Historia pisana wesołą kreską

Ewa Kownacka to ilustratorka, która wydała książkę „Mimo” i na koncie ma współpracę m.in. z marką Foonka. Pochodzi z Trzebiatowa, studiowała w Poznaniu, ale na miejsce zamieszkania wybrała Szczecin. Artystka ilustruje książki dla dzieci, a także tworzy kartki okolicznościowe, plakaty oraz zindywidualizowane projekty. Swoje prace wykonuje ręcznie, najchętniej posługując się akwarelą, ołówkiem oraz kredkami. Oryginalna kreska Ewy zdobywa coraz większe uznanie, a dowodem na to jest dynamicznie rozwijająca się pracownia artystki – Czary Malary. 

Autor

Karolina Wysocka

galeria

Coraz więcej ludzi zaczyna widzieć wartość w indywidualizmie, a i w naszym regionie mamy całkiem niezłą reprezentację wśród ilustratorów. Jednym z nich jest właśnie Ewa Kownacka, przykład na to, że warto iść za głosem serca i realizować własne marzenia.

Polskie czary na papierze

W czasach PRL-u rodzimi ilustratorzy stworzyli niezwykły, oryginalny świat, dzięki któremu wiele dzieci mogło zapomnieć o szarej rzeczywistości państwa totalitarnego. Wprowadzili do życia najmłodszych magię i kolor, coś czego w tamtych czasach zdecydowanie brakowało. To właśnie wtedy powstała Polska Szkoła Ilustracji. Obrazy jej najpopularniejszych twórców (Jana Marcina Szancera, Janusza Stannego czy Hanny Czajkowskiej) ukształtowały wyobraźnię wielu z nas, a popularne książki z ich dziełami goszczą na półkach naszych domów i wychowało się już na nich kilka pokoleń. Z czasem, gdy Polska odzyskała wolność, zachłysnęła się Zachodem, indywidualne dzieła straciły na wartości, ale dziś znów wracają do łask. Nasi ilustratorzy są cenieni na całym świecie za swobodę artystyczną, barwność, humor oraz indywidualne spojrzenie na świat. Co więcej, mimo, że ten zawód nie należy do najpopularniejszych i najlepiej płatnych, to wciąż znajduje amatorów. Jak widać, w Szczecinie też mamy wielką fankę grafiki książkowej, która dzięki dużej determinacji zrealizowała swoje marzenia i otworzyła własną pracownię ilustracji dziecięcej. A jak zaczęła się przygoda Ewy?

Życie to przygoda

Ilustratorka od dziecka lubiła rysować i malować. – Nie odczuwałam tego jako pasję, ale naturalne zajęcie. Jako dziecko próbowałam wyrazić emocje lub zabierałam się za to w wolnym czasie. Kiedy tylko wpadał mi ołówek w ręce, to były bazgroły. Moje zeszyty szkolne wyglądały skandalicznie. Nauczycielki traktowały mnie jednak ulgowo – mówi z uśmiechem Ewa. Co ciekawe, ilustratorka jest samoukiem, nie ma wykształcenia artystycznego. Ukończyła kilka kursów, a o pomoc w doskonaleniu warsztatu prosiła znajomych plastyków. Mimo artystycznych zainteresowań, studiowała turystykę i rekreację, gdyż praca z ludźmi zawsze była jej bliska. Jeździła z dziećmi na obozy tematyczne i prowadziła warsztaty. Wciąż jednak nie zapominała o sztuce. – Dorabiałam na studiach, zajmując się malarstwem sztalugowym. Wcześniej malowałam abstrakcję, portrety kobiece, martwą naturę. Ilustracją dziecięcą zajmuję się od niespełna 4 lat – przyznaje Ewa. Kiedy po studiach przeprowadziła się do Szczecina, był to dla niej nowy start. 

Pewnego dnia odwiedził ją znajomy i powiedział: „Ty Ewka masz taką wesołą kreskę, narysuj mi ilustrację dziecięcą do opowiadania”. – Zgodziłam się i siadłam do rysowania. To był mój pierwszy szkic, bazgroł, ale stwierdziłam, że proces przetwarzania historii na prosty obrazek jest bardzo ciekawy – mówi ilustratorka. Później musiała znaleźć swoje medium i tu pojawiła się kolejna niespodzianka. 

