Paweł – specjalista od kaszanki

Paweł Żuchowski jest korespondentem radiowym, od 10 lat mieszka w Stanach Zjednoczonych. Wraz z Marcinem Gortatem dokonał rzeczy niezwykłej. Dzięki… kaszance uzbierali pokaźną sumę pieniędzy, którą wsparli szczecińskie hospicjum. Paweł opowiedział nam o genezie akcji, ale również o tym, jakie możliwości daje mu jego praca i czy rzeczywiście „amerykański sen” jest tak kolorowy, jak nam się wydaje. 

Autor

Andrzej Kus

Paweł, lubisz kaszankę?

Ta kaszanka to już trochę śni mi się po nocach. Lubię ją, ale nie w takiej postaci jak zaproponował Marcin Gortat. Nie zasmażaną z jajkiem. Zresztą muszę przyznać, że kiedy Marcin rzucił wyzwanie swoim fanom, by znaleźli mu obywatela USA, który zje kaszankę zasmażaną z jajkiem zacząłem się zastanawiać skąd on to wymyślił. Nawet nie słyszałem wcześniej, by ktoś ją w taki sposób ją robił. Ale sprawdziłem w Internecie i dowiedziałem się, że faktycznie w niektórych regionach Polski tak się ją podaje. Osobiście wolę gotowaną z musztardą. Też podawaną z grilla, przygotowaną w folii aluminiowej, gdy dorzuci się do niej cebulę. 

Jaka jest geneza akcji „kaszanka”? Czy od samego początku spodziewałeś się, że nabierze aż takiego rozmachu? 

Na początku to miał być tylko żart. Marcin Gortat chciał zobaczyć obywatela USA, który je kaszankę. Napisał na Twitterze, że da 1000 dolarów temu, kto mu go znajdzie. Postanowiłem wziąć w tym udział i wskazałem osobę. Nagrałem film i sam ją jedząc pokazałem Marka, byłego amerykańskiego żołnierza, weterana wojny w Iraku. Wrzuciłem film na Twittera. W nagraniu opowiedziałem o potrzebach Zachodniopomorskiego Hospicjum dla Dzieci. Zaznaczyłem, że nie chce tych pieniędzy dla siebie. Wspomniałem, że hospicjum potrzebuje asystora kaszlu, który kosztuje 20 tysięcy złotych. Za ten tysiąc dolarów, o którym napisał Marcin wystarczy jednak na koncentrator tlenu, który też się przyda. Film trafił do sieci, a ja poszedłem do Pentagonu, bo akurat tego dnia minister Mariusz Błaszczak spotykał się z Jamesem Mattisem – Sekretarzem Obrony USA. W Pentagonie nie można używać telefonów. Nie miałem dostępu do sieci. Gdy wyszedłem, po konferencji czekała już na mnie odpowiedź od Marcina. Marcin napisał publicznie, ale i do mnie prywatnie. Znamy się. Grał przecież w Washington Wizzards. Powiedział, że przeleje 20 tysięcy złotych. Po chwili przychodzi kolejna wiadomość od człowieka, którego nie znam – jednego z użytkowników Twittera. Tam znowu potwierdzenie przelewu na 1000 złotych i tytuł wpłaty: „na kaszankę”. Tego samego dnia jeszcze dostałem kilka takich informacji, na mniejsze kwoty. I tak zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Zobaczyłem, że jest chęć pomocy. Najciekawsze jest jednak to, że chyba ze dwa lub trzy tygodnie przed tym jak Marcin Gortat rzucił wyzwanie, zadzwoniłem do pani Kingi Krzywickiej, prezes Zachodniopomorskiego Hospicjum dla Dzieci i Dorosłych i zapytałem o ich potrzeby i powiedziałem, że chciałbym przeprowadzić jakąś zbiórkę pieniędzy. I myślałem jak to zrobić. Marcin Gortat spadł mi z nieba. Pomyślałem, że to może być początek jakiejś fajnej akcji. Niektórzy nawet myśleli, że ukartowałem to z Marcinem, że się umówiliśmy. Nie, nie było tak.

