Być jak Beata

Teatr Współczesny w Szczecinie
reż. Magda Miklasz

Autor

Daniel Źródlewski

galeria

Nie lubiłem muzyki Beaty Kozidrak. Bardzo nie lubiłem. Nie uważałem jej za ikonę polskiej estrady, co najwyżej za ikonę bezgranicznego kiczu. Także artystycznie, z kilkoma wyjątkami z okresu wczesnych lat ‘80. Premiera spektaklu opartego o jej twórczość i barwne życie, była więc kolosalnym wyzwaniem. Na szczęście nie musiałem, jak niektórzy recenzenci z Warszawy (stolica Polski), odkrywać faktu istnienia Szczecina, ani tego że z uwagi na kosmiczną odległość, kobiety w ciąży nie powinny tu podróżować (wyrazy uznania dla kolegi z VOGUE). Wystarczyła taksówka i jedyne siedem minut podróży. Uff…

Tyle w czasie przeszłym, bo w teraźniejszym dokonało się kilka istotnych zmian. Okazało się, że przeoczyłem kilka faktów, w tym wpływ Beaty Kozidrak na moje (i nie tylko moje) pokolenie. Okazało się, że w tych piosenkach symbolicznie zawierają się cztery dekady życia Polaków. To niezwykle wciągający dokument, z którego można wiele wyczytać (wysłuchać?). Piotr Domalewski wraz z Żelisławem Żelisławskim napisali pozornie prosty tekst, bazujący na nieco oklepanej formule castingu, finalnie stanowiący przekrojowy, a tym samym wnikliwy obraz polskiego społeczeństwa. Bardzo trafna diagnoza. Skutecznej arteterapii dokonała reżyserka Magda Miklasz. 

Nie wiedziałem, że podane w świeżych aranżacjach znielubione utwory, mogą aż tak zyskać. Tutaj ukłon w kierunku Tomasza Lewandowskiego i jego muzyków. Nowe aranżacje nadały utworom Kozidrak innego znaczenia, a często pewnej szlachetności. Uległem temu i pośpiewałem sobie pod nosem, bo przecież nie sposób nie znać tekstów, które stały się filarami kultury popularnej, ale także języka.

Czarowała wizualna strona widowiska. Lśniące kurtyny i garderobiane lustra z żarówkami (Mirek Kaczmarek), prowadzone ze znakomitym wyczuciem światło (Piotr Nykowski), dowcipne filmiki (Kamila Paradowska) i wreszcie zachwycające kostiumy (Hanka Podraza), które pomogły w metamorfozach aktorów. Mimo pewnej ascezy w scenografii i ciasnoty sceny Współczesnego, udało się osiągnąć efekt znany z wielkich produkcji z milionowymi budżetami. Ot kreatywność! Problem miałem i dalej mam, z monumentalną figurą „Świętej Beaty”, kojarzącą się z  arcywidowiskami Madonny. Ów „ołtarz” wydawał się figurą ironiczną, ale… 

Nie muzyka Kozidrak, nie teksty piosenek, nie jej życiorys, ani nawet lansowany styl. Absolutnym sednem spektaklu są role (jedynie) czwórki aktorów. Każdy z nich wciela się w kilka postaci. Powiedzieć, że brawurowo, to zbyt mało. To soczyste popisy aktorskich talentów, także wokalnych. W tej drugiej dziedzinie kapitalnie poradziły sobie Magdalena Wrani-Stachowska (song korporacyjny: mniam!) oraz Maria Dąbrowska. Panom – Arkadiuszowi Buszce i Maciejowi Litkowskiemu, skali nieco brakowało, ale zachwycili fenomenalnymi rolami. Buszko jako draq queen, a Litkowski jako starzec to po prostu kreacje mistrzowskie! 

Tak, polubiłem trochę Beatę i jej muzykę. Nieco się odczarowało. Mam jednak pewną wątpliwość: widziałem, albo chciałem zobaczyć w tej realizacji sporo ironii. Nie tylko w temacie pokazanych tam „społecznych przypadków”, ale także „podmiotu lirycznego”, czyli dość jarmarcznej postaci Beaty Kozidrak. Dziki zachwyt publiczności bezlitośnie wyeliminował ironię, gnając w kierunku bezkrytycznego uwielbienia dla Kozidrak. Mam chyba inny gust. Nie wiem, czy lepszy…  Mimo to: prestiżowe 5/6

 
3( 124)
Marzec'19
gajda