Piłka z ostrymi kantami

Autor

Jerzy Chwałek

Nie zawsze przerwa w rozgrywkach piłkarskich to czas spokoju i odpoczynku. Tej zimy przekonują się o tym piłkarze Wisły Kraków i jej kibice. Proces sprzedaży upadającego klubu był tak niecodzienny i komiczny, że bez przeróbek może stanowić wymarzony scenariusz do komedii absurdu lub kontynuacji „Piłkarskiego pokera”.

Stary zarząd Wisły, rządzący w oparciu o mafijne struktury postanowił zakończyć ten biznes i sprzedać klub zagranicznemu inwestorowi. Ale już samo pochodzenie i wiarygodność  potencjalnych zbawców budziło podejrzenia.

Kambodżańczyk podający się za członka rodziny królewskiej, posiadający udziały w 12 klubach piłkarskich, Szwed o posturze zapaśnika mający wirtualne biuro w sklepie z cygarami i polski agent piłkarski, którego nikt albo prawie nikt nie znał wcześniej, byli zagadką samą w sobie. 

Przebiegu akcji jaka nastąpiła później nie wymyśliliby mistrzowie kina absurdu z Melem Brooksem czy rodzimym Stanisławem Bareją. 

Vanna Ly czyli multimilioner z Kambodży po przylocie do Krakowa tanimi liniami lotniczymi, w budynku magistratu chodził... pod parasolką. Później pokazywał plany akademii piłkarskiej wybudowanej przez siebie w Chinach i roztaczał podobne wizje przed prezydentem Krakowa. W tym czasie piłkarski agent mówił o wielomilionowych inwestycjach
w drużynę Wisły i planach podboju Ligi Mistrzów. Wizytę w Krakowie trójka panów zakończyła zjedzeniem obiadu w restauracji „U babci Maliny” za 60 złotych na trzech. Kiedy już mijał termin zrobienia przelewu na 12 milionów złotych przez hojnych cudzoziemców, co miało być równoznaczne z przejęciem Wisły, człowiek z Kambodży zniknął ze wszelkich radarów i nie odnalazł się do dziś…

Gdy absurd przekroczył wszelkie granice, policja i prokuratura wkroczyły do siedziby Wisły i prywatnych mieszkań z byłą prezes Marzeną Sarapatą na czele.

To krótkie streszczenie krakowskiej tragifarsy z przejęciem klubu ma służyć temu, żeby pokazać jak skończył się rządy w klubie ludzi, będących w ścisłym kontakcie z Sharksami, bandytami mającymi ogromne wpływy w klubie. Ich początek sięga roku 1998, kiedy to jeden
z bandytów o pseudonimie Misiek rzucił nożem we włoskiego piłkarza. Przypadek niedoszłego upadku Wisły jest najbardziej dramatyczny, ale powinien być przestrogą dla innych a jednocześnie dla PZPN- u, przymykającego oko na patologię w klubach i dającego łatwą ręką licencję na grę w Ekstraklasie. Wisłę zrujnowali kibole, ale idę o zakład, że w każdym z polskich klubów Ekstraklasy, jeśli nie obecnie, to w przeszłości byli różnej maści cwaniacy – na różnych stanowiskach – próbujący wyciągać pieniądze do własnych kieszeni. Dostają się do struktur klubów dzięki układom politycznym lub towarzyskim. 

Już same kwoty jakimi kluby są dotowane przez samorządy miast stanowią wystarczająca pokusę dla nieuczciwych ludzi. W 2017 roku Śląsk Wrocław dostał od miasta 13 milionów złotych, Piast Gliwice 11,7, Lechia Gdańsk 5,85, Arka Gdynia 5,24, Pogoń Szczecin 4,22 itd. 

Piłka i wszystko co z nią związane daje możliwości, żeby wyciągać pieniądze z klubowej kasy w różny sposób, jeśli nie ma odpowiedniej kontroli. Czy to przez dogadywanie się z menedżerami piłkarzy, czy przez wypłacanie sobie kilkudziesięciotysięcznych pensji. Krakowski przykład pokazał to najdobitniej. Tylko w ciągu kilku miesięcy 3-osobowy zarząd przelał na własne konta 910 tysięcy złotych premii, podczas gdy zawodnicy, najważniejsze ogniwo klubu piłkarskiego, nie dostali w tym czasie ani grosza. 

2( 123)
luty'19