Jego zespół ratuje życie

Prof. Piotr MIlkiewicz stworzył w Warszawie klinikę, która w ostatnich sześciu latach przygotowała do transplantacji wątroby ponad tysiąc pacjentów. Zawdzięcza mu jednak życie znacznie więcej osób. – Trzon naszego zespołu stanowią szczecinianie – przyznaje profesor, który został właśnie koordynatorem działania europejskiej grupy zajmującej się oceną jakości życia pacjentów z rzadkimi chorobami wątroby. 

Autor

Andrzej Kus

W szpitalu w Warszawie stworzył pan niezwykle prężnie działającą klinikę zajmującą się chorobami wątroby. Ilu pacjentów znajduje się pod pana opieką? 

Szpital na Banacha, który jest częścią największego w Polsce ośrodka medycznego jakim jest Uniwersyteckie Centrum Kliniczne Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego jest prężnym i świetnie wyposażonym ośrodkiem, którego jedną z flagowych działalności jest transplantacja wątroby. Sześć lat temu ówczesny Rektor WUM, prof. Marek Krawczyk zaproponował mi stworzenie tam kliniki zajmującej się w dużym stopniu przygotowaniem chorych do przeszczepienia oraz kompleksową opieką nad pacjentami po tym zabiegu. Zapewniono nam znakomite warunki pracy i tak w krótkim czasie powstała nasza klinika. W ciągu 6 lat mojej pracy w Warszawie wykonano w naszym ośrodku około 1000 przeszczepień. 

Wcześniej, przez lata leczył pan ludzi w Szczecinie. Teraz leczą się w Warszawie pacjenci z całej Polski. Dlaczego wybierają akurat ten ośrodek? W Polsce jest ich już naprawdę sporo. 

Poza transplantacją zajmujemy się też rzadkimi chorobami wątroby. Eksperci Unii Europejskiej przeprowadzili precyzyjne analizy, które wykazały jednoznacznie, że obywatele Unii cierpiący na rzadkie choroby mają zdecydowanie gorszą opiekę medyczną niż ci z częstszymi. Powstała idea stworzenia  sieci europejskich ośrodków referencyjnych  zajmujących się rzadkimi chorobami (ERN czyli European Reference Network – przyp. red.). Określono bardzo wyśrubowane kryteria dotyczące nie tylko wiedzy i doświadczenia lekarzy, ale również odpowiedniego zaplecza diagnostycznego dla ośrodków, które chciałyby wejść do tej sieci. Niestety bardzo mało centrów medycznych w Polsce spełniło te kryteria. My owszem i od dwóch lat należymy do sieci zajmującej się rzadkimi chorobami wątroby. W tej bardzo wąskiej grupie ekspertów znalazł się prof. Jan Lubiński z PUM działający w innej sieci, zajmującej się genetycznym podłożem nowotworów, co potwierdza jego mocną pozycję w światowej genetyce. Zawsze interesowały mnie choroby rzadkie, bo stanowią duże wyzwanie dla lekarza. Trzeba spędzić więcej czasu analizując literaturę, precyzyjnie zaplanować diagnostykę, nierzadko skonsultować się z którymś z kolegów z zagranicy. Od niedawna koordynuję działania europejskiej grupy roboczej, zajmującej się oceną jakości życia u pacjentów z rzadkimi chorobami wątroby. Traktuję to jako wielkie wyróżnienie. Niestety, jako lekarze bardzo często ekscytujemy się, kiedy po naszym leczeniu dochodzi do poprawy wyników laboratoryjnych, ale nierzadko odbywa się to za cenę znacznego pogorszenia jakości życia pacjenta. Planujemy to zmienić, wprowadzić obiektywne oceny jakości życia w zależności od choroby. Jest tu wiele do zrobienia bo jest to obszar dość zaniedbany we współczesnej medycynie.

W prowadzeniu kliniki w Warszawie pomagają panu też inni lekarze z naszego miasta. Czy jest to już zespół kompletny?

