Szczecin bankietuje

Oto nowa rubryka, w której prezentujemy szczecińskie bankiety. To o czym do tej pory tylko słyszeliście - Dariusz Staniewski dokładnie Wam zrecenzuje w myśl starodawnego hasła „i ja tam byłem, miód i wino piłem”.

Autor

Dariusz Staniewski

Początek Nowego Roku to zazwyczaj dla niektórych bardzo trudny czas. Przede wszystkim lizania finansowych ran. Najpierw przecież były święta Bożego Narodzenia. Trzeba było wydać kupę „kasy” (albo „hajsu” jak mówi teraz młodzież) na prezenty i wypełnienie lodówki aż po sufit. Niektórym te wydatki zwróciły się może w części dzięki szczodrości tzw. Mikołaja i znaleźnego spod choinki. Inni jednak musieli obejść się smakiem i cieszyć przez łzy z kolejnego krawata lub butelki whisky. Potem Sylwester. I cóż z tego, że w ciągu roku mamy przynajmniej kilkanaście imprez, które są sto razy lepsze od tego przereklamowanego powitania nadchodzących 12 miesięcy. Jest presja, że tego wieczoru trzeba się bawić. I to najlepiej szampańsko. Chcąc nie chcąc wiąże się to z kolejnymi kosztami. I tak powitawszy Nowy Rok i wyleczywszy kaca staramy się z uśmiechem uczestniczyć w życiu społeczno-gospodarczo – politycznym tego miasta i kraju. Warto wtedy, wiedząc przecież z góry, że się nie dotrzyma noworocznych obietnic, zacząć od jakiegoś dobrego uczynku okazując jaśniejszą stroną swojej natury (mroczną zostawiając na obrzucanie, w myślach, obelgami szefa matoła) i pokierować się dewizą wyrażoną przed laty przez rockową grupę Lombard, czyli „nie zamieniaj serca w twardy głaz póki jeszcze serce masz”. Na to liczyli pewnie organizatorzy charytatywnego koncertu dla zwierzaków ze szczecińskiego schroniska – „Grosz lub kilka dla pupilka”. Odbył się on na początku stycznia w znanej szczecińskiej restauracji - Browar Rodzinny Wyszak. To jeden z najjaśniejszych punktów na gastronomicznej mapie Szczecina, którym warto się chwalić wszem i wobec. Z dumą można tam podjąć gości z kraju oraz ze świata, bo i jadło serwują godne i napitki zacne. Lokal zgrabnie prowadzi rodzeństwo Joanna Różycka i Michał Jagła. I oni też użyczyli miejsca dla zwierzęcych wolontariuszy. W trakcie imprezy zebrano fundusze z biletów - cegiełek oraz aukcji schroniskowych kalendarzy oraz koszulek z podpisami znanych osób, które zechciały wspomóc akcję (m.in. rysownika i karykaturzysty Henryka Sawki). Wieczór ubarwił koncert duetu Jackpot, którzy najpierw zdobyli jury i widzów programu „Must be the Music”. Teraz ich kalendarz występów jest wypełniony po brzegi a jak ktoś chce ich zaangażować, to musi stać w długiej kolejce chętnych. Wśród gości wieczoru można było zauważyć np. dr Michała Szelągowskiego - znanego szczecińskiego lekarza, mistrza brydża sportowego i posiadacza niezwykłego talentu - potrafi artystycznie zagwizdać nie tylko przeboje pop, ale również sławne kawałki operowe (w całości!). 

