Superbohaterki z lokalnego podwórka

Blisko nas jest wiele inspirujących kobiet, o których istnieniu często nie mamy pojęcia. Niesłusznie, bo to właśnie one kreują i zmieniają naszą rzeczywistość! Pobudzają w nas zmysł artystyczny, uwrażliwiają na potrzeby innych czy przypominają o pięknie ojczystej mowy. Są silne, zaradne, twórcze i charyzmatyczne. Udowadniają, że można z siebie dawać 200%, nie zapominając o uśmiechu. Przedstawiamy pięć wyjątkowych kobiet ze Szczecina, które warto znać – Paulinę Ratajczak, Kingę Krzywicką, Marzenę Białowolską, Ewę Kołodziejek i Monikę „Pacyfkę” Tichy. Nasze bohaterki są dowodem na to, że każdy z nas może więcej. Inspirują swoją postawą, podejściem do życia, pracą lub działalnością na rzecz innych. Jeśli jesteście ciekawi, jakie są prywatnie – uchylamy rąbka tajemnicy.

Autor

Karolina Wysocka
Aneta Dolega

galeria

PAULINA RATAJCZAK

Ocalić spontaniczność

Pod auspicjami prowadzonej przez siebie Fundacji Las Sztuki od pięciu lat prowadzi w Szczecinie galerię sztuki Tworzę się!, której odbiorcami, ale też współtwórcami są dzieci. Swoją pracą, za każdym razem udowadnia, że już od najmłodszych lat trzeba pozwalać naszym pociechom uczestniczyć w wydarzeniach promujących sztukę współczesną.

Literacki, Teatralny, Filmowy, Malowany, Przytulny Plac Zabaw, Laboratorium Teatru Cieni – to część projektów, które Paulina Ratajczak realizuje wspólnie z zaprzyjaźnionymi artystami. W międzyczasie spełnia się jako producent filmowy, wspomagając kino animowane, przeznaczone też dla widza dorosłego. 

Galeria działa przy klubie 13 Muz. Z Pauliną współpracowało wielu ciekawych artystów: np. twórca street art’owy Piotr Pauk (Lump) stworzył wielkie książki, po których można było biegać, schować się między kartkami. Kolejny przykład to Przytulny Plac Zabaw. To było coś w rodzaju przejścia z różnymi stacjami i zadaniami, a każdy z twórców wymyślał swoje pomieszczenia. Jedno pomieszczenie było dziełem malarki Kasi Mierzejewskiej, inne choreografa Krzysztofa Lubki. – Lubię pracować
z ludźmi których znam. Mówimy tym samym językiem. Mam stałą ekipę, zmieniają się artyści – mówi Paulina. – Zawsze podobała mi się dziecięca spontaniczność, którą z wiekiem zaczynamy tracić. Dzieci działają pod wpływem impulsu, bardzo naturalnie, nie zastanawiają się specjalnie nad tym co robią. Ogromnie mi się to podobało. Pomysł na galerię miał być tego urzeczywistnieniem.

W dzieciństwie chciałam być… no właśnie nigdy się do końca nie zdeklarowałam. Wiedziałam tylko, że nie chcę być lekarzem... Zainteresowań miałam mnóstwo. Podobno zapisywałam się na wszystkie zajęcia dodatkowe, jakie tylko mogłam. Chodziłam do zuchów, na żeglarstwo, na zajęcia plastyczno-techniczne, grałam na pianinie, należałam do szkolnego koła sportowego, grałam w siatkówkę i w kosza. Uwielbiałam chodzić do kina. Szukałam.

Jestem dobra w…  moja rodzina powiedziała, że jestem pozytywnie nastawiona do życia, że właśnie w tym jestem dobra. Ja myślę, że jestem dobra w tworzeniu wizji i nowych pomysłów (z realizacją też nie jest najgorzej). W widzeniu piękna i dobra. Całkiem nieźle idzie mi wymyślanie okazjonalnych wierszyków i piosenek. Szybko uczę się nowych rzeczy. Mam chyba dużo cierpliwości.

Czerpię siłę z… wewnętrznej potrzeby działania ale też z momentów kiedy niewiele się dzieje, można poczytać, pomyśleć. Czerpię ją również z obecności kręgu bliskich kobiet. Na pewno siły dodaje również potwierdzenie, że to co robisz ma sens.

Mój sposób na porażkę… rozmowa z najbliższymi. Próba zrozumienia dlaczego się nie udało i wyciągnięcie z tej sytuacji czegoś pozytywnego.

