Czarownice nie płoną*

Sydonia von Borck i Elżbieta Dobberschütz – to dwie najbardziej znane postacie wśród lokalnych czarownic. Inteligentne, zaradne i wyróżniające się urodą. Odstające od przeciętności i wyprzedzające swoją epokę. Takie właśnie były zachodniopomorskie czarownice. 

Autor

Karolina Wysocka
Aneta Dolega

Wysoki poziom histerii

Według historyków Europa polowała na czarownice przez trzy wieki. W Polsce pierwsze sądy przeprowadzano już w XV wieku, ale nasilenie nastąpiło w XVII i XVIII w. U podstaw zbiorowej histerii leżały kwestie społeczne i ekonomiczne, np. wojny, głód, klęski żywiołowe, poczucie strachu oraz niepewności. Szukano winnego, a któż nie pasował lepiej niż przedstawicielki płci pięknej, które znacząco różniły się od innych.  – Szukano winnego wśród kobiet, bo były one uważane za słabsze 

– wyjaśnia Jadwiga Kowalczyk-Kontowska, Starszy Kustosz z Muzeum Regionalnego w Szczecinku. Według słynnego „Mallleus Maleficarum” (pol. Młot na czarownice) czarownicą mogła być kobieta, która zajmowała się zielarstwem lub medycyną. Mniszka, akuszerka, osoba wykształcona lub urzekająca urodą.

Sprawy o czary były procesami inkwizycyjnymi. Postępowanie miało swoje korzenie w sądownictwie kościelnym, ale największe polowania rozpoczęły się, gdy sprawy o czary przeszły do kompetencji sądów świeckich. Co więcej, to właśnie inkwizytorzy papiescy jako pierwsi uświadomili sobie, że nadużycia w stosowaniu tortur prowadzą do pomyłek sądowniczych i domagali się rozwagi w postępowaniu sądowym. Dodatkowo, najwięcej stosów płonęło nie w krajach katolickich, ale protestanckich. Najbardziej jednak wstrząsający jest fakt, że wiele osób zginęło w straszliwych męczarniach tylko z powodu czyjejś nienawiści lub dlatego, że ktoś chciał zawładnąć ich mieniem albo po prostu ukarać. – To były sprawy społeczne i psychologiczne, czysto ludzkie – podkreśla Jadwiga Kowalczyk-Kontowska. Do okrutnego końca często doprowadzały absurdalne oskarżenia, np. krowa dająca więcej mleka niż krowa sąsiadki. Ginęły nie tylko kobiety (choć najczęściej), ale też mężczyźni, a nawet kilkuletnie dzieci. Czasem oskarżano o czary małżeństwa lub rodzeństwa. Wystarczyło jedno pomówienie, by z szanowanej osoby stać się przeklętym człowiekiem, prowadzonym na stos wśród wrzasków tłumu. Wcześniej, przed wyrokiem, było oczywiście uwięzienie, przesłuchanie, wymyślne tortury, znalezienie przyczyny oskarżenia i osąd. Najczęściej oskarżeni ginęli spaleni żywcem na stosie, czasem zdarzały się też inne wyroki, a bardzo rzadko: uniewinnienie. Według znawców, zazwyczaj procesy odbywały się we wsiach i małych miasteczkach. Rzadziej w dużych miastach, ale w nich także miały miejsce sprawy o czary. Według historyków polowania na wiedźmy odciągały uwagę ogółu od bieżących problemów. Egzekucje budziły postrach, ale były też widowiskiem graniczącym z rozrywką, poza tym kaci zarabiali na procesach o czary, więc w ich interesie była ich jak największa liczba. – Palenie czarownic rozładowywało emocje ludu, zło, które nagromadziło się w społeczeństwie, dotkniętym niepowodzeniami i klęskami – wyjaśnia Jadwiga Kowalczyk-Kontowska. Zarówno procesy, jak też egzekucje cieszyły się olbrzymim powodzeniem. Osoby zajmujące się magią były posądzane o spowodowanie różnych nieszczęść wobec sąsiadów, stąd zapewne ich społeczne przyzwolenie. Historyk idei i filozof, Marian Zdziechowski, nazwał procesy czarownic „najstraszliwszą kartą w historii okrucieństwa”.

