedaje (śmiech). Ale jednocześnie wiadomo, że już nie powstanie nic nowego. Takie są niestety mechanizmy tego rynku. Tu nie ma taryfy ulgowej, oprócz samego tworzenia trzeba dbać o wiele innych ważnych aspektów dotyczących funkcjonowania w tzw. obiegu artystycznym. W krajach, w których rynek sztuki jest ważnym elementem funkcjonowania gospodarki status artysty jest odmienny, a na sukces wielkich artystów pracują sztaby ludzi. A wracając do meritum, to szczerzę przyznaję, że nigdy tworząc kolejne prace nie myślę, o tym czy ona się sprzeda. Nie tworzę pod rynek i mam nadzieję, że nigdy nie będę musiał tego robić. Ale jestem też w komfortowej sytuacji, bo faktycznie mam kilka źródeł utrzymania czy dochodów. Nie żyję ze sztuki w dosłownym sensie. 

I wyborną pozycję na rynku…

Fakt. Ja swoje już przeszedłem. Ale gwarantuję, zawsze robiłem to, co chciałem robić. Bez uginania się i spoglądania na innych. 

Sztuka aktualna, a szczególnie konceptualna uchodzi za trudną. Myślisz, czy to co tworzysz będzie zrozumiałe dla zwykłego widza? 

Nigdy się nie zastanawiam nad odbiorcą w kontekście docelowego i sprofilowanego klienta, nie interesuje mnie czy zrozumie i odczyta moją intencję. Nie chce skracać dystansu na siłę, czy iść na jakieś kompromisy tylko i wyłącznie dla czytelności moich prac względem odbiorców czy schlebiania czyimś gustom.

Spróbujmy porozmawiać o tym na konkretnym przykładzie – Twoja „Bitwa pod Grunwaldem” z 2010 roku. Spróbujmy odtworzyć proces tworzenia tego dzieła. 

Zawsze chciałem zrobić pracę, która odwoływałaby się do tej pracy, która jest najbardziej znanym polskim dziełem historycznym. Ale chciałem zrobić to w sposób nowoczesny, niekonwencjonalny. Dostałem propozycję zrobienia wystawy w nieistniejącej już dziś Galerii „Sektor I” w Katowicach… Ta mieściła się w Górnośląskim Centrum Kultury i wejście do niej było od strony obszernego hallu, na środku gigantycznej, pustej, białej ściany. Jak tylko ją zobaczyłem, to pomyślałem właśnie o „Bitwie pod Grunwaldem” Jana Matejki. Postanowiłem uczynić z wnętrza galerii „wnętrze” obrazu, a ściana posłużyła mi jako płaszczyzna obrazu zamkniętego w ramie, na środku którego było wejście do jego środka. Cały obraz powtarzał wymiary oryginału. Jednolita płaszczyzna obrazu została pokryta kolorem stanowiącym wypadkową wszystkich kolorów z oryginału. W środku obrazu panował półmrok odbiorca wchodząc do środka wchodził jakby w środek tytułowej bitwy ilustrowanej ścieżką dźwiękową zaczerpniętą z filmu „Krzyżacy” Aleksandra Forda. 

To już pogranicze performance?

I tak, i nie. To bardziej prowokacja zmuszająca do uruchomienia wyobraźni odbiorców, włączenia ich w strukturę obrazu poprzez swoistego rodzaju interakcję. Wejście do obrazu to symboliczne spełnienie marzenia o znalezieniu się po drugiej stronie…

Odwoływanie się do dzieł już istniejących, polemika albo dialog z teorią sztuki, czy manifestami wielkich artystów to Twój znak rozpoznawczy. Co to ma na celu? 

