Ostatnia modystka w Szczecinie

Ewa Tokarska zajmuje się produkcją kapeluszy. Przez 30 lat wyprodukowała ich kilkaset. – Przygotowanie jednego zajmuje mi około tygodnia – przyznaje. – Jestem ostatnią modystką w naszym mieście, ale mojego zajęcia nie traktuję już jako pracy. To moja największa pasja. 

Autor

Andrzej Kus

galeria

Chodząc po sklepach i oglądając różnego rodzaju przedmioty nie zdajemy sobie często sprawy z tego, ile pracy i wysiłku potrzeba na ich wyprodukowanie. Doskonale wie o tym pani Ewa Tokarska, która jest jedyną modystką w naszym 400-tysięcznym mieście. Przyznaje, że zakład prowadzi głównie z pasji. Warto jednak do niego zajrzeć. Znajdziemy w nim bowiem setki pięknych, ręcznie robionych kapeluszy. 

– Przygotowanie jednego kapelusza to dosyć skomplikowany proces – opowiada. – Zajmuje mi to około tygodnia. Potrzebny jest do tego m.in. dobry surowiec, potrzeba też dużo cierpliwości. Surowiec początkowo zwilżam i nakładam na formę. Są różne rodzaje form. Czekam następnie dwa dni aż uformowany kapelusz wyschnie. Następnie doprasowuję i usuwam nierówności. Często też, dla usztywnienia, obszywam drutem. Dodaję także lamówkę. W zależności od tego dla kogo kapelusz jest przeznaczony, umieszczam odpowiednie elementy: z taśmy – dla kobiet, ze skóry – dla mężczyzn. Później pracuję przy główce, nad parą szczotkuję ją i nadaję jej odpowiedni kształt. 

To oczywiście tylko niewielki skrót tego, jak powstają piękne kapelusze pani Ewy. W ich przygotowanie wkłada mnóstwo serca. Tak naprawdę to klient decyduje, jak ma wyglądać jego wymarzone nakrycie głowy. Zadaniem modystki jest spełnić te oczekiwania, a dla niej nie ma rzeczy niemożliwych. 

– Zajmuję się także czyszczeniem kapeluszy. Jest to proces dłuższy niż stworzenie nowego nakrycia głowy – opowiada. – Przychodzą do mnie szczecińscy kominiarze, którzy korzystają z moich usług. Nie ma możliwości, by kapelusz wrzucić do pralki i wyprać. Mamy zagwarantowane, że się wtedy zniszczy. Należy go rozebrać do stanu surowego, dopiero wtedy wyczyścić i poskładać na nowo. Taka czynność potrafi zająć nawet dwa tygodnie. 

Pani Ewa swój zakład prowadzi przy ulicy Bohaterów Getta Warszawskiego. Jest tutaj od 11 lat. Wcześniej można ją było znaleźć przy Deptaku Bogusława. 

– W zawodzie pracuję jednak lat 30 – wspomina. – Przyłączyłam się do kuzynki, która początkowo zajmowała się przygotowywaniem welonów ślubnych i innych nakryć głowy na tę okazję. Weszłyśmy w spółkę i poszerzyłyśmy asortyment. Dawniej zakład modystki znajdował się przy al. Wojska Polskiego. Zaraziła mnie tym zajęciem jego właścicielka, która przychodziła do nas i zdradzała mi wszystkie tajniki zawodu. Tak się wciągnęłam – dodaje. 

Modystka przyznaje, że trudno jej policzyć, ile do tej pory zrobiła w swoim życiu kapeluszy. Z pewnością są to setki. Niestety ich popularność w ostatnich latach mocno spadła. Tygodniowo odwiedza ją kilku klientów. 

– Są to ludzie, którzy szukają nakryć głowy idąc do teatru czy opery – mówi. – Przychodzą również muzycy i coraz częściej studenci. Tacy, którzy mają w sobie trochę więcej energii. Mam też klientów pochodzenia żydowskiego czy Cyganów. Przyjeżdżają nawet ze Szwecji. 

Rzemieślniczkę w zakładzie można znaleźć przez sześć dni w tygodniu. Ogłasza się również w sieci. 

– Ludzie kupują kapelusze z różnych sklepów, przez internet. Mnóstwo przychodzi z nimi do mnie i prosi o to, bym coś poprawiła. Oczywiście, nie ma problemu. Wypożyczam także nakrycia głowy na specjalne okazje. Uwielbiam to zajęcie. Wiem, że czasem zaniedbuję przez to rodzinę, ale cieszę się, bo wszyscy mnie doskonale rozumieją – podsumowuje.  

 
6( 127)
Czerwiec'19