„Czarownice z Salem” Arthur Miller

Teatr Współczesny w Szczecinie reżyseria Adam Orzechowski

Autor

Daniel Źródlewski

Napisany w 1952 roku dramat Arthura Millera to pierwotnie metaforyczna odpowiedź na amerykański makkartyzm, czyli polityczne metody zastraszania, także przez wymiar sprawiedliwości. Inspiracją były autentyczne wydarzenia sprzed kilku stuleci – oskarżenia o czary, bezprecedensowe i drastyczne procesy, a w finale wyroki śmierci wykonane na 19 osobach. Dziś – szczególnie w Polsce, w dobie „reformy” sądownictwa oraz budowy nowego porządku – tekst Millera wydaje się bezlitośnie aktualny. Dla wielu może być także swoistym manifestem, odważnie mówiącym o tym, co się może wydarzyć, gdy sacrum ingeruje w profanum. Aż dziwne, że ten tekst nie znalazł się na krótkiej liście lektur nie polecanych przez katolickich hierarchów. Przeoczenie? Poza tymi aspektami „Czarownice z Salem” to bolesna rzecz o ludzkiej naturze, moralności, ale też (oczywiście!) miłości. 

Formalnie to przede wszystkim wyjątkowa czystość realizacyjna. Dowód, na to, że oszczędność i prostota w teatrze mają wysoką cenę. Nie ma tu wymuszonych uwspółcześnień, niepotrzebnych zabiegów inscenizacyjnych. Reżyser, Adam Orzechowski, skupił się na tekście (wespół z dramaturgiem Radosławem Paczochą) oraz bardzo rzetelnej budowie postaci, co bardzo skrupulatnie wykorzystali aktorzy Współczesnego, oraz goście (bardzo dobre Anna Bieżuńska i Agata Turkot). W rolę narratorki oraz Tituby wcieliła się, znana szczecińskiej publiczności z kilu poprzednich spektakli teatru, żywiołowa Dominika Klimaty. Jej postać garściami czerpała z widowiskowych „show” protestanckich pastorów. Znakomite role stworzyło duchowne trio: Konrad Pawicki jako Pastor Samuel Parris, Arkadiusz Buszko, w roli Pastora Johna Hale oraz Grzegorz Młudzik jako Sędzia Danforth. Stateczni, konkretni, skupieni, bezwzględni. Poruszające i przejmujące były kreacje Barbary Lewandowskiej (Elizabeth Proctor) oraz Wojciecha Sandacha (John Proctor). Ciekawie i wyraźnie w klimat opowieść wpisali się pozostali wykonawcy: Ewa Sobczak, Joanna  Matuszak, Michał Lewandowski oraz Przemysław Walich. Po raz kolejny (po świetnych rolach w „Być jak Beata” oraz „Ani z Zielonego Wzgórza”) fantastycznie wypadła Magdalena Wrani-Stachowska. Jej Abigail Williams raz pociąga, raz przeraża, potem odpycha i przyciąga. 

Cały czas jednak zachwyca! 

Przestrzeń muzyczną spektaklu wypełniają niepokojące, a kiedy trzeba patetyczne dźwięki. To praca Marcina Nenko, która decyduje o atmosferze produkcji. Bardzo prosta, ale sugestywna scenografia, z pochylonym (uginającym się) krzyżem w centrum sceny, to propozycja Magdaleny Gajewskiej. Ona także odpowiadała za uniwersalne kostiumy oraz reżyserię światła. To ostatnie, znakomicie podkreślające przestrzeń (wysokie świetlne kolumny). 

 

Prestiżowe 5/6. 

 

 

 

7( 128)
Lipiec'19