Do pomocy wskazałeś hospicjum dla dzieci – z jakiego powodu? 

Dlaczego? Dlatego, że po pierwsze, jestem ze Szczecina i wiem, że takie hospicjum jest w naszym mieście. Pamiętałem, że tej fundacji pomagała kiedyś Katarzyna Legan, była już policjantka z Komendy Miejskiej Policji w Szczecinie. Przygotowywała przez kilka lat kalendarze z których dochód ze sprzedaży przeznaczany był właśnie na hospicjum dla dzieci. Wykonywała piękną robotę. Wkładała w to całe swoje serce i pewnie też prywatne pieniądze, by taki kalendarz powstał. Szukała sponsorów. Wiem, że budżet nie zawsze się spinał. Kalendarze w sumie promujące pracę policji były piękne. Była jeszcze jedna taka historia. Chyba nikomu publicznie o niej nie opowiadałem. Zrobię to po raz pierwszy. Był październik. To było jeszcze parę tygodni przed akcją „kaszanka”. W czasie jednej z rozmów z bliską mi osobą, której brat wówczas chorował na raka usłyszałem, że Marcin miał powiedzieć będąc już w ciężkim stanie, że gdyby wyzdrowiał to chciałby pomagać dzieciom. Leżał już sparaliżowany. Niestety zmarł mniej więcej w połowie akcji. Wiem, że jego brat zdążył mu powiedzieć o tym, że kiedy nagrywałem film dla Marcina Gortata i kiedy wskazywałem cel – Zachodniopomorskie Hospicjum dla Dzieci to myślałem także o nim.

Udało się zebrać dla potrzebujących całkiem pokaźną sumę. 

Udało się w ciągu miesiąca uzbierać ogromną sumę, a była to przecież spontaniczna akcja. Nie spodziewałem się, że taka będzie reakcja ludzi. Jestem im bardzo wdzięczny i nie wiem jak dziękować. Dlatego, że to dzięki nim placówka otrzyma nowy sprzęt. To nie akcja Pawła Żuchowskiego. To akcja dobrych ludzi. Były wpłaty ze Szczecina ale i południa Polski. Wiele wpłat także od Polonii z Nowego Jorku czy Kanady, ale i innych miejsc na świecie. Były kwoty w wysokości nawet 5 złotych. Te pięciozłotowe w sumie najbardziej mnie cieszyły. Ludzie czasem do mnie pisali, że więcej nie mają, ale chcą pomóc. Na konto wpłynęło 55 tysięcy złotych. Do tego Fundacja Grupy Lotos zaoferowała, że kupi dla hospicjum kilka urządzeń medycznych. 

Obiecałeś, że jak uzbierasz określoną sumę obiegniesz Biały Dom. Spełniłeś obietnicę?

Tak. Kiedy na koncie było prawie 30 tysięcy złotych, to w czasie transmisji w grupie „Ameryka i Polityka” na Facebooku Internauci żartowali, że szybko zbierzemy 50 tysięcy złotych. Ja w to nie wierzyłem. Rzuciłem, że gdyby tak się stało, to obiegnę Biały Dom. No i w grudniu w krótkich spodenkach, krótkim rękawku przebiegłem się wokół rezydencji prezydenta USA. Przy okazji opowiadałem ludziom o budynkach, które znajdują się dookoła.

Jak długo mieszkasz w USA i czym tam się zajmujesz?