Coś co już istnieje mocno w świadomości odbiorców sztuki łatwiej poddaje się próbom redefiniowania czy dekonstruowania i nadawania nowych sensów. W tym kontekście polemika z twórczością np. Jana Matejki, kiedy podejmuję próbę zredefiniowania jego najsłynniejszego dzieła, otwiera całe spektrum możliwości przekazania własnych przemyśleń względem tego, co już istnieje. Badam sugestywność obrazu nieprzedstawiającego, ale zarazem przedstawiającego, jednak w przewrotny sposób. W „Bitwie…” wyzbywam się rudymentów, których używa Matejko, absolutnie go nie naśladuję. Rezygnuję z przedstawiania, na rzecz monochromu. Ale z drugiej strony, co wynika z przekazu historyczno-literackiego ta bitwa widziana z perspektywy obserwatora obserwującego ją z wzgórza jak czynił to choćby Władysław Jagiełło w rzeczywistości wyglądała raczej tak jak w mojej wersji, kłębiące się tumany pyłu z  bitewnego pola przy starciu kilkudziesięciu tysięcy wojów musiały tworzyć coś na podobieństwo jednorodnej plamy. Reasumując nie ma tu niczego z Matejki, z jego techniki, czy stylu. Jest nowy, współczesny koncept, jedynie inspirowany jego dziełem. 

Czy sięganie do już istniejących dzieł, to nie takie trochę pójście na łatwiznę? Przytoczę choćby słynny cytat z „Rejsu”, czyli, że „lubimy te piosenki, które już znamy”…

Ja programowo założyłem sobie polemiką ze sztuką, która już się odbyła, szczególnie z malarstwem. Biorę na warsztat kolejnych artystów i robię sobie różnego rodzaju odniesienia i zabiegi formalno-treściowe, ale ustawiam je w kontekście współczesnym. Patrzę na te dzieła z pozycji „tu i teraz”. Pokazuje je też „tu i teraz”. Niektórych inspiruje natura, a mnie inspiruje kultura, która inspirowana była być może wcześniej naturą.

Ale zawsze pojawia się pytanie, kiedy artysta jest zainspirowany naturą, a kiedy kulturą. Przykładowo jeśli malujesz jakiś pejzaż, to jest to inspiracja naturą, ale jak już malujesz dajmy na to uprawiane przez rolnika pole z pasącymi się w tle krowami, to mamy do czynienie z inspiracją kulturą, a właściwie agrokulturą.

Kolejna z Twoich prac chyba tego dotyka. „Pożyczasz” w niej od natury. Tam jest ścianka ustawiona w plenerze, w niej pusta rama, a przez dziurę widać naturalny krajobraz. 

W zasadzie tak. Ale ta rama powoduje to, że to co jest fragmentem natury, w tym przypadku przestaje być jej  fragmentem i staje się fragmentem kultury. Ta rama, czy bardziej specjalistycznie parergon całkowicie zmienia kontekst odbioru tego samego pejzażu. 

Mam w głowie moją ostatnią wizytę w Museum der bildenden Künste w Lipsku. Stoję przed „Die Lebensstufen” Caspara Davida Friedricha i się jaram. Ale on się nie rusza, nie mówi. Obraz. Tylko obraz. Czym jest podyktowana potrzeba używania w sztuce technologii? 

Ten Caspar, o którym mówisz, jest już tak ikoniczny i rozpoznawalny. To kolejna „Mona Lisa”, ale tutaj z jakimś gościem stojącym na skale, który stoi sobie i patrzy w dal. Zdajesz sobie sprawę, że stoisz przed dziełem, o którym słyszałeś milion razy, i milion razy widziałeś go gdzieś na zdjęciach. Teraz musi robić na Tobie wrażenie. Po prostu musi. Ale spójrz, sam mówisz, że stoisz i patrzysz, a on nie gada, nie możesz do niego wejść, ba nawet nie możesz podejść za blisko bo przyleci osoba pilnująca i… A ja chcę przekraczać te umowne granicę. Chcę interakcji z widzem. Chcę przekraczać te konwencjonalne sposoby obrazowania. W tym kontekście interaktywność, może sprawić, że staniesz się choćby częścią obrazu, ujawnią się nowe sensy tak jak w przypadku uruchomienia tego alarmu.

Czyli dziś sam obraz nie wystarczy, musi być zaskoczenie, musi być eksperyment, technika, nowe media, błyski, dźwięki, pneumatyczne instalacje na fotokomórkę?