– Maluję akwarelą. Wszyscy mi to odradzali. Jeśli popełnisz błąd, to jest to nie do odratowania. Musisz wyrzucić swoją pracę i zacząć od nowa. Mimo wszystko, spróbowałam i okazało się, że bardzo mi to pasuje. To jest farba, która mnie uspokaja – dodaje Ewa. Mimo dobrej pracy na etacie, artystka czuła jednak, że czegoś jej brakuje. Tak powstał fanpage Czary Malary. Strona szybko zaczęła zdobywać popularność, a Ewa postanowiła zaryzykować i zawalczyć o własne marzenia.

– Jestem przede wszystkim ogromną marzycielką. Uważam, że życie to przygoda i że żyjemy raz. Nie lubię trwać w niedosycie i gdybać. Postanowiłam spróbować, więc zaakceptowałam najgorsze wydarzenie. Często demonizujemy różne rzeczy, a naprawdę jest ciężko umrzeć z głodu. Pomyślałam sobie, że gdyby mi nie wyszło, znalazłabym po prostu inną pracę – opowiada. Dużą inspiracją dla Ewy była też historia Carson Ellis. Amerykańska ilustratorka w swoich dziełach lubi nawiązywać do słowiańszczyzny, a co najważniejsze: zaczęła tworzyć dopiero po trzydziestce. 

– Miałyśmy podobną historię. Ja też zaczęłam zawodowo ilustrować w okolicach trzydziestki – mówi artystka. A jak wyglądał proces zakładania własnego biznesu? – Samo założenie firmy jest bardzo proste, ale ja starałam się jeszcze o dofinansowanie z urzędu pracy. Później okazało się to bardzo przydatne. Tak się tylko wydaje, że to jest straszne, że trzeba złożyć wniosek, przygotować biznesplan. Metodą małych kroków wszystko się da szybko zrobić – zapewnia Ewa. Jak na jej decyzję zareagowali bliscy? – Moja mama zawsze mówiła, że jestem ścisłym umysłem. Poszłam jednak do liceum na profil humanistyczny, bo uwielbiałam książki, twórczo mnie inspirowały. Całe życie słyszałam jednak, że ilustrację albo malarstwo dobrze jest traktować jako hobby, a nie żyć z tego. Moja mama widząc jednak to, że bardzo mi zależy, zmieniła zdanie – wspomina Ewa i dodaje: – Bardzo mnie wspierała w założeniu firmy. To było niezwykle wzruszające.

Przepis na oryginalność

Pracownię Ewa otworzyła w kwietniu zeszłego roku. Od tego czasu stworzyła już całe mnóstwo zabawnych ilustracji, które pobudzają wyobraźnię dzieci i dorosłych. Skąd artystka czerpie inspiracje? Czy ma na to jakiś przepis? – Lubię rzeczywistość i lubię ją przeżywać. Ilustracja to część mojego życia. Dodaję do tego nutkę baśniową i tak powstaje obraz – śmieje się Ewa. Co więcej, w jej twórczości widać inspirację dawnymi tradycjami grafiki książkowej. 

– Wychowywałam się na książkach po starszym rodzeństwie. Tam nie było tak krzykliwych barw, jak dzisiaj. Była we mnie tęsknota za naturalnymi kolorami. Opracowując własną stylistykę, stworzyłam swoją paletę barw. Maluję na siedmiu kolorach – dodaje ilustratorka. Wśród jej dzieł są m.in. humorystyczne kartki okolicznościowe, np. figa z makiem, a także plakaty dziecięce o tematyce roślinnej oraz zwierzęcej, w tym niedźwiedź śniący o fabryce miodu. –  Mam też bardzo fajne projekty indywidualne dla dzieci. Zapoznaję się z nimi i one są bohaterami obrazków. Teraz będę rysowała miśki. Jedno jest niezdarną pandą, a drugie łakomczuchem, niedźwiadkiem brunatnym – dodaje ilustratorka. Artystka ma na koncie także autorską, ilustrowaną książkę „Mimo”, która porusza historię o niezwykłej sile dziecięcej przyjaźni. W planach jest również kolejna publikacja, a w pierwszej połowie tego roku Oficyna Wydawnicza Retman wyda baśnie mazurskie z jej ilustracjami.  

