Ksiądz – humanista

Nie bał się zrobić zdjęcia z imamem czy muzułmanką w hidżabie i opublikować w sieci. Nikomu nie odmawia chrztu – nawet, gdy odmówi inny kapłan. Przyjmuje zapłatę za sakrament, ale w postaci… ciasta własnej roboty. Spowiada nie tylko w konfesjonale, ale nawet w parkach, podczas spaceru. Czy ksiądz Bartek Rajewski wróci z Londynu do Polski i przemyci tym samym taki nowoczesny styl i świeżość? – Albo mi się wydaje, albo podobne pytania dziennikarze zadają Donaldowi Tuskowi – mówi roześmiany.

Autor

Andrzej Kus

Naszą rozmowę chyba trzeba zacząć od pytania: Czy widział ksiądz film dokumentalny Tomasza Sekielskiego „Tylko nie mów nikomu”? Dobrze, że powstał taki dokument? 

Film Tomasza Sekielskiego budzi duże emocje. Nie wątpię w autentyczność historii przedstawionych przez dziennikarza. "Któregoś dnia Duch Święty kopniakiem przewróci stół i trzeba będzie zaczynać od nowa”  – ostrzegał kilka dni temu papież Franciszek w przemówieniu do przedstawicieli diecezji Rzymu. Nie mówił wprawdzie o kwestiach związanych z pedofilią, ale w mojej ocenie film redaktora Sekielskiego może być takim "kopniakiem Ducha Świętego". Niekoniecznie "stół zostanie wywrócony", ale zapewne nie wszystko, co jest na stole się ostoi. Nie sam fakt, że powstał taki film napełnia mnie smutkiem. Dobrze, że on powstał. Moje przerażenie budzą pokazane w nim historie skrzywdzonych ludzi. Jednocześnie staram się nie zniechęcać, pamiętając o słowach Ojca Świętego Franciszka, skierowanych do księży rzymskich w czasie wielkopostnego spotkania. Papież powiedział: "Nie zniechęcajcie się. Bóg oczyszcza Kościół". W moim przekonaniu tak właśnie jest z filmem Sekielskiego. W ten sposób Bóg oczyszcza swój Kościół. Skoro sami nie potrafimy, Pan zrobi to rękami Sekielskiego, Smarzowskiego i innych. Czas oczyszczenia zawsze jest bolesny. Ale bardzo potrzebny. Myślę też, że ważne jest, by oglądać ten film nie wyłącznie w kontekście zła wyrządzanego przez księży, ale potraktować go jako okazję do zastanowienia się nad każdym złem, które ma konsekwencje na całe życie. Na przykład nad tym, co czuje dziecko porzucone przez rodzica, który odchodzi z dnia na dzień. To zło, którego rezonuje przez całe życie człowieka. Co do samej pedofilii, nie znam osobiście żadnego księdza, który dopuścił się takiej zbrodni. Statystyki pokazują, że na ponad 1400 pedofilów jest jeden ksiądz. Pozostali są m.in. nauczycielami, trenerami, wychowawcami, lekarzami, prawnikami. Ale ten jeden ksiądz pedofil na 1400, to o jeden za dużo.  

Duże poruszenie w mediach wywołało spotkanie księdza z Imamem. Czego dotyczyło i skąd w ogóle na nie pomysł? Nie obawiał się ksiądz reakcji nie tyle ludzi, ale też hierarchów kościoła?

Staram się postępować tak, jak uczy papież Franciszek. Bliskie mi są słowa papieskiego jałmużnika – kard. Krajewskiego, który niedawno powiedział: „Jezus łamał przepisy. Jego zachowanie było dla wielu kontrowersyjne. Tego samego wymaga od chrześcijan: szaleństwa, ryzyka i pójścia na całość”.  Spotkałem się z imamem w Birmingham, dzień przed historyczną pielgrzymką papieża Franciszka do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Wraz z przedstawicielem rady parafialnej naszej parafii, miałem okazję odwiedzić muzułmańskie domy modlitwy, ale też modlić się. To spotkanie miało być i było żywym apelem, by zamiast pielęgnować nieufność i podejrzliwość, łączyć siły w celu eliminowania rzeczywistych zagrożeń, wobec których stajemy już teraz, a które jeszcze silniej dotykać będą przyszłych pokoleń.

Oliwy do ognia z pewnością dodało zdjęcie, które wspólnie sobie zrobiliście. Jak zareagowali ludzie? 

Zawsze jest tak, że kontrowersyjne zachowania budzą kontrowersyjne reakcje. Nie inaczej było i tym razem. Bardzo wiele pozytywnych i budujących reakcji, zwłaszcza w mediach społecznościowych, ale też pojedyncze przejawy ksenofobii, a nawet mowy nienawiści. 