Nie chodzi o to czy wystarczy! Sztuka aktualna musi posługiwać się aktualnym językiem. Tu nie chodzi o negowanie dorobku poprzednich epok, wręcz przeciwnie: czerpania z nich w kontekście budowania nowego języka wizualnego.

Ale to już bliżej do ekranu smartfona czy laptopa niż do zawalonego farbą płótna? 

Mówi się, że w zasadzie w sztuce było już wszystko, pozostaje tylko kwestia pokazania tego w inny nowatorski sposób w innym kontekście, a ponieważ każdy jest inny, więc każdy sposób wizualizowania, nawet tego samego teoretycznie jest inny. Na całym świecie, jest kilkaset tysięcy artystów, którzy malują właśnie w tej chwili różne martwe natury, w zasadzie nie ma w tym nic nowatorskiego odkrywczego, ale czy na pewno …

Ale to zawsze nowy obraz, a nie odniesienie do już istniejącego…

Ale to odniesienie to też nowy obraz. Przecież nie kopiuję, tylko redefiniuję czy dekonstruuję. 

W stu procentach zgadzam się z tym co mówisz, jedynie prowokuję wyłącznie dla potrzeb dynamiki tej rozmowy (śmiech). Zmienię trochę temat, jeśli pozwolisz. Twoja artystyczna droga jako wielka księga, jako jakaś opowieść… Jesteś w stanie określić jej nić? Coś udowadniasz, a może przed czymś przestrzegasz? Co chcesz mówić swoją sztuką?

Czy ja poruszam jakieś ważne tematy w kontekście społecznym? Pewnie tak. Ale mnie bardziej interesuje pobudzenie do myślenia, zderzenia się z odbiorcą w przekorny sposób. Ja zadaje pytania graniczne: po co? dlaczego? czy to ma sens? Czasami robię sobie żarty artystyczne, które mają jednak swoje odniesienie do ważnych kwestii zarówno w sensie praktycznym, jak i teoretycznym. Lubię robić sztukę z przymrużeniem oka. Zadaje sobie pytania, które zadaję również odbiorcy: Czy za pomocą nieprzedstawiającego obrazu można przekazać ważną treść? Czy czarny kwadrat na białym tle mówi mniej niż portret kobiety z białym futerkowym zwierzakiem w ręku?

No to odpowiedz na to.

Niedopowiedzenie daje większe możliwości interpretacyjne, pobudza do myślenia, do odkrywania ukrytych sensów.

Ale nie tylko w korespondencji z Malewiczem (śmiech)…

Im bardziej coś dopowiedziane, tym mniej zostawia przestrzeni na własną interpretacje. Prowokuje do myślenia. Działam pomiędzy przeciwieństwami. Na przykład mój cykl „MuzeuM”, czyli monochromatyczne płótna oprawione w złote, ozdobne ramy.

Idę o zakład, że niejeden z widzów powiedział: „eeeee, też tak potrafię…” 

Oczywiście. Ale bierze taki niedowiarek audio-przewodnik, który jest elementem tej pracy, wpisuje sobie przypisany do obrazu numer i słyszy co jest na tym obrazie. A patrzy przecież tylko na jednorodną kolorystycznie płaszczyznę. Głos w słuchawce mówi mu, że tam jest goła baba, a jej tam przecież nie ma, ale w jego głowie zaczyna się …

Zostawiamy sztukę, idziemy do kolejnego dzieła. Myślę tu o Wydziale Malarstwa i Nowych Mediów Akademii Sztuki w Szczecinie. Pamiętasz jak się ta przygoda zaczęła?