Największe szaleństwo w moim życiu… z perspektywy czasu myślę, że samotna podróż do Stanów Zjednoczonych dwie dekady temu, kiedy takie wyprawy były jeszcze podróżami na koniec świata.

Mój autorytet… nie mam jednego. Doceniam i podziwiam wiele pięknych osób. Doceniam ich mądrość, siłę, dobro, odwagę, upartość oraz troskę o świat i podstawowe wartości.

Umiem walczyć o… staram się unikać walki, wolę rozwiązywać sprawy pokojowo. Pilnuję jednak swoich przekonań, wartości i zasad. Kiedy nie ma innego rozwiązania, wysuwam lwie pazury.

Moje życiowe motto/dewiza… słuchać swojej intuicji, filtrować niepotrzebne zakłócenia.

KINGA KRZYWICKA

Wielkie serce dla potrzebujących

Kinga Krzywicka od lat kieruje Fundacją Zachodniopomorskie Hospicjum dla Dzieci i Dorosłych. Zaczęła pracować jeszcze w młodej organizacji, a od 2012 roku pełni w niej funkcję Prezes Zarządu.

Z zawodu jest socjologiem i pedagogiem. W wolnym czasie poszerza wiedzę z zakresu psychologii, którą chce w przyszłości wykorzystać w pracy.

Jak sama przyznaje, całe jej życie zawodowe wiąże się z organizacjami pozarządowymi. Jeszcze na studiach współpracowała z Federacją Zielonych GAJA – najpierw jako wolontariuszka, później asystując w realizowanych projektach. Z Fundacją Zachodniopomorskie Hospicjum dla Dzieci i Dorosłych związana jest od 2007 roku. Organizacja powstała jako odpowiedź na rosnącą potrzebę zaopiekowania się nieuleczalnie i terminalnie chorymi dziećmi w sytuacji, gdy medycyna szpitalno-kliniczna nie potrafiła im już pomóc. Zadaniem fundacji jest świadczenie bezpośredniej, profesjonalnej pomocy medycznej na rzecz pacjentów. Organizacja to grupa wykwalifikowanych lekarzy, pracowników medycznych i wolontariuszy – osób wierzących w to, co robią. Pomagają nie tylko ciężko chorym pacjentom, ale też ich rodzinom. Zapewniają pomoc psychologiczną i dysponują specjalistycznym sprzętem medycznym. Starają się tworzyć w domach chorych osób takie warunki, by mogły pozostać wśród bliskich, a nie przebywać w szpitalach. Dzięki temu, członkowie fundacji udowadniają, że otaczająca potrzebujących rzeczywistość nie musi być szara, a podopieczni hospicjum i ich rodziny mogą realizować marzenia.

Pani Kinga, kierując zachodniopomorskim hospicjum, wykazuje duże zaangażowanie i oddanie pacy. Aktywnie działa na rzecz pozyskiwania środków dla fundacji oraz nagłaśniania potrzeby wspierania jej podopiecznych. Zaraża innych ideą bezinteresownej pomocy na rzecz nieuleczalnie chorych, każdego dnia udowadniając, że hospicja to miejsca, w których też jest życie.

 

W dzieciństwie chciałam być… piosenkarką, jako nastolatka myślałam o tym, by zostać kulturoznawcą.

Jestem dobra w... słuchaniu i byciu z ludźmi.

Czerpię siłę z… z bliskich – rodziny i przyjaciół.

Mój sposób na porażkę… stawić jej czoła i wyciągnąć z niej naukę na przyszłość.

Największe szaleństwo w moim życiu… jestem raczej racjonalną osobą i szaleństwa nie leżą w mojej naturze. Niemniej zdarzyło mi się kilka szalonych wypraw, których zaplanowanie zajęło mniej niż chwilę.   

Mój autorytet… jest ich wiele, więc nie sposób byłoby wymienić każdy z nich. Jeśli miałabym podać jeden, to w ostatnim czasie szczególnie inspirująca jest dla mnie postać prof. Wiktora Osiatyńskiego (prawnik, obrońca praw człowieka, działacz społeczny, publicysta – przyp. red.).

Umiem walczyć o… moich bliskich.

Moje życiowe motto/ dewiza… zespołowo jestem w stanie zdziałać dużo więcej.
 