Kiedy ksiądz trafił do parafii w Londynie i dlaczego?

Osobiście widzę w tym „palec Boży”, ponieważ wierzę, że nic bez woli Pana Boga się nie dzieje. Ksiądz Prymas, wówczas abp Józef Kowalczyk, po roku pracy w moim ukochanym miejscu na ziemi – Miłosławiu, widział mnie w nieco innej roli i w innym miejscu. Dlatego w sierpniu 2012 roku przyjechałem do Londynu. Zawsze traktowałem decyzje Kościoła jako wyraz woli Bożej. Staram się postępować zgodnie z moim życiowym mottem: „Ci, co zaufali Panu, odzyskują siły, otrzymują skrzydła jak orły, biegną bez zmęczenia, bez znużenia idą” (Iz 40, 31). Ufam Bogu i z tego powodu, gdy Prymas zaproponował mi wyjazd do Londynu, natychmiast tę propozycję przyjąłem. Przez dwa lata byłem wikariuszem w parafii MB Częstochowskiej i Św. Kazimierza na Islington w Londynie. Od pięciu lat jestem proboszczem parafii Św. Wojciecha na South Kensington w Londynie (byłe Duszpasterstwo Akademickie). Dlaczego akurat mnie tutaj przysłano? Chyba dlatego, że nie było to dla mnie jakieś wielkie wyzwanie, ponieważ jeszcze w czasie seminaryjnym byłem przez pół roku na Florydzie, gdzie przyglądałem się, jak tam wygląda kapłańska posługa wśród Polonii. Byłem też przez miesiąc w Polskiej Misji Katolickiej w Nottingham, w Anglii, gdzie również pracowałem sprzątając w Ikei.

Jak żyje się na obczyźnie? To wymarzone miejsce do mieszkania? 

Londyn jest stolicą świata. Mieszkanie tutaj daje dużo możliwości, ale by z nich korzystać, trzeba mieć londyńskie dochody, których ja nie mam. Są zalety i wady mieszkania w metropolii. Przyznam szczerze, że nie jest to moje wymarzone miejsce i coraz bardziej jestem emigracją zmęczony. Bo to jest emigracja. Jestem proboszczem polskich emigrantów. Proboszczem, który żyje jak emigrant. Mieszkam w wynajętym mieszkaniu. Żartuję, że jest to chyba jedyna „plebania” na świecie, gdzie ksiądz katolicki mieszka z muzułmanami (są moimi bezpośrednimi sąsiadami – mieszkamy w jednym domu). Jestem duszpasterzem – emigrantem, który nie ma luksusowego samochodu, oszczędności, prywatnego domu w Polsce. Mój majątek to kilkaset książek i stara Toyota Yaris. Mój prawdziwy majątek to ludzie, którym posługiwałem i posługuję. To moi ministranci, dzieci komunijne. To małżonkowie, którym pomagam wyjść z emigracyjnych kryzysów i na nowo się pokochać. To moja parafia, której miarą sukcesu, podobnie jak miarą sukcesu Kościoła, nie są statystyki. To jest mój skarb. To jest mój cały majątek. 

Jak wygląda typowy dzień księdza Bartka Rajewskiego?

Zaczyna i kończy się pracowicie. Zazwyczaj wstaję o 5.45. Odmawiam poranną modlitwę i jadę na siłownię lub pływalnię. O 9 zaczynam pracę w Biurze Spraw Małżeńskich Polskiej Misji Katolickiej, gdzie jestem odpowiedzialny za kwestie dotyczące prawa kanonicznego. W ciągu dnia sprawuję Eucharystię. Kończę pracę o 17. Do domu wracam metrem i zajmuje mi to nieco ponad godzinę. Wieczorami jeszcze odwiedzam rodziny mojej parafii, czasem ktoś umówi się na spowiedź lub rozmowę, przygotowuję niedzielną homilię i inne teksty, które są później publikowane w prasie w Wielkiej Brytanii i w Polsce, odpisuję na maile i listy. Dzień kończę zazwyczaj przed północą. Na brak pracy nie narzekam. Kiedyś znajoma siostra dominikanka zażartowała, że jak będę tyle pracował, to nigdy nie znajdę sobie kobiety (śmieje się – przyp. red.) 

W Londynie, jak widać, nie musi chyba ksiądz obawiać się o wolność słowa. Otwarcie wyraża swoje zdanie, które – bardzo często – różni się mocno od zdania innych kapłanów.