Tak, trzon zespołu w Warszawie stanowią szczecinianie. Oprócz mnie jest to doc. Joanna Raszeja-Wyszomirska i prof. Maciej Wójcicki. Współpracujemy od lat, znakomicie się rozumiemy. Mamy kilku świetnie zapowiadających się młodych kolegów. Jednym z nich jest dr Robert Kucharski. Robert trafił do mnie do poradni w Szczecinie, chyba 10 lat temu jako pacjent z rzadką chorobą wątroby. Był wtedy studentem medycyny PUM. Okazało się, że konieczne będzie przeszczepienie wątroby. Zabieg wykonał prof. Wójcicki, 9 lat temu. Dr Kucharski po skończeniu studiów w PUM dołączył do naszego zespołu. Jest szczególnie cenny bo oczywiście jak nikt inny rozumie problemy pacjentów kwalifikowanych do takiego zabiegu. Pracuje bez taryfy ulgowej, dyżuruje, prowadzi badania naukowe i jest doskonałym przykładem na to jakie możliwości daje współczesna transplantologia. Na stałe współpracujemy z doc. Katarzyną Kotarską z Uniwersytetu Szczecińskiego, przyjeżdża do nas regularnie i prowadzi bardzo ciekawe projekty związane z jakością życia i aktywnością fizyczną pacjentów po transplantacji wątroby.

Pracuje pan w Warszawie, ale nie zapomniał o swoim mieście. Wciąż można powiedzieć, że tutaj mieszka. Przyjeżdża na weekendy, a wtedy również spotyka się z pacjentami. 

Dzięki przychylności władz PUM udaje nam się prowadzić bardzo owocną współpracę pomiędzy moją warszawską kliniką a szczecińską uczelnią. W zasadzie w wielu aspektach działamy jak jeden zespół. Zakład Biologii Medycznej PUM, którym dowodzi moja żona, Małgorzata, jest podstawową bazą dla zaawansowanych analiz molekularnych oraz projektów międzynarodowych. Doc. Ewa Wunsch, chyba mogę powiedzieć moja uczennica, bo pod moim okiem napisała znakomitą habilitację i była w naszym zespole w „czasach szczecińskich” została niedawno kierowniczką Samodzielnej Pracowni Medycyny Translacyjnej PUM. To nowy dział medycyny łączący prace badawcze z praktyką kliniczną. Prowadzimy wspólnie kilka projektów, jeden z nich, duże badanie międzynarodowe, które koordynuję z Warszawy i w którym aktywnie uczestniczy doc. Wunsch właśnie przygotowujemy do publikacji. 

Czy współpraca z kolegami ze Szczecina dotyczy tylko badań naukowych?

Oczywiście, że nie. Podam niedawny przykład. Konsultowaliśmy pacjenta doc. Marii Giżewskiej z Kliniki Pediatrii PUM. Doc. Giżewska jest uznanym autorytetem w naszym kraju jeżeli chodzi o choroby wrodzone i zajmuje się tym pacjentem, obecnie młodym mężczyzną z województwa zachodniopomorskiego, od drugiego tygodnia jego życia. Pacjent cierpi na bardzo rzadką chorobę, która sprawia, że defekt genetyczny wątroby, która jest całkowicie wydolna i można powiedzieć „zdrowa” prowadzi, między innymi, do postępującego uszkodzenia serca i w efekcie do niespodziewanej śmierci, zwykle w młodym wieku. W takich sytuacjach należy rozważyć transplantację wątroby, ale zabieg obarczony jest bardzo dużym ryzykiem powikłań ze strony serca. Pamiętam jak godzinami analizowaliśmy wszystkie możliwe scenariusze, warianty działania w przypadku wystąpienia nagłych powikłań. „Mózgiem” logistycznym ze strony naszej Kliniki była doc. Raszeja-Wyszomirska, a w planowanie zabiegu zaangażowanych było wielu specjalistów z dziedziny chirurgii, transplantologii, kardiologii, kardiochirurgii, czy intensywnej terapii. Pod ręką czekała najbardziej specjalistyczna aparatura. Jestem wrogiem improwizacji w medycynie, ona świetnie sprawdza się w jazzie, wystarczy spytać Sylwka Ostrowskiego, ale w medycynie może prowadzić do katastrofy. Ale w tym przypadku to był pionierski zabieg, trzeci w historii u dorosłego pacjenta z tym schorzeniem. Zatem nie wszystko można było przewidzieć. Kiedy znalazł się dawca wszystko zadziałało jak w szwajcarskim zegarku. Zespół kilkunastu specjalistów, pod telefonem doc. Giżewska w Szczecinie i prof. Joanna Taybert z Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie, autorytet w tego typu schorzeniach. Wszystko, mimo paru bardzo stresujących momentów zakończyło się happy endem, widziałem tego chłopca kilka dni temu w poradni, jest w znakomitej formie. Kilka tygodni temu odbyło się w Warszawie łączone przeszczepienie serca i wątroby młodej szczecinianki. Oba narządy podjęły pracę, opiekujemy się jej wątrobą, jak do tej pory wszystko przebiega pomyślnie.

Z pewnością takich niezwykle ciężkich przypadków jest znacznie więcej. Dużo kończy się happy endem?