Przedziwna to sytuacja była… Dokładnie dziesięć lat temu. Pamiętam, że wówczas doszedłem do ściany niemożności w Łodzi, gdzie wtedy mieszkałem i pracowałem. Trafiłem na jakiś solidny opór materii, która uniemożliwiała mi dalszy rozwój wiedziałem, że muszę coś zmienić. I w takich oparach myśli i zdarzeń trafiłem do Szczecina, miałem wtedy otwarcie wystawy indywidualnej w 13 Muzach. Po wernisażu było zwyczajowe spotkanie towarzyskie, na którym był między innymi Waldek Wojciechowski, który opowiadał o planach powołania Akademii w Szczecinie. W sumie to chyba nawet nie bardzo uwierzyłem, że to jest realnie do zrealizowania. Ale zaczęli opowiadać o tym z taką pasją i zapytali czy nie był bym zainteresowany współpracą byłem wtedy tuż po uzyskaniu stopnia doktora habilitowanego. Powiedziałem czemu nie. Potem przez dobry rok nic się nie działo w tej materii, straciłem trochę wiarę, że to się ziści …

I co, zadzwonili?

Zadzwonili. Zacząłem tu przyjeżdżać coraz częściej, rozpoczęły się rozmowy już takie na serio. Szybko zdecydowałem się na współpracę. Przyjechałem do Szczecina. Będąc jeszcze w Łodzi miałem różne pomysły związane z koniecznością zmian w istniejących modelach kształcenia opartej na procesie ustawicznego ich dostosowywania do zmieniających się realiów szeroko pojętego rynku sztuki, tak by kształcenie młodych ludzi było realne i zbalansowane oparte na dwóch mocnych nogach praktyce i teorii. Pamiętam, że na początku bardzo mocno dyskutowaliśmy często spierając się w kwestiach fundamentalnych, a mianowicie jaki model edukacyjny byłby najbardziej adekwatny w kontekście tego co już w naszym kraju funkcjonuje, i jak się to odnosi do tego co dzieje się w tej materii na zachodzie. Wykonaliśmy coś w rodzaju SWOT, czyli znalezieniu słabych i mocnych punktów ówczesnego systemu kształcenia. Od początku towarzyszyło nam przekonanie, że nic nie jest na zawsze i trzeba dokonywać ustawicznych zmian. Łatwo nie było, bo te nasze koncepcje były często w sprzeczności m.in. z ministerialnymi wytycznymi, które co chwile się zmieniały i nadal zmieniają. Ale  w konsekwencji udało się stworzyć oryginalny, niepowtarzalny program, który wpisuje się w realia rynku sztuki w Polsce i na świecie. 

Jakiego argumentu używałeś w rozmowach z wybitnymi twórcami, których zapraszałeś do współpracy?

Wtedy Szczecina, nie było na artystycznej mapie Polski jako miejsca o istotnym znaczeniu, coś tu się działo ale to było praktycznie niewidoczne z perspektywy innych ośrodków choćby  Łodzi. Okazało się, że właśnie ten fakt stał się prawdziwym wyzwaniem, perspektywa budowania uczelni wraz z środowiskiem od podstaw, stała się czymś w rodzaju mitycznej „Ziemi Obiecanej” – mówiłem im, że to jest unikalna szansa na stworzenie czegoś od nowa, na stworzenie nowej szkoły sztuki
w Polsce, która będzie inna niż wszystkie pozostałe, bo będzie się opierała na czynnych zawodowo twórcach z rożnych ośrodków. Finalnie udało się stworzyć Wydział z udziałem rozpoznawalnych artystów, reprezentujących najważniejsze ośrodki – Łódź, Warszawa, Kraków, Gdańsk, Poznań, Wrocław, ale też Berlin. Choćby takich jak Paweł Bownik, Hubert Czerepok, Łukasz Jastrubczak, Zbyszek Rogalski, Karolina Bregula, Zorka Wollny, Irmina Rusicka, Daniel Rycharski, Łukasz Skąpski, Małgorzata Szymankiewicz Witek Orski… Wydziału który posiada uprawnienia do nadawania stopnia doktora, Wydziału z kategorią naukową A. Wydziału przyciągającego studentów z całej Polski. Wydziału prowadzącego kilka galerii: Zona Sztuki Aktualnej, OS17 czy Próżnia. 

Powiedziałeś udało się stworzyć „nową szkołę”. A czy można już mówić o „nowej szkole” w rozumieniu jakiegoś nurtu, rozpoznawalnego sznytu czy unikalnego myślenia o sztuce? Szkołą szczecińska?  