Nie po to zostałem księdzem, żeby się bać. Cenię sobie wolność. Być wolnym, znaczy dla mnie być prawdziwym, być sobą. Tylko prawda wyzwala, czyni człowieka wolnym. Być wolnym to nie być w żaden sposób przez nikogo ani przez nic do niczego przymuszanym. Być wolnym, to znaczy nie działać pod żadnym przymusem, czy to psychicznym czy emocjonalnym; nie pozwolić sobą manipulować. Dzisiaj ludźmi się manipuluje, narzuca niekoniecznie dobre wzorce wartościowania i działania. Ludźmi manipulują pracodawcy, politycy, fałszywi prorocy, ale chyba najbardziej media. Być wolnym to kierować się określonym systemem wartości, być wiernym swoim ideałom, unikać konformizmu, czyli być sobą, być prawdziwym. 

W mediach polonijnych zamieścił ksiądz dosyć nietypowe ogłoszenie. W Polsce by to chyba nie przeszło. 

Ludzie mówią, że to odważna i niespotykana inicjatywa – zaproszenie do chrztu wszystkich, nawet tych, którzy nie żyją w związku sakramentalnym, albo z chrztem dziecka zwlekali bardzo długo. „To tak można? Normalnie, bez stresu, po ludzku?” – pytają. Oczywiście, że można. Nie znaczy to jednak, że będzie łatwo. Nie znaczy to też, że rezygnujemy z wymagań, które stawia przed rodzicami i chrzestnymi Kościół. Nigdzie jednak nie jest napisane, że warunkiem chrztu dziecka jest małżeństwo sakramentalne jego rodziców. Oczywiście, można tutaj zastanawiać się nad wiarą ludzi, którzy żyją jak małżeństwo, ale jednak bez ślubu. Życie jest jednak bogatsze od naszych domysłów. Każdego trzeba traktować indywidualnie, bo każdy ma swoją niepowtarzalną historię życia. Moje zaproszenie jest przede wszystkim zachętą do spotkania i rozmowy.

W ten sposób zawiązuje się między nami relacja. Dalej już wspólnie zastanawiamy się, co możemy zrobić. Nie można człowieka przekreślać na samym początku. Każdemu trzeba dać szansę. Inspiracją dla mnie w tym działaniu, przez niektórych nazywanym zbyt marketingowym, był i jest dla mnie papież Franciszek. To on wciąż powtarza, byśmy nikomu nie odmawiali chrztu. Czyż nie tego uczy nas papież Franciszek? Myślę nawet, że jest on niezrozumiany i niedarzony sympatią przez wielu księży właśnie dlatego, że wzywa do towarzyszenia, wymaga zaangażowania i pracy, otwarcia, obecności, zaufania. Dlatego w naszej parafii towarzyszenie jest kluczowe. Towarzyszenie rodzicom, którzy chcą ochrzcić swoje dziecko, a którzy z Kościołem dotychczas mieli niewiele wspólnego. Towarzyszenie rodzinom dzieci pierwszokomunijnych, które zostały nieprzyjęte w innych parafiach. Towarzyszenie ludziom, którzy powrócili po latach do Kościoła. Towarzyszenie penitentom, którzy przyjeżdżają z różnych stron Anglii i po wielu latach proszę o spowiedź. 

Robi ksiądz rzadko spotykaną rzecz: wychodzi do ludzi. Nie spowiada jedynie w konfesjonale, ale też w innych miejscach. Jak wygląda taka spowiedź?

To naprawdę nic nowego. To normalna praktyka na przykład na pielgrzymkach pieszych. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Jeśli ktoś chce się umówić na spowiedź, a nie spowiadał się przez kilka lat i obawia się długiego klęczenia przy konfesjonale, może się ze mną umówić na spacer. Możemy iść do parku i rozmawiać. Taki spacer uzdrowienia często staje się spowiedzią generalną z całego życia.

Lubi ksiądz prowokować? Poruszenie wywołało kiedyś zdjęcie z muzułmanką, które oczywiście, nie przypadkowo, trafiło do sieci.

Lubię prowokować, bo lubię łamać schematy, wyrywać ze sfery komfortu, zmuszać do myślenia. Kiedy w ubiegłym roku opublikowałem na moim facebookowym profilu zdjęcie, które zrobiłem sobie w metrze z muzułmanką w hidżabie, zostałem zaskoczony reakcją ludzi. Na kilkaset komentarzy, niemal wszystkie były pozytywne. Jedynie kilka wyrażało dezaprobatę, a dwa można było zakwalifikować jako „mowę nienawiści”. To zdjęcie zrobiłem po to, by pokazać ludziom, że kłamstwem jest, jakobyśmy się my – chrześcijanie i muzułmanie – nie lubili. To był całkowity spontan. Taki pomysł Ducha Świętego.

Pieniądze dla księdza mają duże znaczenie? Parafia w Londynie przyjmuje ofiary za sakrament chrztu, ale w nietypowej formie. I nie są to funty.

