Architekt od filmu

Często oglądając film zwracamy uwagę nie tylko na odgrywaną przez aktorów historię ale na to co dzieje się w warstwie wizualnej. Światło, obraz i scenografia pozwalają nam na przeniesienie się w świat oglądany na ekranie. Często tak sugestywnie skonstruowany, że zaczynamy wierzyć w to co, oglądamy. Pochodząca ze Szczecina Anna Anosowicz ostatnio stworzyła, wręcz hipnotyczną scenografię do serialu Agnieszki Holland „1983”, pierwszej polskiej produkcji amerykańskiego serwisu Netflix. Dzięki pracy Ani mogliśmy podziwiać utopijny świat Polski, jako współczesnego państwa totalitarnego, w którym wciąż trwa zimna wojna…  

 

Autor

Aneta Dolega

Rok 1983 Agnieszki Holland to pierwsza polska produkcja stacji Netflix. Pokazuje alternatywną historię Polski, w której nadal trwa zimna wojna i system państwa represyjnego. Stworzyłaś do tej produkcji bardzo sugestywną scenografię. Warstwa wizualna tego serialu jest drugim bohaterem. Jak do tego doszło? I jak ci się pracowało przy tej produkcji?

Do tego projektu trafiłam niejako dzięki pracy z Kasią Adamik, z którą spotkałam się wcześniej przy jej filmie „Amok”. Agnieszka widziała efekty tej współpracy i zaproponowała mi stworzenie scenografii do swojego kolejnego projektu – serialu „1983”. Z resztą – serial ten reżyserowały obie panie, a także Olga Chajdas i Agnieszka Smoczyńska. Tworząc serialowy świat ściśle współpracowałam zarówno z reżyserkami jak i z operatorami. W moim zawodzie jest tak, że albo dostosowuję się do wizji reżysera albo dostaję wolną rękę. Tutaj miałam dość dużą wolność, może poza budżetem, który zazwyczaj ją ogranicza (śmiech). W przypadku tego serialu głównym zadaniem było „wymyślenie” rzeczywistości, której nie znamy. Akcja dzieje się w 2003 roku w Polsce, ale to kraj, którego historia potoczyła się inaczej niż w rzeczywistości. Nie ma wolnego rynku, architektura, kultura, sztuka – są upaństwowione, a to wszystko niesie za sobą pewne konsekwencje. Każdy detal jest ważny, nawet szczegóły, na które w pierwszym odruchu nie zwracamy uwagi. Na przykład – wszystkie plakaty, które pojawiają się na ekranie – zaprojektowane są w duchu tzw. „polskiej szkoły plakatu”, która pewnie byłaby doceniona przez władze i miałaby szansę rozwijać się i ewoluować. Wszystkie loga, emblematy, a nawet godło tej fikcyjnej Polski – zostały na nowo zaprojektowane, a do współpracy zaprosiliśmy kilku znanych polskich projektantów, takich jak Hakobo czy pracownia Beton. 

Praca dla Netflixa to zupełnie inny, amerykański system pracy. Najważniejszy jest tu tzw. showrunner (w przypadku „1983” był nim Joshua Long). Showrunner to główny pomysłodawca, często współproducent. On przynosi gotowy pomysł na film lub serial
i to on podejmuje wszystkie ostateczne decyzje. W polskim show-biznesie nie ma jego odpowiednika.

Jak się pracuje z Agnieszką Holland? Różne legendy krążą o niej, że jest trudna, kapryśna… Faktycznie tak jest?

Przede wszystkim jest wymagająca i bardzo profesjonalna. To są faktycznie legendy. Agnieszka wymaga od ludzi z którymi pracuje pełnego skupienia, poświęcenia, nie toleruje lenistwa i gapiostwa. Jeżeli to wszystko działa, to praca z nią jest wspaniała. Pozwala na wiele kreatywności. Sama też lubi eksperymentować i z uwagą słucha pomysłów ludzi, z którymi pracuje. Taka relacja z reżyserem uskrzydla, a wcale nie jest to takie częste. Poza tym Agnieszce Holland się nie odmawia (śmiech). 