„Czar” dworskiej intrygi

Synonimem „czarownicy” jest słowo „wiedźma”. Pochodzi ono od „wiedzieć”. Kobiety określane tym mianem, po prostu wiedziały więcej od innych. Wyróżniały się. Tym właśnie w większości zawiniły. Przerastały swoją epokę, jak Sydonia von Borck lub ich oskarżenie było narzędziem w politycznej walce, jak w przypadku Elżbiety Dobberschütz. Pierwsza informacja o procesie o czary w Księstwie Pomorskim zakończonym stosem pochodzi z 1501 r., w Stralsundzie spalono kobietę o nazwisku Bukesche (Buke). W naszym województwie wiele procesów, prócz Szczecina, odbyło się w Szczecinku i okolicach Kamienia Pomorskiego (Radawka, Recław, Wrzosowo). Wyroki na osobach posądzonych o czary wykonywano też m.in. w Goleniowie, Golczewie i Trzebiatowie. Słynne miejsca straceń, z którymi związanych jest wiele lokalnych, regionalnych legend to m.in. Długa Góra (Gostyń) przy drodze na Kamień Pomorski czy Wisielcze Wzgórze w Szczecinku. Dziś mało kto, o tym wie, a szkoda, bo to część naszej lokalnej historii, a te kobiety są warte upamiętnienia.

Jedną z zachodniopomorskich czarownic, jest związana ze Szczecinkiem, szlachcianka Elisabeth Dobberschütz (lub von Dobersitz). Podobno była urodziwa, inteligentna i dumna. Jej sprawa choć równie dramatyczna, jak Sydonii, nie stała się elementem masowej wyobraźni, a dziś znana jest właściwie tylko historykom. Elisabeth była żoną Melchiora von Doberschütza, wysokiego urzędnika księcia Jana Fryderyka (1542-1600). Ani ona, ani jej mąż nie pochodzili z Pomorza. Majątki rodu von Dobberschütz leżały w okolicach Krosna Odrzańskiego. Melchior wstąpił na służbę do Gryfity i dość szybko zaczął piąć się po szczeblach dworskiej kariery. Był książęcym łowczym oraz starostą Szczecinka. Niespodziewanie władca pozbawił go swych łask, skonfiskował dobra i wygnał z kraju. Uważa się, że stała za tym intryga uknuta przez najbliższego doradcę księcia, Petera Kameke, któremu pomagał inny ambitny dworzanin, Jacob von Kleist. – Pozbycie się rywala im nie wystarczyło. Siecią intryg opleciono żonę Melchiora, pojawiły się pogłoski, że jest czarownicą – mówi Joanna Kościelna, kulturoznawca, badająca historię Księstwa Pomorskiego. W 1591 r. Elżbietę aresztowano i poddano przesłuchaniu. Oskarżycielem był Kleist oraz jego urzędnicy. Kobiecie postawiono zarzuty o charakterze politycznym: o trucie księcia, podanie księżnej „eliksiru czarownic”, który uczynił ją bezpłodną oraz próbę otrucia marszałka Kameke. Równolegle „badano” jej służące. Miały miejsce męczące konfrontacje. Obciążające zeznania wydobywano torturami. 

Mąż próbował ją uratować, wskazując na to, że jest niewinna oraz w zaawansowanej ciąży. Niestety, nie udało mu się nic uzyskać w jej sprawie. Elżbieta w czasie tortur urodziła martwe dziecko. Wykonano na niej wyrok 3 marca 1592 roku w Szczecinie. Według źródeł historycznych najpierw ścięto ją na rynku obok ratusza, a później jej ciało spalono za Bramą Młyńską. Dziś pamiętają o niej nieliczni. – Sprawa Doberschütz jest dowodem na to, że ani szlacheckie pochodzenie, ani wysokie stanowiska, nie chroniły przed oskarżeniami o czarownictwo. I jednocześnie świadectwem, że zarzut o uprawianie czarów mógł być wykorzystany do walk politycznych, służąc eliminacji konkurentów do wpływów i władzy – dodaje Joanna Kościelna. 

Femme fatale Gryfitów

Najsłynniejsza Pomorzanka, ulubienica romantycznych artystów. Mowa o pięknej szlachciance Sydonii von Borck, ściętej i spalonej na stosie w 1620 roku w Szczecinie. Jej postać od lat inspiruje, zachwyca i jednocześnie budzi sprzeczne emocje. Według popularnej legendy to właśnie ona rzuciła klątwę na ród Gryfitów, przez co dynastia w ciągu krótkiego czasu zeszła ze świata bezpotomnie. Być może w złości, dumna dwórka odrzucona przez księcia Ernesta Ludwika, faktycznie powiedziała o kilka słów za dużo. Po latach przypomniano sobie o tym i wykorzystano przeciwko niej. Jedno jest pewne: była niezwykłą kobietą.

Według historyków, to postać ambitna, inteligentna i niezwykle uparta. Co więcej, szlachetnie urodzona piękność pochodziła z jednego z najświetniejszych rodów na Pomorzu: Borcków. Nie każdy wie, że ta familia początkowo była rodem słowiańskim, dopiero z czasem ulegli germanizacji.