Latem minie 10 lat. Jestem amerykańskim korespondentem Radia RMF FM. Każdego dnia przygotowuję relacje ze Stanów Zjednoczonych. Pod waszyngtońską placówkę podlega Ameryka Północna i Ameryka Południowa. Dlatego dużo podróżuję. Na przykład, po wyborze kardynała Bergoglio na papieża, byłem w Argentynie. Stamtąd relacjonowałem radość jego rodaków z wyniku Konklawe. Odwiedziłem Kubę, kiedy w Hawanie doszło do historycznej wizyty Baracka Obamy. Każdy dzień przynosi coś nowego. Regularnie bywam w Białym Domu czy Pentagonie. Dziewięć razy relacjonowałem ceremonie wręczenia Oscarów. Miałem okazje śledzić kampanie prezydenckie w USA. Niestety bywałem też na miejscu dramatycznych wydarzeń, jak strzelanin w szkołach, zamachów. Przygotowywałem relacje z miejsc, które nawiedzały huragany. Sam poczułem siłę żywiołu Irma na Florydzie, czy Florence w Karolinie Północnej. Ale obserwowałem też starty promów kosmicznych, w tym ostatnią misję promu Atlantis. Przygotowywałem korespondencje ze startów promów towarowych. Ciągle coś nowego. To wszystko wydarzenia, które na zawsze zapamiętam. I było już ich naprawdę wiele.

Chciałbyś swoją przyszłość związać z Ameryką czy wrócisz do Szczecina? 

Nie, chciałbym kiedyś wrócić do kraju, konkretnie do Szczecina. W USA urodził się mój syn. Chodzi do szkoły w Waszyngtonie. Moja żona jest korespondentką Radia RMF Classic. Mimo wszystko jesteśmy mocno związani ze Szczecinem i Polską. W Szczecinie mamy rodzinę. Syn lubi podróżować do kraju. Spędzać święta i wakacje w Szczecinie. W tej chwili żyjemy tutaj, ale kiedyś wrócimy. Na pewno. To nie ulega żadnej wątpliwości. Teraz jednak patrzę w przyszłość. W 2020 roku odbędą się w USA ważne wybory prezydenckie. Na pewno będę chciał je relacjonować. Potem w styczniu 2021 odbędzie się inauguracja kolejnej kadencji prezydenta Donalda Trumpa lub, być może, zaprzysiężony zostanie nowy, 46. przywódca USA. To bardzo ciekawe wydarzenia. Myślę, że każdy dziennikarz chciałby kiedyś relacjonować taką kampanię a potem przebieg wyborów. Dla mnie będzie to już 4. kampania wyborcza. Jeszcze kiedy pracowałem w redakcji w Szczecinie, firma wysłała mnie do Chicago. To było w 2008 roku. Rok później zostałem korespondentem w USA. W listopadzie 2008 roku relacjonowałem wybory z Chicago. To wówczas pierwszy raz wygrał Obama. To właśnie w „Wietrznym Mieście” był jego sztab wyborczy. I tam wygłosił swoje przemówienie po tym, jak pokonał Johna McCaina.  

Jak oceniasz Szczecin w ostatnich latach – zmienia się to miasto? Co robi w nim na tobie największe wrażenie?  

Miasto zmienia się i to widać. Oczywiście jest jeszcze dużo do zrobienia. Mamy jednak piękne nabrzeża. One robią duże wrażenie. Szczecin to piękne miasto – z wielkim potencjałem, z olbrzymimi możliwościami. Uwielbiam, kiedy latem jestem w Szczecinie i mogę wpaść rano na Jasne Błonia i wypić kawę. Fajnie, że jest gdzie ją szybko kupić w papierowym kubku. Wiem, że niektórzy krytykują plażę na Wyspie Grodzkiej. Mnie pomysł bardzo się podoba. I latem jestem tam bardzo często. Lubię patrzeć na moje miasto. Wiem, że są zaniedbane dzielnice, zrujnowane kamienice. Potrzeba czasu i pieniędzy. Ale proszę mi wierzyć, że i w Waszyngtonie są miejsca, które nie wyglądają tak jak powinny wyglądać. Podobnie jest przecież w Nowym Jorku. Hollywood – niby magia. Tak… na wzgórzach, gdzie mieszkają gwiazdy, bogaci ludzie. A już w okolicy choćby teatru, gdzie odbywa się ceremonia wręczenia Oscarów, gdzie rozkładany jest czerwony dywan, nie wygląda już tak jak pięknie. Każde miasto ma swoje lepsze i gorsze strony. I takie ma też Szczecin. Ale to miasto z olbrzymim potencjałem.