Warto, rozpoczynając Nowy Rok otrzeć się trochę o sztukę. Najlepiej taką przez duże SZ. A taką zawsze gwarantuje Monika Krupowicz i jej Open Gallery. Tym razem postanowiła ona zaprezentować szczecińskim koneserom prace sopockiej artystki Anny Reinert. Przez ostatnich 15 lat inspirację do swego malarstwa znajdowała ona w „żywiole geometrycznego miasta”. Tym razem jednak, jak zapewniała Krupowicz „przechodząc przez grań swojego życia Reinert znalazła się wśród ośnieżonych szczytów gór wysokich”. Mówiąc po naszemu - prezentowane obrazy przedstawiały góry tylko, że w geometrycznym wymiarze (uff, chyba niczego nie pokręciłem i oddałem wiernie co artysta miał na myśli - przyp. autora). I tak też się wernisaż nazywał „po drugiej stronie grani”. Nie powinno więc dziwić też dziwić miejsce gdzie się odbył - w salach wystawowych szczecińskiej Filharmonii im. Mieczysława Karłowicza. Jej dyrektor - Dorota Serwa już nie pierwszy raz przytuliła do piersi lokalnych promotorów sztuki nie odmawiając gościnnych progów tej placówki kultury. A obiekt przecież wielu kojarzy się z górskimi szczytami. Artystka - drobna blondynka, skromna, wyglądała na nieco onieśmieloną zainteresowaniem jakie wzbudziły jej prace. A warto je obejrzeć, podziwiać, zastanowić się chwilę. Niektórym przypomną się Krupówki, oscypki i kwaśnica, innym miłość w Zakopanym (niekoniecznie ta z przeboju niejakiego Sławomira), innym jeszcze wyprawa zimą nad Morskie Oko w sandałach i t-shircie, albo noga w gipsie po pierwszej lekcji snowboardu, innym jeszcze górskie wędrówki z prawdziwego zdarzenia połączone ze zdobywaniem szczytów - tych prawdziwych i ludzkich możliwości. 

Na wernisażu pojawiło się kilku znanych miejscowych wielbicieli sztuki oraz przedstawicieli lokalnego świata polityki (Bazyli Baran - radny miejski Koalicji Obywatelskiej), finansów (Isobel Perera-Turostowska), palestry (mecenas Grażyna Wódkiewicz) oraz reżyser filmowy (niekoniecznie kina akcji) Marcin Korneluk. Niestety, takie prezentacje mają to do siebie, że szybko kończy się wino przygotowane przez organizatorów. A jak wiadomo trudno kontemplować sztukę zagryzając jakimiś ciasteczkami. Spora grupa uczestników wernisażu postanowiła więc wymienić swe odczucia i doznania artystyczne w innym miejscu - w jednym z lokali na Deptaku Bogusława. Jego wizytówką są sławne (jeszcze przed wojną) wódki Baczewskiego oraz tatar wołowy. Oba te elementy idealnie komponują się z każdym rodzajem sztuki a pokazywanie się w ich towarzystwie od razu identyfikuje prawdziwego konesera lub artystę (choć niektórzy przesadziwszy  z pierwszym ze składników mogą prezentować nurt tzw. prymitywizmu). Na tej nieoficjalnej części wystawy pojawiła się na chwilę także sama Anna Reinert. Niestety, zgodnie z przewidywaniami niektórych okazała się wegetarianką i zamiast skosztować sławnego tatara wybrała „wege leczo”. Zaraz po konsumpcji umknęła nie dając szansy nowym wielbicielom jej twórczości wyartykułowania z siebie „achów i ochów” zachwytu..

Władza niejedno ma imię i niejedną twarz. Potrafi jednak czasami docenić np. lokalnych przedsiębiorców. Tak też, po raz kolejny, uczynił marszałek województwa zachodniopomorskiego Olgierd Geblewicz organizując tradycyjne już „Noworoczne spotkanie dla inwestorów i eksporterów”. Miejsce - szczecińska Opera na Zamku. Część oficjalną bardzo zgrabnie i z humorem poprowadził Jacek Wójcikowski - dyrektor Centrum Obsługi Inwestorów i Eksporterów Zachodniopomorskiego Urzędu Marszałkowskiego. Bo okazuje się, że to już tradycja tych spotkań - szef tego wydziału prowadzi konferansjerkę. Jego wysiłki doceniła nawet sławna polska piosenkarka Alicja Majewska, która wystąpiła w części artystycznej wieczoru. Artystka dzień wcześniej śpiewała w szczecińskiej Filharmonii a jej koncert poprowadził znany satyryk i dziennikarz Artur Andrus. Według Majewskiej Wójcikowski w niczym mu nie ustępował i nawet mógłby go zastąpić. I tak w urzędzie narodził się nowy talent estradowy. A dyrektor Wójcikowski ma teraz nad czym się zastanawiać - wybrać drogę kariery estradowej (autografy, wizyty w zakładach pracy, piękne kobiety i strumienie szampana) czy też zostać w urzędzie i cytując oraz trawestując pewnego klasyka z ubiegłego wieku działać tak „aby region rósł w siłę a ludziom żyło się dostatniej”. 

 

2( 123)
luty'19