EWA KOŁODZIEJEK

Szczeciński autorytet językowy

Profesor Ewa Kołodziejek to językoznawca, wykładowca na Uniwersytecie Szczecińskim i członek prezydium Rady Języka Polskiego – znana jest szczecinianom ze swojej działalności popularyzującej poprawną polszczyznę. Od wielu lat odkrywa przed nami tajemnice języka ojczystego. Jej zajęcia uniwersyteckie, a także otwarte wykłady, szkolenia i warsztaty z kultury języka cieszą się dużym zainteresowaniem. Pani profesor jest również autorką felietonów prasowych pod tytułem „Językowa corrida”, zamieszczanych od 1991 r. na łamach „Kuriera Szczecińskiego”, z których powstały cztery książki. Z myślą o swoich studentach napisała podręcznik „Poprawna polszczyzna w praktyce. Poradnik dla tych, którzy chcą dobrze mówić i pisać po polsku”. Jako miłośniczka polszczyzny jest też pomysłodawczynią Dyktanda Uniwersyteckiego dla mieszkańców Pomorza Zachodniego. 

Krzewienie wiedzy o języku ojczystym traktuje jak misję, a do stawianych przed sobą zadań podchodzi bardzo poważnie. Za swoją działalność edukacyjną została wyróżniona w plebiscycie Szczecinianka Roku 2015. Jak sama kiedyś powiedziała: „Moim obowiązkiem jest dzielić się wiedzą”. Potrafi z humorem rozwiązywać językowe dylematy, co bardzo cenią sobie nie tylko studenci, uczestnicy warsztatów i czytelnicy felietonów, ale też osoby, które piszą do kierowanej przez nią internetowej poradni językowej. 

Poprawna polszczyzna to nie jedyna pasja pani profesor. Ewa Kołodziejek jest też członkiem międzynarodowej humanitarnej organizacji pozarządowej Lions Club International, działającej charytatywnie na rzecz osób potrzebujących pomocy, zwłaszcza dzieci chorych i niepełnosprawnych.

 

W dzieciństwie chciałam być… najpierw sprzątaczką, potem pilotem, a w końcu – nauczycielką języka polskiego. W pewnym sensie wszystko się spełniło.

Jestem dobra… w wymyślaniu nowych zadań (czego czasem boją się moi współpracownicy), w organizowaniu różnych przedsięwzięć i… w objaśnianiu zjawisk językowych.   

Czerpię siłę z… kontaktów z ludźmi, zwłaszcza z młodymi. 

Mój sposób na porażkę… wypłakać się, otrzepać z żalu i iść dalej. 

Największe szaleństwo w moim życiu… dwutygodniowa podróż z dwiema koleżankami po 11 parkach narodowych Ameryki. Jeepem z przyczepką! 

Mój autorytet… ludzie mądrzy i prawi, od których zawsze się czegoś nauczę. Jest ich wielu. 

Umiem walczyć o… no nie wiem… całe życie walczę.

Moje życiowe motto/ dewiza… „Jestem pewna, więc… sprawdzę”! Działa nie tylko w codziennym życiu, lecz także (a może przede wszystkim) w życiu zawodowym i naukowym.

MARZENA BIAŁOWOLSKA

Zwierzęta i córki

Prezeska Fundacji na Rzecz Zwierząt „Dzika Ostoja”. Nagrodzona tytułem Eko Szczecinianki roku 2015, wraz z Michałem Kudawskim ratują m.in. dziki, sarny, jeże i ptaki.

Fundacja powstała w wyniku przekształcenia Ośrodka Rehabilitacji Dzikich Zwierząt w czerwcu 2014 roku. Zajmuje się opieką nad zwierzętami, ich leczeniem, ale także edukowaniem i uświadamianiem lokalnej społeczności. Jej założyciele podkreślają, że wśród ludzi pokutuje mnóstwo obiegowych opinii na temat świata przyrody, które warto „prostować”. Pani Marzena podchodzi do swojej pracy z ogromnym zacięciem i pasją. Jest wulkanem energii, nigdy się nie poddaje. Do tego ma w sobie ogromny zasób pozytywnych wibracji. Delikatna i dzika zarazem. Śpiewa sopranem. 