Od kilku lat przebywasz w USA, masz już z pewnością jakieś przemyślenia. Jak odbierani są tam Polacy? Jak się żyje, czy rzeczywiście jest to kraina mlekiem i miodem płynąca? Wielu osobom się tak wydaje.

Mieszkam w Waszyngtonie, tutaj Polonia nie jest za duża. Osoby, które tu mieszkają często pracują w dużych międzynarodowych organizacjach czy instytucjach. Choćby w Banku Światowym, Międzynarodowym Funduszu Walutowym czy Narodowym Ośrodku Zdrowia. Tu Polacy na pewno odbierani są bardzo dobrze. To specjaliści, dobrze zarabiający. Stany Zjednoczone to nie jest kraina mlekiem i miodem płynąca. Polacy ciężko tu pracują. Wystarczy porozmawiać z naszym rodakami z Chicago czy Nowego Jorku. Nie jest łatwo. Muszą zarobić na wysokie koszty wynajmu mieszkań, ubezpieczeń zdrowotnych. Bardzo ich podziwiam. Podobnie jak imigranci z innych państw. Ten „amerykański sen” nie zawsze jest łatwy i prosty. A do tego dochodzi tęsknota za krajem i bliskimi. 

Czy mentalność Amerykanów różni się od mentalności Polaków?

Amerykanie myślą bardziej pozytywnie. Nawet, jak wydarzy się tragedia, to idą do przodu, częściej się uśmiechają. Zawsze przeżywam trochę taki szok, kiedy przyjeżdżam do Polski, bo widzę rzeczy, których wcześniej, przed wyjazdem do USA nie widziałem. Na przykład w USA chyba jeszcze nikt nigdy nie najechał na mnie wózkiem w sklepie. W Polsce to norma. Ludzie pędzą do przodu nie patrząc na innych. Kiedy w USA stoję w kolejce do kasy i z boku pani uruchamia kolejną to prosi następną osobę. Nikt z tyłu nie biegnie do tej kasy, bo wiadomo, że pierwszeństwo ma ten przed nimi. Sam wiesz co dzieje się w Polsce w takiej sytuacji. Ludzie się tratują. Zaczyna się wyścig. W USA nie widzi się takich sytuacji. Takich przykładów mogę podawać dużo więcej. Na przykład stoisz w kolejce na poczcie. Podchodzisz do okienka. W USA kolejna osoba jest za tobą przynajmniej dwa metry. Nie ma żadnej namalowanej linii. Każdy wie, że ten przy okienku ma mieć zagwarantowane prawo do załatwienia swojej sprawy w cywilizowanych warunkach. W Polsce czujesz na plecach oddech kolejnej osoby i słyszysz jak wzdycha, bo nie podoba jej się, że pani kasuje zbyt wolno lub ty jeszcze o coś poprosiłeś. Względnie docierają do ciebie komentarze tych stojących jeszcze dalej lub musisz słuchać czyjejś rozmowy, bo krzyczy do telefonu. To są rzeczy, które mocno uderzają. I kiedy opowiadam o tym znajomym to po chwili zaczynają się z tego śmiać i mówią „ty stary, masz rację”. Tacy jesteśmy. A na to nie potrzeba milionów by to zmienić. Możemy to zmienić bez wielkich, finansowych nakładów.

Masz często dostęp do miejsc, które my widzimy jedynie na obrazkach. Które z nich zrobiło na tobie największe wrażenie? 