Podam kolejny przykład. Będzie nim jeden z pacjentów z bardzo rzadką chorobą wątroby, która sprawia, że promienie słoneczne, nawet przy zachmurzonym niebie mogą powodować w krótkim czasie poważne poparzenia. Powiedział mi, że kiedy jechał z rodziną na wakacje nad morze to spędzał cały dzień w zaciemnionym pokoju i dopiero wieczorem mógł z bliskimi wyjść z domu. Tu też ratunkiem może być transplantacja wątroby, ale jak wskazywały wcześniejsze publikacje, światło lamp podczas operacji może prowadzić do głębokich poparzeń tkanek jamy brzusznej i spowodować śmierć pacjenta. Rozwiązaniem jest zastosowanie folii przeciwsłonecznych, które doc. Raszeja-Wyszomirska kupiła… w sklepie motoryzacyjnym. Nasi znakomici chirurdzy z kliniki prof. Zieniewicza podjęli się wyzwania i operowali przy bardzo słabym świetle, niemal po ciemku. Ten pacjent jest już rok po zabiegu, wrócił do pracy i cieszy się pełnym zdrowiem.

Na co dzień pracuje pan już w Warszawie, ale czy wciąż utożsamia się jeszcze ze Szczecinem? 

Pochodzę z Kołobrzegu, studiowałem w Poznaniu, do Szczecina przeniosłem się na dwa ostatnie lata studiów, bo moja żona, która jest szczecinianką, podjęła pracę na uniwersytecie. Tu stawiałem pierwsze kroki w zawodzie, to był Odział Gastroenterologii Szpitala na Arkońskiej. Później przez prawie 10 lat pracowałem za granicą, a po powrocie zaprosił mnie do pracy w swojej klinice prof. Krzysztof Marlicz. To w moim zawodowym życiu jedna z najważniejszych postaci, bardzo wiele mu zawdzięczam. Szczecin jest unikalny. Ma swój charakter, wyróżniającą się architekturę i ciekawą historię, którą jeszcze bardziej się zafascynowałem po przeczytaniu książek Leszka Hermana. 

Medycyna nie jest pana jedyną pasją. 

Kolejną, jest fotografia. Po dłuższej przerwie staram się do niej wracać.  Kiedyś prof. Przemysław Nowacki, świetny fotografik, jako Rektor PUM zainicjował powstanie w Rektoracie na ul. Rybackiej Galerii Rektorskiej, w której medycy mogli pokazywać swoje prace. To był bardzo dobry pomysł, miałem tam możliwość przedstawienia swoich fotografii. Najczęściej fotografuję koncerty jazzowe i turnieje tenisowe. W życiu zawsze musi być jakaś równowaga, medycyna mimo, że jest dla mnie bardzo ważna, nie jest wszystkim. Moja droga zawodowa biegnie już dobrze wytyczonym torem i we właściwym czasie powinna przynieść jeszcze, mam nadzieję, parę pożytecznych rzeczy. Mimo że mam przed sobą jeszcze kilkanaście lat pracy, to zwalniam nieco tempo i przekazuję swoje doświadczenia młodszym kolegom. 

Fotografia i historia Pomorza. To są plany na przyszłość. 

Jak wspomniałem, chciałbym wrócić do fotografii i rzeczywiście może znaleźć czas na studiowanie historii Pomorza Zachodniego. Niewątpliwie tego bakcyla uaktywniły książki Leszka Hermana. Nie byłem świadomy jak historycznie ciekawym miastem jest Szczecin. Pochodzę z pokolenia, które było nauczane w szkołach jedynie słusznej historii między innymi o prastarych ziemiach piastowskich, a niemiecka historia tego terenu była konsekwentnie przemilczana. Jak wspomniałem pochodzę z Kołobrzegu, to miasto na przestrzeni wieków było niemieckie, duńskie, szwedzkie, w czasie wojen napoleońskich niemal nie stało się francuskie, polskie. To wywiera swoje piętno na atmosferę miejsca.

Z książki Leszka Hermana dowiedziałem się, że dębowe stalle w kołobrzeskiej katedrze są starsze od tych na Wawelu. Ciekawe ilu mieszkańców Kołobrzegu o tym wie? Jak przetrwały te wszystkie zawieruchy wojenne? Jest zatem sporo ciekawych tematów, które podobnie jak problemy medyczne można przy pomocy np. materiałów źródłowych czy internetu zgłębiać. I przy odrobinie wysiłku powinno się znaleźć na to czas.

 
3( 124)
Marzec'19
gajda