W dzieciństwie chciałam być… Jako dziecko zawsze marzyłam o tym, żeby posiadać moc rozmowy ze zwierzętami. Zawsze wyobrażałam sobie taką sytuację, że jestem otoczona zwierzętami i opowiadam im o ludzkich tradycjach np. Świąt Bożego Narodzenia, o tym jak bardzo czekamy, żeby o północy do nas przemówiły. Opowiadałam im bajki, a one wszystkie słuchały. Oczywiście one mówiły mi, co je boli a ja natychmiast miałam lekarstwo. W dzieciństwie cały czas rozmawiałam ze zwierzętami i chyba sama sobie udzielałam odpowiedzi. Teraz jak odpowiadam na to pytanie, to uświadamiam sobie, że niewiele się zmieniło. Nadal z nimi rozmawiam i opowiadam dlaczego ludzie robią tak, a nie inaczej. Może nie jest to nagminne, ale jest. Myślę, że to bardzo ważne, żeby pozostawić w sobie trochę dziecka i marzeń z dzieciństwa.

Jestem dobra w… Nie mam pojęcia. Naprawdę. Wiem jednak, co kocham robić i do czego mam nieziemską cierpliwość. Oczywiście jest to odchowywanie osesków zwierząt, dziczenie ich (co wcale nie jest proste) i przywracanie ich naturze. Ja tym po prostu oddycham. Widok jak wracają do natury jest najpiękniejszym, czego można doświadczyć. Kocham prelekcje z dziećmi, młodzieżą i osobami dorosłymi szczególnie po przejściach lub uzależnieniach. Ubóstwiam gotować i w tym ponoć jestem dobra. 

Czerpię siłę z… Oczywiście z natury. Bardzo często jak już nie mam siły, przytulam się do drzewa. Może to jest banalne, ale mi pomaga i to tak bardzo, że czuję jak mocno bije moje serce. 

Mój sposób na porażkę… Porażki uczą. Nie boję się ich. Na mnie działają pozytywnie. Wiem czego następnym razem mam nie robić, bo mogę skrzywdzić innych, albo kolejny raz coś mi zwyczajnie nie wyjdzie. Wiem również komu nie mogę już zaufać lub na kogo nie mogę liczyć. Czyli każdy sposób na porażkę, to wyciągać z niej wnioski i uczyć się. Mam taki mały sposób na poprawienie sobie humoru gdy doświadczam czegoś przykrego. Włączam ukochaną muzykę i słucham, tańczę. Naprawdę nie potrzeba dużo, żebym na twarzy ponownie miała uśmiech. Nakręcam się bardzo szybko. Zawsze pilnuję, żeby zwierzęta nie widziały mnie przygnębionej. One bardzo dobrze odczuwają emocje, a przecież ja mam je rehabilitować i przywracać naturze a nie obciążać swoimi troskami.  

Największe szaleństwo w moim życiu… Matko, co chwilę robię coś szalonego i to oczywiście nieświadomie. Takim największym szaleństwem
z dzieciństwa było przywleczenie zimą do domu 15 myszarek polnych, które straciły dom i zostały wybudzone. Niestety miałam 10 lat i nie wiedziałam, gdzie je umieścić. Wiedziałam, że dla rodziców to będzie problem, więc schowałam je na chwilę w szafie, w pościeli. Sypałam słonecznik i dawałam jabłko. Jak doszły do siebie, to zaczęły same dożywiać się w nocy. Skończyło się tym, że pościel poszatkowały na wiór, w tyle szafy wygryzły kilka dziur i rozmnożyły się w przerażającym tempie. Mieszkały u mnie
5 miesięcy, kiedy to zostały wykryte na suto zastawionym stole Wielkanocnym przez gości i domowników. Od tamtej pory miałam zakaz na zwierzęta, a moje kieszenie po przyjściu z podwórka były dokładnie sprawdzane. Na szczęście czapeczka nie.

Mój autorytet… Pierwszy i niepodważalny to Irena Sendlerowa, przecudowna kobieta o duszy anioła. Jestem w nią wpatrzona i żałuję, że nie zrobiłam niczego, żeby poznać ją i osobiście podziękować za to jakim była człowiekiem. Drugi to Jan Paweł II. Był wielkim człowiekiem, prawdziwie kochającym ludzi, poświęcającym się, otwartym na każdego z nas. Niesamowity poliglota. Oczywiście nie może wśród moich autorytetów zabraknąć Simony Kossak. Cudowna kobieta ze znanej artystycznej rodziny. Miała idealne nazwisko do tego by żyć wygodniej, a wybrała ciężką drogę dzięki, której żyła szczęśliwie. Te trzy osoby są ze mną każdego dnia. Dodałabym jeszcze Ojca Pio, ale to już raczej mój Anioł Stróż. 