Było sporo takich miejsc i wiele różnych sytuacji. Najzabawniejsza sytuacja wydarzyła się chyba w Gabinecie Owalnym Białego Domu. Było to podczas spotkania prezydenta Baracka Obamy z przewodniczącym Donaldem Tuskiem. Politycy rozmawiali o sprawach europejskich. Pod koniec tego spotkania, kiedy opuszczałem już słynny Gabinet Owalny zatrzymałem się obok historycznego biurka przy którym pracują przywódcy USA. Za nim stali wszyscy członkowie ówczesnego gabinetu prezydenta Obamy. Także wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Joe Biden. Sięgnąłem więc po aparat, zrobiłem zdjęcie i ruszyłem dalej. Nagle słyszę… może zrobimy selfie? Patrzę, a słowa te wypowiedział uśmiechnięty od ucha do ucha wiceprezydent Joe Biden. Odpowiedziałem: oczywiście. Wyciągnąłem więc telefon, podchodzę do wiceprezydenta USA. Nagle ruszyło w moim kierunku dwóch agentów Secret Service. Jednym ruchem ręki Biden dał im znać, że mają mnie zostawić w spokoju. Sytuacja rozbawiła wszystkich członków gabinetu Obamy. Śmiał się nawet John Kerry Sekretarz Stanu USA, który raczej rzadko się uśmiecha. Biden znany jest z tego, że lubi żartować, skracać dystans. Właśnie dlatego czasem problem mieli z nim agenci Secret Service, bo nigdy nie wiedzieli co on wywinie. A co do miejsc: gdyby nie moja praca w USA nigdy nie odwiedziłbym na pewno właśnie Białego Domu, który robi ogromne wrażenie, Kapitolu, Pentagonu, Departamentu Stanu, siedziby Organizacji Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku. Z bliska, jak wspomniałem już wcześniej, obserwowałem ceremonie wręczenia Oscarów. Przygotowywałem wywiady choćby z Jennifer Lopez czy Lennym Kravitzem. Bywałem w bazach wojskowych, miejscach, które nie są dostępne dla turystów. Przy okazji ostatniego startu promu Atlantis, kiedy kończono amerykański program lotów kosmicznych otrzymałem przepustkę na 2 tygodnie na teren NASA. Swoim samochodem, jak pracownik Agencji Kosmicznej, wjeżdżałem na teren bazy na Przylądku Canaveral i bez niczyjej opieki poruszałem się po terenie NASA. To mnóstwo niesamowitych historii.

Co ciebie najbardziej zawiodło w USA? 

System opieki zdrowotnej, te olbrzymie koszty leczenia, wysokość ubezpieczeń. Wiem, że w Polsce narzekamy na służbę zdrowia. Ale jak zachorujesz w Polsce to wcześniej czy później ktoś udzieli pomocy, trafisz do szpitala, dostaniesz się do lekarza. W USA też… tyle, że potem otrzymasz rachunek tak wysoki, że może się okazać, że nie stać ciebie na jego uregulowanie.

Planujesz kolejną akcję charytatywną, znowu dla hospicjum?

Chciałbym. Mam w głowie kilka pomysłów. Z zebranych ostatnio pieniędzy udało się kupić sprzęt medyczny. Wiem, że wolontariusze z Zachodniopomorskiego Hospicjum dla Dzieci potrzebują też środków opatrunkowych, przydałbym im się nowy samochód, by mogli dojeżdżać do swoich podopiecznych. Powinno być to auto, w które można zapakować wszystkie ważne urządzenia. Auto, którym dojadą do małego pacjenta, pomogą mu w domu, by rodzice nie musieli z nim jechać do szpitala. Na to potrzeba olbrzymich środków ale wierzę, że być może wspólnymi siłami uda się zorganizować w tym roku zbiórkę, dzięki której uzbieramy na nowe auto. Zobaczymy.

Widać, że mimo lat za granicą wciąż utożsamiasz się ze Szczecinem. 

Bardzo, kocham Szczecin. To moje miasto. Uważam, że jest to fantastyczne miejsce na ziemi: z mnóstwem zieleni, dostępem do wody. Bardzo za nim tęsknię. To w Szczecinie urodziłem się, uczyłem. W Szczecinie rozpocząłem pracę w redakcjach. Najpierw była współpraca z Kurierem Szczecińskim, nieistniejącym już Radiem AS. Potem Pomorska Stacja Radiowa. Po drodze była telewizja Bryza i TVP Szczecin, Polskie Radio w Szczecinie i szczecińska redakcja RMF FM. Tak więc przed Waszyngtonem zawsze był Szczecin. I zawsze będzie Szczecin w moim sercu. Nie zmienią tego tysiące kilometrów.

 

 
2( 123)
luty'19
gajda