Judaszaweł

Teatr Współczesny w Szczecinie (Scena „Malarnia”)  Tekst i reżyseria: Bartosz Żurowski

 

Autor

Daniel Źródlewski

Przestrzeń merytoryczna spektaklu to próba redefinicji Nowego Testamentu. Apostoł Piotr i Ewangelista Łukasz w ramach przewrotnego procesu badawczego nie tylko piszą go na nowo, ale od razu inscenizują. Bartosz Żurowski, reżyser i scenarzysta w jednej osobie, szczególną uwagę zwraca na zmiany jakie zaszły przez dwa tysiąclecia w języku, zwyczajach, obyczajach, czyli po prostu w ludzkiej świadomości. Szczególny nacisk kładzie na żywe dziś tematy, nie tylko związane z kryzysem wiary, ale także świeckie aspekty, choćby emancypacja kobiet. To ostatnie miało z pewnością wpływ na powierzenie w dramacie roli Jezusa kobiecie. W prapremierowej inscenizacji w tę rolę brawurowo wcieliła się Beata Zygarlicka. Ileż w jej kreacji dystansu, humoru, ale też niezwykłej mądrości. Jezus Zygarlickiej jest poczciwy, sprawiedliwy, nie ma w sobie żadnego boskiego pierwiastka, jest – zupełnie jak politycy partii rządzącej – z ludu i z ludem. Świetny jest także Jacek Piątkowski jako Apostoł Piotr. Aktor niemal nie schodzi ze sceny, jest nie tylko konferansjerem, ale swego rodzaju demiurgiem. Kiedy trzeba prawi mądrze, kiedy indziej bawi do łez. Znakomicie radzi sobie na scenie pozostała część zespołu (Magdalena Myszkiewicz, Robert Gondek, Michał Lewandowski, Maciej Litkowski), ale niestety Żurowski nadmiernie epatuje teatralnymi formami, każda kolejna scena to próba powołania odmiennej stylistyki, powierzenia aktorom coraz to nowych zadań (niepotrzebne, przerysowane „układy choreograficzne”), a nawet improwizacji. To nie pozwala na zbudowanie konsekwentnych i spójnych postaci. Mało tego, rzecz toczy się w kilku planach – frontalnie, oraz za kulisami, co jest transmitowane na ekranie. Niestety te sekwencje, wyraźnie inspirowane językiem René Pollescha, nie powtarzają genialnego zamysłu tego niemieckiego teatralnego rewolucjonisty. Są nieudanym naśladownictwem i znów zupełnie zbędnym. Ale są też pyszne sceny, choćby ta w której papieski gest błogosławieństwa staje się motywem przewodnim „boysbandowego” tańca. Ożywczo działa w ogóle muzyka Adama Walickiego. To kontra dla miliona słów, jakie padają ze sceny. Ciekawie wypadła także wizualna strona produkcji (Maayan Strauss), szczególnie scenografii w połączeniu z reżyserią światła.

To spektakl niezwykle wymagający i od widza i od zespołu. Formalnie to trudny do oglądania teatralny patchwork, a poprzez wyjątkową gęstość znaczeń, także do zrozumienia. Jednak to produkcja ważna i odważna, a przy tym wbrew zapowiedziom wcale nie szokująca czy obrazoburcza. Każda rozmowa o zrozumieniu istoty wiary, także w kontekście znaczenia samego słowa, jest w cenie. Szczególnie w tak trudnych momentach, w jakich znalazł się nie tyle co Kościół, co wiara jako taka. Swoją drogą, ciekawe czy Nowy Testament napisany na nowo zmieniłby jej oblicze? Zatem czy wiara staje się archaiczna? Prestiżowe 4/6.

 
5( 126)
Maj'19