Autor

Dariusz Staniewski

*Niemieckie media biją na alarm! Tereny dawnej Niemieckiej Republiki Demokratycznej pustoszeją. Według Deutsche Welle liczba mieszkańców na wschodzie Niemiec spadła do poziomu... z 1905 roku. Masowy exodus! Według danych opracowanych przez instytut Ifo z Drezna, w landach należących do 1990 roku do NRD mieszka dziś niecałe 14 milionów osób. To mniej więcej tyle, co 114 lat temu. Obszary wiejskie na wschodzie prawie opustoszały i wymagają wsparcia finansowego. A miejsce tubylców zastępują Polacy, często z zachodniopomorskiego. Według niemieckich danych tyko w Meklemburgii-Pomorzu Przednim mieszka przynajmniej 12 tys. Polaków. Ot, chichot historii. „Żelazny Kanclerz” Otto von Bismarck chyba przewraca się w grobie, miotając głośno soczyste przekleństwa. Jak śpiewał przed laty kabaret Elita: „Warto było czekać na te piękne czasy /I na własne oczy cuda te zobaczyć/Aż z uciechy westchnął osłupiały świat/Warto było czekać, klepiąc biedę tyle lat”.

*Uniwersytet Szczeciński na ten rok akademicki przygotował kilka nowych kierunków m.in. familiologię. Co to jest? Oficjalne rozszyfrowanie tego kierunku można znaleźć na stronie uniwersytetu. Ale pojawiły się informacje, że tak naprawdę to będą studia badające fenomen znanego i popularnego programu TVP pt. „Familiada”. I prawdziwa sensacja! Podobno jednym z wykładowców będzie prowadzący ten teleturniej Karol Strasburger! W programie studiów m.in. Rola „suchara” Strasburgera we współczesnej Polsce; Najgłupsze odpowiedzi na teleturniejowe pytania – analiza i geneza; Uczestnicy „Familiady” – ochotnicy, desperaci, ludzie z „łapanki” czy zagubieni w teraźniejszości – portret psychologiczny; Negatywne i pozytywne skutki występu w programie (np. czy przegrana nie przyczyniła się do rozpadu rodziny lub związku, rozwodu, wpadnięcia uczestnika w jakiś nałóg lub przeciwnie – do zacieśnienia rodzinnych więzi, zadzierzgnięcia nowych przyjaźni, zawarcia sakramentu małżeństwa, rozpoczęcia błyskotliwej kariery politycznej  lub w show-biznesie itp.) i „Familiada” w polskiej prozie, poezji, muzyce, kabarecie i polityce.

* Jednym z najpopularniejszych słów w Polsce jest teraz „dzban”. I nie chodzi wcale o znane od dawien dawna naczynie codziennego użytku. Tak młodzież (i nie tylko ona) szyderczo określa pewnych osobników wyróżniających się z tłumu. Czym? Przede wszystkim „poziomem intelektualnym jak dzban, czyli żadnym” albo „po prostu debilizmem”, jak argumentowali swój wybór uczestnicy plebiscytu PWN na Młodzieżowe Słowo Roku 2018. „Dzban” stał się punktem wyjścia do stworzenia wystawy przygotowanej przez Muzeum Historii Szczecina. Wśród eksponatów znalazły się dzbanki gliniane, kamionkowe, fajansowe, porcelanowe oraz szklane, dzbany wykonane techniką garncarską oraz wyroby fabryczne. Zarówno małe dzbanuszki jak i duże, wysokie, pękate dzbany na wodę.

Fajnie. Ale chyba szkoda, że jednak na wystawie zabrakło np. zdjęć szczecińskich i zachodniopomorskich „dzbanów” – w tym szyderczym znaczeniu oczywiście. Albo filmików prezentujących ich dokonania oraz zachowanie, czyli tzw. „dzbanizm”. „Dzbanów” nie brakuje przecież i na co dzień, i od święta. Mamy ich praktycznie na każdym kroku i w każdej profesji. Na pewno każdy z nas potrafiłby błyskawicznie wymienić kilka nazwisk nie tylko ze swojego bliskiego otoczenia, czy z pracy, ale odnalazłby ich np. w polityce, również lokalnej. Niektórzy to aż się proszę nie tylko o tytuł „dzbana” ale nawet „dzbaniska”.

* Chyba każdy zna mit o Syzyfie, którego bogowie skazali na wieczną i bezużyteczną pracę  –  miał on wtaczać na szczyt ogromnej góry wielki głaz. Ten jednak tuż przed wierzchołkiem zawsze wymyka mu się z rąk i stacza się na sam dół. Aktualnie tak się określa niepotrzebną pracę z góry skazaną na porażkę. I otóż okazuje się, że w zachodniopomorskiem pojawił się taki nasz, współczesny Syzyf. Ten nie walczy z głazem oraz górą, ale z …żurawiami. Pewien rolnik z południa regionu ma kłopot z tymi ptakami, które wyjadają mu kukurydzę z pola. Całymi dniami próbuje je przeganiać, ale chytre i cwane ptaszyska przyzwyczaiły się do rolnika i jak ten pojawi się w jednej części pola, to przelatują w jego inną część. I spokojnie czekają, aż chłop się wybiega, zmęczy, zasapie, pot mu oczy zaleje. I znowu od początku. A rolnik obsiał kukurydzą 30 hektarów. Podobno połowy zasiewów już nie ma –  robota latających żarłoków. Nie mógł straszyć żurawi np. petardami hukowymi, bo te ptaki znajdują się pod ochroną. W dodatku były w okresie lęgowym. Gospodarz może się ubiegać o odszkodowanie. Ale wiadomo, że wszystkich strat nie pokryje. Jedyny pożytek dla niego z tej całej sytuacji będzie chyba taki, że nabierze mega kondycji, uganiając się za żurawiami i zostanie gwiazdą np. maratonów. I raczej nie będzie chciał obejrzeć jednego z klasyków radzieckiego filmu (o ile kiedykolwiek go jeszcze zaprezentują w jakiejś telewizji) pt. „Lecą żurawie”. 

 

7( 128)
Lipiec'19
gajda