Jak trafiłaś na plan filmowy?

Przez teatr (uśmiech). To były jeszcze moje szczecińskie, studenckie czasy. Studiowałam na Politechnice architekturę. Pracowałam też za barem w różnych  miejscach, takich jak Schody Jazz Cafe czy Piwnica Kany. Do Kany zawsze schodzili się wszelkiej maści artyści, aktorzy, reżyserzy, ludzie związani z teatrem. Podobało mi się to towarzystwo i ten świat. Któregoś razu pod koniec mojej pracy wdałam się w rozmowę ze wspaniałą Beatą Zygarlicką, aktorką Teatru Współczesnego i moją serdeczną koleżanką. Nie czułam wtedy, że moje studia mają nadal dla mnie sens, nie byłam pewna co chcę robić w przyszłości. Beata dała mi prostą radę: „zajmij się architekturą w teatrze, czyli scenografią”. I tak trafiłam do teatru. Zadebiutowałam jako asystentka scenografa w Teatrze Współczesnym. To był spektakl w reżyserii Rudolfa Zioło, jego adaptacja „Kubusia Fatalisty i jego Pana”. Potem przy kilku kolejnych premierach w TW uczyłam się scenografii od kuchni pracując jako pomocnik w pracowni plastycznej u wspaniałej Krysi Mruk, która miała do mnie anielską cierpliwość i bardzo wiele mnie nauczyła. Wkrótce przyszła propozycja od Zygmunta Duczyńskiego i już samodzielnie zaprojektowałam scenografię oraz kostiumy do jego „Geista” w Teatrze Kana. Film był kolejnym etapem, wiązał się też z moim wyjazdem do Warszawy, do której przeprowadziłam się za pewnym mężczyzną. Związek nie przetrwał, choć przyjaźnimy się do dziś. Za to pozostała Warszawa i film.

Jaki będzie twój kolejny projekt?

Coś na co czekam z entuzjazmem. Historia łotrzykowska, której bohaterem jest człowiek – legenda Zdzisław Najmrodzki. Był nazywany „królem złodziei” i „mistrzem ucieczek”. Uciekał milicji, policji, z aresztu i więzień 29 razy, często dość spektakularnie. Ciekawa postać i ciekawe czasy, bo akcja filmu rozgrywa się na przełomie lat 80’ i 90’. 

Masz jeszcze czas na rodzinne strony? Wpadasz czasem do Szczecina?

Nie tak często jakbym chciała (śmiech). Praca i życie rodzinne są bardzo  absorbujące. W Warszawie mieszkam od kilkunastu lat. Tu jest mój dom, moja rodzina i praca. Ale kiedy już jestem w Szczecinie, to jestem zachwycona.

Czym? Z dystansu widać zawsze lepiej. Co jest w Szczecinie fajnego?

Zacznę od takiej banalnej rzeczy jak pamiątki. Cieszę się, że Szczecin odszedł w końcu od wszechobecnego kiedyś bursztynu (śmiech) na rzecz fajnych, praktycznych, dobrze zaprojektowanych gadżetów. Z fajnym designem, hasłami. Np. marka Szczeciński czy inicjatywa Lecim Na Szczecin. Dobra pamiątka powoduje, że chce się wracać do danego miejsca. Co do samego miasta to bardzo podoba mi się, że Szczecin zwrócił się ku wodzie. Bulwary, Łasztownia, mariny. To jest super. Nie podoba mi się za to, że nie ma Grzybka (śmiech) i Kogucików na Bramie Portowej, gdzie jadło się słynne tosty z serem i pieczarkami w czasach Cafe 66 czy imprez na Tamie Pomorzańskiej. Brakuje mi tych tostów.

Tosty są, i nadal na Bramie Portowej, obok pączków.

Naprawdę?! To koniecznie następnym razem muszę tam zajrzeć.

Dziękuję za rozmowę.

 

3( 124)
Marzec'19
gajda