Autor

Dariusz Staniewski

* Kapitalny pomysł! Jest szansa na stworzenie w Szczecinie prawdziwej perełki muzealnictwa polskiego! Wystawy – ekspozycji stałej poświęconej historii… przemytu w Polsce! Skąd ten pomysł? Otóż w Szczecinie znajduje się Centralne Archiwum Straży Granicznej, w którym przechowywane są dokumenty tej formacji gromadzone od 1918 roku. A przy okazji, niesamowite eksponaty związane z przemytem i przemytnikami. Ostatnio Straż Graniczna w swoich koszarach przy ulicy Żołnierskiej przygotowała taką ekspozycję. Znalazły się na niej m.in. przedwojenne przepustki upoważniające do przekroczenia granicy polsko-litewskiej, zdjęcia przemytników, notatnik żołnierza Korpusu Ochrony Pogranicza, metody przedwojennego przemytu. A dlaczego na tym poprzestać? Zorganizujmy w Szczecinie wielką wystawę, na stałe, pokazującą historię przemytu w Polsce. Przecież ta branża po drugiej wojnie światowej też ma arcybogatą historię. Cały PRL to przecież jeden wielki przemyt. Kto to przeżył ,ten pamięta. Zaczynając od przerzucania ludzi przez „zieloną granicę” przez podróże do zaprzyjaźnionych krajów RWPG, do Rumunii z różnymi lekami „na wszystko” – najczęściej Biseptolem, plastikowe okulary, kremy Nivea i różnego rodzaju sprzęt AGD. Do Turcji, Grecji i Włoch jechały skóry z lisów. W drodze powrotnej przywożono m.in. z NRD buty. Z Turcji jeansy i skórzane kurtki, a z Grecji futra, z Rosji wyroby ze złota, z USA i z Emiratów Arabskich sprzęt elektroniczny. A kryształy i ręczniki frotte? Potem doszedł jeszcze przemyt dla idei i w walce o wolną Ojczyznę, czyli sprzęt drukarski, powielacze, farbę, ryzy papieru, nielegalna literaturę dla podziemia i Solidarności. Pod koniec lat 80 XX wieku prawdziwym Eldorado przemytników stał się Berlin Zachodni, co pięknie ujął zespół Big Cyc w swoim nieśmiertelnym przeboju oraz Janusz Rewiński w piosence z serialu „Tygrysy Europy”, czyli „Zigaretten nach Berlin/ zblatowany celnik śpi (to nie wróci już) / Kryśka swym maluchem mknie / szmuglujemy jak we śnie (to nie wróci już) / Ten wspaniały, piękny świat / z którym byłem za pan-brat (nie wróci już)”. No a potem to już przemyt zorganizowany, na wielką skalę, nie tam po kilka „sztang” fajek. TIR-y panie, TIR-y! Podobnie jak „lewego” spirytusu

a może i nawet „czerwonej rtęci”, jak zapewniają weterani przemytniczych szlaków i jak sugerował reżyser Jarosław Żamojda w swoim kinowym hicie „Młode wilki”, nomen omen ukazującym Szczecin jako stolicę tych, których „noc pokochała”. A „fury” na wielką skalę, jakie trafiały do Polski a potem dalej, za wschodnią granicę, to pies? Przed wojną wielkim skandalem, ale i sukcesem wydawniczym była powieść Sergiusza Piaseckego pt. „Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy”. Sensacyjno-awanturnicza książka o przemytnikach w II Rzeczpospolitej. Przemyt lat 90. ciągle czeka na swego Piaseckiego. Może się doczeka. A na razie zorganizujmy wielką wystawę w jakimś eksponowanym miejscu! 

Można z sali tortur zrobić muzeum? Można. A zaprezentować historię bimbrownictwa jak w Białostockiem? Można. To my nie możemy pokazać dziejów przemytu? Zwłaszcza, że Szczecin jest wyjątkowo, z racji swojego położenia, predystynowany do takiej ekspozycji. A do tego jeszcze żyją i tyją od bogactw wszelkich bohaterowie przemytniczych szlaków oraz świadkowie tych historii. Na pewno mieliby jakieś ciekawe eksponaty i wspomnienia, które dotąd ubarwiały tylko wieczory przy strumieniach alkoholu. Nie mówimy, oczywiście, o spotkaniach z młodzieżą. Ale przemytnik–weteran oprowadzający po wystawie? Może do tego jakieś rekonstrukcje „na żywo” największych przemytów, prezentacje umiejętności nowych adeptów tej sztuki, koncerty piosenki przemytniczej oraz zawody: przemytnicy kontra policjanci i celnicy. Co prawda na dofinansowanie z ministerstwa kultury nie ma co liczyć. Ale jest okazja przemycić nowe muzeum do Szczecina. Wykorzystajmy.

* Murale przebojem wdarły się do polskich miast. I bardzo dobrze. Przynajmniej człowiek nie musi oglądać brudnych ścian pełnych liszajowatych zacieków, odpadających tynków i brudu, który zalega na nich od kilkudziesięciu lat, czyli ostatniego odnawiania (a może pierwszego i jedynego?). Również w Szczecinie ta forma sztuki ma się całkiem dobrze. Ciągle ich przybywa, przyciągają wzrok, ale i niosą jakieś przesłanie. Ostatnio dwa nowe pojawiły się znowu na Pomorzanach, przy alei Powstańców Wielkopolskich 44. Pochodzący ze Szczecina Grek Dimitris Taxis namalował kobietę wkładającą kolczyki, a Hiszpan Zesar Bahamonte dwie twarze. A to wszystko powstało na odrapanej kamienicy.

Kolejne dzieło powstanie w ramach miejskiego projektu „Niwelacja błędów infrastrukturalnych poprzez sztukę ulicy – Street Art” przy ulicy Kolumba. Niedawno też szczeciński artysta – Maciej „Kreda” Jurkiewicz – ozdobił Most Akademicki na ulicy Mickiewicza.

Murale ok. Ale może ich treść powinna pójść nieco w inną stronę niż tylko fantazje twórców? Czy brakuje w historii miasta wydarzeń, które można byłoby utrwalić i zaprezentować na jego kamienicach? Taka lekcja historii Szczecina na co dzień, od niechcenia, przypadkowa, ale pozostająca przed oczami, w pamięci. Jakaś kamienica przy stoczni lub porcie, to ciach i mamy mural ze strajkami z 1980 lub 1988 roku, przy Zamku Książąt Pomorskich – mural o katastrofie budowlanej lub ślubie księcia Bogusława X, przy fabryce Gryf – coś na ścianie o czekoladzie, którą pachnie całe miasto, koło jakiegoś kościoła – papież Jan Paweł II z wizytą w Szczecinie – to dla wierzących, a obok dawnego komitetu PZPR – dla niewierzących mural z wizytą któregoś z pierwszych sekretarzy KC KPZR: Chruszczowa lub Gorbaczowa. No i nie zapominamy także o wizytówkach miasta, czyli paszteciku, paprykarzu i śledziu. Nasze nowe hasło reklamowe to: „jesteście za ciency i za mali, nikt nie ma w Polsce takich murali”.

 
6( 127)
Czerwiec'19