Umiem walczyć o… Zwierzęta i córki. O nie i dla nich potrafię walczyć. Kolejne szkoły, które robię są z myślą o zwierzętach i o ludziach, których też kocham i mam nadzieję, że potrafię im pomóc. Czasami jest bardzo ciężko, ale na szczęście los mi w tym wszystkim sprzyja między innymi stawiając na mojej drodze mądrych ludzi, którzy wspierają mnie w tym co robię.

Moje życiowe motto/dewiza… Każdemu, kto tonie należy podać rękę. Spełniaj swoje marzenia, nie krzywdząc innych. Szczęśliwa osoba zawsze da szczęście innym. To powtarzam sobie dość często. 

 

MONIKA „PACYFKA” TICHY

Różnorodność jest wartością

Przewodnicząca Stowarzyszenia Lambda Szczecin, działającej na rzecz społeczności LGBT+ (skrót określający lesbijki, gejów, osoby biseksualne, transseksualne, queer i inne). Aktywistka, feministka, motocyklistka. Do 2015 roku działała głównie dla rozwoju sportów motocyklowych, ale od ostatnich wyborów parlamentarnych angażuje się przede wszystkim na rzecz społeczeństwa obywatelskiego, praw kobiet i mniejszości. Laureatka Szczupaka 2018 przyznawanego przez Gazetę Wyborczą za m.in. zorganizowane pierwszej w Szczecinie Parady Równości.

Pisze prozę, felietony i reportaże. Z powołania jest podróżniczką i fotoreporterką. Mówi, że jest człowiekiem, potem obywatelem, potem kobietą. Zdeterminowana i waleczna. Pełna empatii i kobiecej delikatności. 

W dzieciństwie chciałam być… chłopcem. Gdy tylko nauczyłam się czytać w wieku 7 lat, pochłaniałam książki; w nich to zawsze chłopcy byli odważni i zaradni i przeżywali najfajniejsze przygody. Jeździli konno, wspinali się w górach, niszczyli pierścień władzy i ratowali cały świat. Staś ratował Nel, a Tomek Wilmowski tę pierdołowatą Sally. Nie chciałam być jak one, tylko jak oni. Bo to oni decydowali o sobie. Mieli wolność. Oglądałam też z bardzo bliska w swojej rodzinie i otoczeniu społecznym podległość kobiet wobec mężczyzn, niesprawiedliwe obciążenie nieodpłatną pracą w domu, przemoc psychiczną i ekonomiczną. Nie chciałam być kobietą, nie chciałam takiego życia. Zażądałam dżinsów, koszuli w kratkę, obcięcia włosów i żeby mówić do mnie „Tomek”. Dopiero dużo później zobaczyłam w akcji Sarę Connor albo Trinity
i uwierzyłam że to nie płeć, ale siła wewnętrzna decydują o tym, jak żyję. 

Jestem dobra w… zmienianiu biografii i spełnianiu marzeń. To jest moja supermoc. Podam przykład. Jestem motocyklistką, chociaż sama się nie ścigam, za to uwielbiam podróżować. Zanim zaczęłam działać w obronie demokracji, praw kobiet i osób LGBT+, zajmowałam się organizacją zawodów motocyklowych i wspierałam młodych zawodników, którzy zaczynali starty w Wyścigowych Mistrzostwach Polski. Ogarniałam im sponsoringi, patronaty, logistykę, wsparcie techniczne i psychologiczne. Wszyscy zdobyli tytuły mistrzowskie i wicemistrzowskie. Ta supermoc działa też często bez mojej świadomości. Miałam mnóstwo takich przedziwnych sytuacji, kiedy ktoś nieznajomy zagadnął lub napisał i powiedział, że coś, co miało miejsce jakiś czas temu, zmieniło jego czy jej życie. Artykuł który napisałam, słowa powiedziane publicznie albo wydarzenie które zorganizowałam. Zawsze im wtedy mówię – ty sam tego dokonałeś. Morfeusz tłumaczył Neo: „Ja mogę ci tylko pokazać drzwi, ale to ty musisz przez nie przejść”. 

Czerpię siłę z... kontaktu z bliskimi osobami. Z mojej Rodziny z Wyboru. Nie zgadzam się że kocha się tych którzy są rodziną, ale wierzę, że rodziną są ci, których się kocha. Z którymi dzieli się wartości, a nie geny. Doświadczam ogromnej miłości od moich Przyjaciół. Być dla nich, wspierać ich, troszczyć się i otrzymywać to samo od nich, to sens mojego istnienia. Jak to śpiewali Floydzi: “together we stand, divided we'll fall”.

