Najstarszy zakład w Szczecinie

Szczecin przed mieszkańcami wciąż kryje mnóstwo tajemnic. Jedną z nich są sklepy z duszą, istniejące od dziesiątek lat w naszym mieście. Przykładowo Lampy Stylowe prowadzone przez Lecha Turkowskiego.  – Zakład został założony 12 lipca 1945 roku przez mojego ojca, Stanisława. Czyli tydzień po tym, jak Szczecin przekazano polskim władzom – mówi właściciel. 

Autor

Andrzej Kus

galeria

Bez wątpienia jest to jeden z najbardziej klimatycznych sklepów w Szczecinie. Po wejściu do niego czujemy, jakby czas zatrzymał się kilkadziesiąt lat temu. W zakładzie Lecha Turkowskiego znajdziemy setki pięknych, stylowych lamp. Najstarsza pochodzi z XVIII wieku. Wszystkie czekają na nowych właścicieli. Miejsce jest jednak szczególne z innego powodu. 

– To najstarszy zakład działający w Szczecinie – chwali się właściciel. – Jego historia jest naprawdę bardzo burzliwa. Założył go mój tata, Stanisław. Do Szczecina przyjechał z Poznania 12 lipca 1945 roku. Dokładnie tydzień po tym, jak Szczecin przekazano polskim władzom. Wcześniej tata pana Lecha pracował jako referent w banku, później był pomocą gospodarczą w tym samym miejscu. Pewnego dnia Niemcy zrobili zbiórkę i zapytali, kto zna się na elektryce. Turkowski nie miał o niej zielonego pojęcia, dobrze znał jednak język niemiecki. Stali w dwuszeregu i mężczyzna, z drugiego rzędu … wypchnął go, jako ochotnika po czym dołączył do niego. 

– Stwierdził po cichu, że tata będzie tłumaczem, on natomiast zajmie się pracę. Ojciec nie miał pojęcia o elektryce, ale Niemcy nie musieli o tym wiedzieć – wspomina pan Lech. – Mieli za zadanie w ciągu tygodnia usunąć awarię w poznańskim zamku. Obejrzeli, towarzysz taty wykapował, że na dachu jest rozdzielnia, taka „puszka” z bezpiecznikami. Kapała na nią woda i stąd zwarcie. Ojciec chciał już zameldować, że znaleźli usterkę. On go jednak powstrzymał i kazał tłumaczyć Niemcom, że nie zdążą zrobić pracy w półtora tygodnia, a potrzebują dwóch miesięcy, co kompletnie nie było prawdą. Robili to ostatecznie miesiąc dłużej. Mieli w tym czasie całodobową przepustkę na cały Poznań. Mieli też możliwość korzystania z kantyny niemieckiej. Ojciec przez ten czas zaopatrzył się w papierosy na wiele kolejnych miesięcy. Mogli tam je kupować. No i później weszli Rosjanie, a tata teoretycznie pracował dla Gestapo. Były przecież dokumenty. Musiał uciekać i 12 lipca trafił do Szczecina. 

Dowodem tej daty jest oryginalna karta rejestracyjna oprawiona w ramkę, która wisi wewnątrz zakładu. Pan Stanisław szukał wówczas dobrego miejsca do zamieszkania. Większość budynków stała pusta. W mieście było wtedy dużo Rosjan, Niemców i Żydów. Polacy natomiast zamieszkiwali głównie Śródmieście, tutaj, wśród swoich czuli się bezpiecznie. Dołączył do nich Turkowski, który zamieszkał właśnie przy ulicy Bohaterów Getta Warszawskiego. – Tata wtedy otworzył też tutaj zakład. Miał w nim praktycznie wszystko: odkurzacze, żelazka, akumulatory, woltomierze i właśnie lampy. Ludzie przynosili mu mnóstwo rzeczy. Pracował w ten sposób do 89 roku – wspomina. 

Pan Lech uczył się w technikum żeglugi. Interesował się tym, co robi tata, jednak nigdy nie planował przejęcia po nim interesu. – Mam jeszcze młodszego brata. Jako starszy musiałem przejąć zakład po ojcu. Trafiłem do niego 1. marca 1989 roku. Byliśmy tutaj wówczas razem. 30 sierpnia tego samego roku, w wieku 82 lat ojciec zmarł. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym się teraz czymkolwiek innym zajmować. Ta praca jest spełnieniem moich marzeń. 

Widać, że również największą pasją. Sklep ma zachowany niesamowity klimat. W pomieszczeniach znajdziemy stare meble, pod sufitem oryginalne zdobienia. W kącie warsztatu znajduje się piec kaflowy, którym pan Lech dogrzewa się w chłodnie dni. Ma również współczesne ogrzewanie elektryczne. W pierwszym pomieszczeniu podwieszonych jest mnóstwo lamp, tutaj mogą wybierać je klienci. W kolejnym, oprócz kolejnych lamp czekających na remont, ustawiony jest stół przy którym rzemieślnik przywraca lampom przepiękny blask. W następnych jest zaplecze, gdzie znajduje się jeszcze więcej skarbów. – U mnie każda z lamp jest inna, każda ma swoją duszę. Nie mam współczesnych, wyłącznie stylowe, już wiekowe. Czyszczę je, kompletuję, remontuję – mechanicznie, łącznie z elektryką. Odkupuję również od ludzi. Przez lata jeździłem po giełdach całej Polski, gdzie pozyskiwałem do nich części. Tam również kupowałem kolejne eksponaty. Remont nie trwa dnia, czy tygodnia. Trwa miesiącami, a zdarza się nawet, że dłużej. Części do jednej z lamp dostałem po 30 latach! Nie jest łatwo je znaleźć i trzeba trafić na okazję. 

Ciekawostką jest to, że klient każdą lampę może wziąć na przymiarkę. Nie musi jej od razu kupować. – To jak z meblami: w sklepie może się podobać, w rzeczywistości może zupełnie nie pasować. Ja to doskonale rozumiem, dlatego też pozwalam każdą lampę: czy to stojącą, czy wiszącą wziąć do domu, przymierzyć w dowolnym miejscu i zdecydować, czy chcemy by została, czy też nie. 

Pan Lech przyznaje, że do swojego zakładu przychodzi już nie z obowiązku, a z pasji. Jest to jego wymarzone miejsce pracy. Robi to, co lubi. Widać, że lampy nie mają już przed nim żadnych tajemnic. Po chwili potrafi stwierdzić, z którego okresu pochodzą, z czego są zrobione, czy uda się je odratować. – Moja żona mnie doskonale rozumie i wspiera mnie w tym co robię. Mimo że spędzam tutaj mnóstwo czasu. Daje mi to ogromną radość i poczucie spełnienia – podsumowuje. 

 
4( 125)
Kwiecień'19
gajda