Powiedziałem, że ciągle ją tworzymy. Za mniej więcej dziesięć lat będziemy to mogli stwierdzić. Ale już dziś spróbuj zapytać o opinię o Akademii Sztuki w Szczecinie kogoś w Warszawie czy Krakowie? 

A jak połączyć artystyczną wolność z akademicką surowością, rygorem, wymaganiami, obowiązkami?

Jest to oczywiście niezwykle trudne ale nie niemożliwe. Trzeba przede wszystkim pamiętać o tym, że jest się artystą, a dopiero pozostałe aktywności wynikają właśnie z tego faktu.

A w relacji artysta / profesor – student?

Uważam, że tylko aktywni twórczo artyści są w stanie dobrze uczyć. Bycie aktywnym artystą daje mandat do budowania dobrych relacji interpersonalnych ze studentami. Student musi mieć możliwość skonfrontowania wiedzy którą przekazuje mu nauczyciel, z tym co on sam robi. Tylko wtedy uwiarygadnia to jego kompetencje niezbędne do budowania własnego autorytetu.

Tu jesteś doskonałym przykładem na to jak godzić wiedzę z aktywną twórczością…. 

Nie wolno zapomnieć o talencie, który jednak bez odpowiedniego ukierunkowania będzie trochę jak pusty dzban. Kluczem do sukcesu jest nieustanne poszerzanie własnych horyzontów – trzeba dużo czytać, dużo oglądać, nie tylko z obszaru sztuk plastycznych, ale też filmów, spektakli teatralnych. Trzeba też poznawać innych ludzi umieć z nimi rozmawiać ale też wspólnie działać

A mówią, że to z serca musi iść…

Ja myślę, że jednak nie z serca. Tylko z mózgu, bo przecież serce działa tylko dlatego, że działa mózg. Emocje które są w kontekście sztuki bardzo ważne powstają w  wyniku zachodzących w nas procesów wewnętrznych wydzielających się m.in. endorfin, procesów myślowych itd.

Trzeba jeszcze mieć charakter. Ty nie masz w tej materii sobie równych, przynajmniej w przestrzeni Szczecina, bo jesteś góralem!

Ale spokojnie tylko z miejsca urodzenia, a nie korzeni (śmiech).

Nie przeszło jakoś?

Wiesz jak to przychodzi, wychowujesz się wśród ludzi którzy są stamtąd, coś tam siłą rzeczy musi przeniknąć… Pewne nawyki pozostają, czasami zdarza mi się zaciągnąć po góralsku jak coś się tam odklei (śmiech).

Nic z charakteru?

No może upór (śmiech).

Tu też mamy góry – Góry Bukowe (śmiech). Jak się odnajdujesz w Szczecinie ?

Szczecin ma swoje zalety i wady. Dobrze się tu żyje: całkiem niezłe powietrze, mam wszystko co potrzebuje jako artysta – bliskość Berlina, bliskość morza, poprawiającą się oferta kulturalna, na którą też w jakimś stopniu mam wpływ, nie ma co narzekać. Jeżeli czegoś brakuję to znaczy, że jest nisza, którą można wypełnić podejmując kolejne inicjatywy.

Czyli zostajesz na dłużej?  

Nigdy nie mówię, że coś jest na zawsze, ale tak zostaję! Ale jakby jutro zadzwonili z Nowej Zelandii, że jest intratna posada to jadę (śmiech).

Na koniec wróćmy do sztuki. Twoja ostatnia praca?

„Pomiędzy/Between”. To właśnie pokazuje w TRAFO.  

Sporo formalnie odnosi się do spuścizny artystów dla mnie ważnych – jak Strzemiński, Malewicz, Kobro. Trochę wracam tym do Łodzi, ale też do mojego studiowania sztuki, do moich początków. Ten projekt jest niezwykle dychotomiczny, rozpina się pomiędzy różnymi skrajnościami, które symbolizuje biel i czerń. Jest bardzo estetyczny, przemyślany i konsekwentny, jest takim projektem dojrzałego artysty, który od prawie 20 lat zawodowo zajmuje się sztuką.

 
1( 122)
Styczeń'19
gajda