Bardzo ciekawe jest też to, że Ewa tworząc różne dzieła na zlecenie, potrafi zachować indywidualność. Jak przyznaje, dostaje zapytania od klientów, czy by nie namalowała czegoś w podobnej  do konkretnego twórcy stylistyce, ale nigdy się na to nie zgadza. – Polecam wtedy klientowi, by udał się do ilustratora, którego dzieła mu się podobają – mówi artystka, po czym dodaje: – W dzieciństwie koleżanka ukradła mi obrazek, wysłała go na konkurs plastyczny. Było mi bardzo przykro. Wiem, jak to boli, bo rysowanie jest bardzo osobiste. To uzewnętrznianie siebie. Wiele lat minęło, zanim pokazałam komuś moje prace i przestałam je chować do szuflady. Jak jej się udaje zachować oryginalność? – Odcięłam się od przeglądania dzieł innych –  zapewnia ilustratorka, po czym dodaje:

 – Ważne, by dużo ćwiczyć. Najlepiej nie przerysowywać rzeczy innych. Warto być w zgodzie ze sobą, podobnie jak w życiu. Ważne jest też trenowanie ręki, dopracowanie swojej kreski, stylistyki postaci
i wypracowanie własnej palety kolorystycznej. Według mnie tym tkwi największa tajemnica.

A jak wygląda proces tworzenia ilustracji? Ewa pracuje w domu, a jej miejscem pracy jest własne biurko. – Jak muszę coś namalować, to ściągam komputer, rozkładam papier i paletę – dodaje artystka. Najpierw robi wiele luźnych szkiców, później przenosi to na papier akwarelowy, a następnie zajmuje się malowaniem. – Samo malowanie jest najkrótszym etapem, najtrudniejsze jest dopracowanie szkicowe w ołówku i ustawienie kompozycji – opowiada ilustratorka. W pracy zawsze towarzyszy jej muzyka. Najczęściej filmowa, bo jak przyznaje artystka, tekst wywołuje u niej rozkojarzenie. – Lubię też Chopina, ale nie mogę go słuchać do malowania. Jest taki ekspresyjny, że kreska mi drży. Nie mogę mieć przy nim spokojnej ręki – śmieje się Ewa.

Książka dla dziecka

Każdy z nas ma swoją ulubioną książkę z dzieciństwa. Dla jednych będą to np. „Dzieci z Bullerbyn”, dla innych „Baśnie Andersena” lub „Alicja w krainie czarów”. Wielu z nas pamięta nie tylko niezwykłe historie, ale też piękne ilustracje. Często te obrazy zostają w niektórych na całe życie. Co więcej, dzieci to bardzo wymagający odbiorcy. Ewa Kownacka też ma tego świadomość. Mimo, że jest wielką miłośniczką przygód i bujania w obłokach, do swojej pracy podchodzi bardzo poważnie.

– Stresuję się malując dla dzieci. Staram się to zrobić jak najlepiej, bo wiem, że najmłodsi są w momencie kształtowania się twórczo i literacko, więc treści powinny być jak najlepszej jakości, żeby nie było tam np. przekazywanych fałszywych wzorców. To bardzo odpowiedzialne zadanie, nawet w obrazie – podkreśla Ewa. A jakie książki pamięta z dzieciństwa? –  Z ilustrowanych to „Baśnie Ludów Północy”, szczególnie opowieść o niedźwiedziu, który stracił ogon. Lubiłam też baśnie braci Grimm, Andersena, La Fontaine’a. Ale też mitologię grecką z ilustracjami, wcale nie dla dzieci – śmieje się ilustratorka i dodaje: – Straszyłam brata wizerunkiem Meduzy.

 
2( 123)
luty'19