Mój sposób na porażkę… przytulić się do bliskiego człowieka. Albo kilku. Iść do tęczowego klubu z dobrym kompanionem lub ekipą i przetańczyć całą noc. Wsiąść na motocykl, albo do kabrio, i ponawijać asfalt na koła, poczuć wiatr we włosach. Naładować akumulatory, otrzepać się i iść dalej do przodu. Świat będzie lepszy, ale to samo się nie zrobi. My to musimy zrobić. 

Największe szaleństwo w moimi życiu… Marsz Równości. Zdecydowanie tak. Wspinałam się w górach i jaskiniach, bawiłam się w survival w lasach i na rzekach, jeździłam autostopem przez pół Europy by zobaczyć zaćmienie Słońca, ale największym wariactwem był marsz, który zorganizowaliśmy wraz ze Stowarzyszeniem Lambda Szczecin. Impreza na kilka tysięcy zwolenników miłości, kilkuset policjantów i kilkudziesięciu nazistów. Ogarnięcie tego z młodą ekipą, grupą entuzjastów, którzy poznali się wokół tej właśnie inicjatywy, było zdecydowanie irracjonalne. Czasem brak świadomości pomaga. Wiele rzeczy w trakcie przygotowań było bardzo trudnych. Było dużo hejtu z nieoczekiwanych stron, zwandalizowanie naszego pikniku przez homofobów na dwa tygodnie przed Marszem, myśleliśmy że szczecinianie się wystraszą i nikt nie przyjdzie. Okazało się, że mieszkańcy naszego miasta są wspaniali, nie tylko nie dali się zastraszyć ale właśnie tym liczniej przybyli. Zrobiliśmy największy, rekordowy pierwszy marsz równości danego miasta w historii Polski, było 3 tys. uczestników; zazwyczaj to jest 800, tysiąc osób. 

Mój autorytet… Jurek Owsiak. Mówię nie tylko o tysiącach uratowanych przez niego i Orkiestrę istnień, ale o tym, że nikt nie wniósł tyle dobra do życia społecznego Polski co Jurek. Potrafi wydobywać altruizm z egocentryków, zaangażowanie z obojętnych, poczucie jedności ze skłóconych. Podziwiam Jurka, bo jest osobą o wielkiej wrażliwości i znoszenie tych wszystkich ciosów i hejtu kosztuje go naprawdę wiele. Mimo to wciąż się nie poddaje. Jest dobrym człowiekiem, więc wierzy w dobro w ludziach, w każdym. Festiwal Woodstock to moje najpiękniejsze święto roku, ważniejsze od wszystkich świąt i urodzin razem wziętych. Miejsce, gdzie ludzie są wolni, a przez to dobrzy, życzliwi, otwarci, pomocni, braterscy. To Jurek pomaga nam odnaleźć to w sobie. 

Umiem walczyć o… słabszych, tych którzy nie mają takich jak ja możliwości. Teraz w Polsce jest trudno. Być kobietą, być osobą mniejszościowej orientacji albo transpłciową. Mogłabym sobie wyjechać albo udać się na wewnętrzną emigrację i spokojnie żyć. Ale wiem że nie każdy tak może. Szesnastolatek, który kocha innego chłopca, nie wyjedzie z nim do Berlina. Musi żyć tu, mieszkać z rodzicami, chodzić do szkoły i znosić szykany, nienawiść, często pięści od obcych i od „bliskich”. Moi znajomi często mówią: „gdybym nie miał dzieci to bym dawno już wyjechał”. A moje dzieci to te wszystkie nastolatki, które boją się, że rodzice odkryją kim one są. Tylko co ósmy ojciec akceptuje nieheteronormatywne dziecko. O Polskę, żeby była miejscem dobrym dla wszystkich, a nie tylko tych których lubi rząd i kler. Miejscem gdzie nikt nie jest nienawidzony za to, że kocha. Gdzie nikt nie rzuca kuflami, kamieniami i petardami w ludzi głoszących miłość. 

Moje życiowe motto/dewiza… jest ich więcej niż jedna. Różnorodność jest wartością. Nieważne co się robi, tylko z kim. „Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”. I słowa Wyroczni z  „Matrixa”. „Cookies need love like everything does”. Ciastka trzeba robić rękami, bo potrzebują miłości. Jak wszystko. 

 

 

3( 124)
Marzec'19
gajda