Osobiście bardzo cenię sobie wolność od posiadania. Naprawdę dla mnie nie jest istotne, aby mieć dobry samochód, markowe ciuchy, super telewizor, najnowsze gadżety itd. Cieszę się z tego, co mam i jestem od tego wolny. Mogę się tym dzielić, mogę to stracić i nie będzie mi z tego powodu przykro. Zauważam, że im więcej rozdaję, tym bardziej jestem wolny i szczęśliwszy. Inaczej jednak wygląda sprawa z finansami parafii. Trzeba zapłacić rachunki, raty za wynajem kościoła, czynsz za mieszkanie. To wszystko są niemałe koszta, w których powinni partycypować wszyscy parafianie. Pieniądze nam z nieba nie spadną. Ale trzeba ludziom precyzyjnie pokazać, jak pieniądze przychodzą do parafii i w jaki sposób są wydawane. Dzięki temu finanse przestają być tematem w tym złym sensie. Nie są pretekstem do pokątnego gadania o tym, co ksiądz ma, ile wydaje i dlaczego tak dużo. Wszystko jest powiedziane, więc nie ma o czym gadać. A jednocześnie stają się tematem, tylko w dobrym tego słowa znaczeniu. Ludzie orientują się, jak parafia funkcjonuje, jakie ma przychody i wydatki, gdzie można by zaoszczędzić, a na jakim polu można sobie pozwolić na większe inwestycje. Żeby nie było żadnych wątpliwości, mamy zasadę, że zbieranych pieniędzy ksiądz nie tyka. Ludzie z rady parafialnej chodzą z tacą, zebrane pieniądze odkładają na bok. Wieczorem, po ostatniej mszy przychodzi część rady parafialnej, która zajmuje się finansami. Liczą wszystko, a na następny dzień wpłacają całość na konto parafialne. Dla mnie zostaje tylko kartka z sumą do wpisania w tabelę i do odczytania podczas ogłoszeń. A wracając do chrztu, bo trochę popłynąłem, rzeczywiście u nas jest częściowo bezpłatny. Mówię „częściowo”, ponieważ rodzice dziecka nie zostawiają pieniędzy, ale muszą upiec ciasto - upiec, nie kupić! Po Mszy inni parafianie mogą je kupić w naszej parafialnej kawiarence. 

Takie nowoczesne podejście do kapłaństwa przyciąga ludzi?

To nie jest nowoczesne podejście. To powrót do źródeł. Tak właśnie robił Chrystus. Mój ulubiony święty, a zarazem patron naszej parafii – Św. Wojciech za życia wyruszył do tych, z którymi mógł zacząć wszystko od początku. Może chciał u nich osiąść, założyć pustelnie, opowiadać o dobrym Bogu przez benedyktyńskie ideały: modlitwą i pracą. Zabił go tak naprawdę lęk tych, do których poszedł – lęk przed zmianą, pogański religijny fundamentalizm, pogląd, że ma być tak, jak zawsze było, a nie tak jak być powinno. Dlatego w naszej parafii nie boimy się nowości i zmian, do których wzywa nas Ewangelia. Nie boimy się też odważnego podejmowania drogi, którą wskazuje nam papież Franciszek. Jesteśmy ostrożni, by nie wpadać w zabójczy religijny fundamentalizm. Św. Wojciech uczy nas, że jeśli ktoś nie chce nas słuchać, mamy być konsekwentni, ale nie w mówieniu. Po prostu mamy być tu gdzie jesteśmy i robić to, co do nas należy. Nie przekonanie kogoś jest największą wartością, ale wierność prawdzie. Chrześcijaństwo to nie religia menedżerów czy PR-owców, którzy na koniec roku budżetowego mają dowieźć Panu Bogu wynik. Chrześcijaństwo to religia wariatów, dla których miłość jest ważniejsza od ich własnego życia. Takimi Bożymi wariatami chcemy być. 

Kiedy powrót do Polski i próba zaszczepienia takiego podejścia w naszych kościołach?

Albo mi się wydaje, albo podobne pytania dziennikarze zadają Donaldowi Tuskowi (śmieje się). Nie jestem jednak wybawcą, rycerzem, który wróci do Polski na białym koniu. Podkreślam – to nie jest żadne nowe podejście. W Polsce wielu tak właśnie postępuje. Mam taką cechę, że jestem „głośniejszy” w tym co robię. A co do powrotu do Polski – Bóg to wie. Kontrakt kończy mi się za trzy lata. Bóg mnie zawsze prowadził i nieustannie prowadzi. Nie ma przypadków. Tak też widzę mój wyjazd do Anglii. Bóg wie, co robi i wie, kiedy mam wracać. Ufam Mu bezgranicznie. Stąd moje motto życiowe: „Ci, co zaufali Panu, odzyskują siły, otrzymują skrzydła jak orły, biegną bez zmęczenia, bez znużenia idą” (Iz 40,31).

 
7( 128)
Lipiec'19
gajda