– Przybyli z Kołobrzegu i założyli „Wilcze Gniazdo” w Strzmielach – mówi Krystyna Milewska, Starszy Kustosz z Muzeum Narodowego w Szczecinie. To właśnie tam urodziła się Sydonia. Czym tak naprawdę zawiniła i dlaczego trafiła na stos? – Naraziła się rodzinie, ośmieliła się walczyć o własne dziedzictwo. Miała też silną osobowość i nie była lubiana – mówi Jadwiga Kowalczyk-Kontowska. Przerastała swoją epokę. Była oczytana, interesowała się zielarstwem i medycyną, wraz z siostrą walczyła o rodzinny majątek. 

Niestety ich działania nie przyniosły pożądanego efektu, a kobiety tułały się po różnych miejscach. 

W końcu Sydonia znalazła miejsce w Marianowie, gdzie mieszkały stare panny ze szlachetnych rodów.  Zmęczona życiem i zrażona do ludzi, odizolowała się od innych. Była już w podeszłym wieku i wolała w samotności zgłębiać wiedzę z zakresu zielarstwa oraz medycyny, opiekować się zwierzętami oraz warzyć piwo. Te zamiłowania stały się podstawą do oskarżeń o czary! Przedstawiono jej kilkadziesiąt zarzutów, w tym: zabójstwa, kontakty seksualne z diabłem (którym rzekomo był jej kot), czy zajmowanie się praktykami trucicielskimi. Najważniejszym był jednak zamiar zniszczenia rodu Gryfitów. Ród wymierał, lecz raczej nie miało to związku z „klątwą Sydonii”. – Gryfici umierali na chorobę genetyczną. Żenili się w swoich rodach – wyjaśnia Krystyna Milewska. Świadkami oskarżenia Sydonii byli m.in. jej krewni. Kobieta nie chciała się przyznać do popełnionych zbrodni, więc poddano ją okrutnym torturom. W końcu ból sprawił, że się złamała, a po zeznaniach, trybunał wydał wyrok śmierci. Jako, że była ze szlachetnego roku, najpierw ją ścięto, a później spalono jej ciało. 

Kiedy wykonano wyrok i gdzie? Historycy podają dwie daty: 19 sierpnia albo 1 września 1620 roku. Wyroku dokonano na placu egzekucyjnym przy Kruczym Kamieniu, blisko Bramy Młyńskiej (w pobliżu dzisiejszej Księgarni Zamkowej). – Dawniej w rocznicę jej śmierci do Szczecina przyjeżdżał starszy pan z Torunia. Był zafascynowany Sydonią i co roku ją honorował. W muzeum, pod jej obrazem, zostawiał bukiet czerwonych róż – wspomina Krystyna Milewska. – W latach 90. XX wieku, pewne towarzystwo ezoteryczne w rocznicę śmierci niezwykłej szlachcianki co roku wieszało na drzwiach Księgarni Zamkowej czerwoną różę – dodaje dr Paweł Gut ze szczecińskiego Archiwum Państwowego.

Gdzie diabeł nie może…

Wśród innych osób, które dotknęła histeria polowań na czarownice jest m.in. Dorota Schwarz z Modlimowa. Spłonęła na stosie 19 maja 1679 roku w Trzebiatowie. Czym zawiniła? Nie pozwalała sobą pomiatać i często popadała w konflikty z sąsiadkami. Najprawdopodobniej to któraś z nich oskarżyła ją o czary. We Wrzosowie w 1680 roku syn oskarżył rodziców o konszachty z diabłem. Katarzyna Piepkorn i Jan Schulz znali się na zielarstwie, chętnie pomagali mieszkańcom okolicznych wsi. Zostali uznani za czarowników, uwięzieni i postawieni przed sądem dworskim. Jan zmarł w czasie tortur, a Katarzynę spalono żywcem na stosie. Przyglądał się temu tłum gapiów, podobno wśród nich był też syn małżeństwa. 

Lista osób z regionu posądzonych o czary i zgładzonych lub zmarłych w czasie tortur jest długa. Tak jak wykaz absurdalnych oskarżeń. Większość z tych osób nie mała nawet najmniejszej styczności z magią, choć zdarzały się wśród nich postacie o szemranej reputacji. Jedną z nich jest znana ze szczecińskiej legendy Czarna Jolka. Słynna kobieta-kat. Podobno była piękną prostytutką i mieszkała na Starym Mieście. Oskarżono ją o czary, ale zlitował się nad nią kat. Uratował kobietę przed śmiercią, a ta została jego pomocnikiem. Podobno, gdy zmarł, to ona przejęła funkcję kata miejskiego i słynęła z okrucieństwa. Z ofiary stała się katem. Pewnego dnia zakochała się w przystojnym mężczyźnie, który miał trafić pod jej topór. Uratowała go, lecz on nie chciał mieć za partnerkę kata. Oskarżył Jolkę o czarną magię. Tym razem trafiła na stos, a jej prochy rozsypano na polach za murami miasta. Czy była postacią prawdziwą? Nie wiadomo, choć jeden z historyków twierdzi, że faktycznie taka osoba istniała. Podobno w ponure i wietrzne dni Czarna Jolka błąka się po Ratuszu Staromiejskim.

Zupełnie innym, ale jakże fascynującym przypadkiem, była historia dziewczyny, którą nazywano Agneta Daemonica (1577 r.), a której ciałem rzekomo władał szatan. – Historyk Paul Friedeborn ·w swojej słynnej książce o Szczecinie, pisze, że jej współczuje, bo cierpiała od diabła za innych ludzi, jako że „diabeł jest Bożym katem jak pisał Luter” – opowiada Joanna Kościelna. –  Diabeł pozbawił ją jednego oka, w oba ramiona wciskał ostre szpile, często rzucał ją na ziemię, a potem unosił w powietrze, wrzucał do wody, męczył na różne sposoby, ale nie zabijał. Agneta jednak pilnie chodziła do kościoła, słuchała kazań i przystępowała do sakramentów. Tylko w świątyni była wolna od jego ataków. Friedeborn pisze, że muzyka kościelna działała na diabła, jak na biblijnego króla Saula, którego szał koił Dawid grą na harfie. Szczecińscy teolodzy wielokrotnie próbowali wypędzić z dziewczyny złe duchy, ale zawsze wracały. Agneta mówiła językami obcymi, potrafiła przepowiadać przyszłość, była przekonana, że dręczyło ją 5 diabłów, a jeden wrzucił ją do kadzi z piwem. Diabły uwolniły ją dopiero trzy lata przed śmiercią. Jej historia jest ciekawa, bo mimo długotrwałego, przez nią samą potwierdzanego kontaktu z demonami, nigdy nie oskarżono ją o czary!

Himmler i suknia od Burtona

Temat czarownic od wieków rozpala wyobraźnię artystów i historyków. Lokalne wiedźmy także stały się inspiracją dla wielu osób. Szczególnie Sydonia, której historia jest znana również poza granicami naszego kraju. Pisano o niej wiersze, powieści, malowano jej wizerunki. Wśród najbardziej znanych obrazów jest tzw. „Podwójny portret Sydonii von Borck” nieznanego artysty, który można podziwiać na wystawie „Złoty wiek Pomorza” w Muzeum Tradycji Regionalnych. Życiorys czarownicy i jej obraz stał się inspiracją m.in. dla szczecińskiego pisarza, architekta oraz miłośnika historii Leszka Hermana w książce „Sedinum”, po temat wiedźm z regionu sięgnął także w powieści „Biblia diabła”. 

Kolejny znany wizerunek Sydonii namalował w XIX wieku Edward Burne-Jones, obraz znajduje się w londyńskiej Tate Gallery. Dzieło było inspirowane romansową powieścią o pomorskiej czarownicy pióra Wilhelma Meinholda, którą na język angielski przetłumaczyła matka Oscara Wilde’a! 

Co ciekawe, ten wizerunek stał się też inspiracją dla twórców filmu „Jeździec bez głowy” Tima Burtona. Suknia Sydonii z obrazu jest uderzająco podobna do kreacji jednej z postaci. Jak wykazało „małe śledztwo” Muzeum Archeologiczno-Historycznego w Stargardzie faktycznie ten kostium był inspirowany obrazem prerafaelity. Co równie ciekawe, na szczecińskiej Akademii Sztuki Sydonii została poświęcona jedna z prac dyplomowych. Anna Basińska stworzyła nie tylko serię ilustracji, ale całą graficzną stronę jedynej oficjalnej biografii naszej „wiedźmy” napisaną w latach 80. XX wieku przez Bogdana Frankiewicza. Na ilustracjach Sydonia wygląda jak współczesna kobieta. To znak, że jej historia jest bardzo uniwersalna, a sama bohaterka to jedna z nas.

Mało kto wie, że tematem czarownic interesował się Himmler. Tę kwestię poruszyła w książce „Wiedźmy Himmlera” szczecinianka Katarzyna Marciszewska. – Zachowały się badania historyków, którzy prowadzili kartotekę rejestracji czarownic na terenie Niemiec (w tym naszego regionu) na zlecenie szefa SS Heinricha Himmlera – mówi dr Paweł Gut. – Himmler interesował się metafizyką, parapsychologią, tajnymi organizacjami średniowiecznymi, Templariuszami, św. Graalem czy średniowiecznym kultem Szatana. Ta kartoteka szczęśliwie ocalała i znajduje się w Archiwum Państwowym w Poznaniu. Znajduję się w niej między innymi ponad sto opisów spraw o czary, które miały miejsce na Pomorzu. Każdy proces jest skrupulatnie opisany, kto, za co, w którym roku i przez kogo został oskarżony, łącznie z opisem skąd pochodził kat i ile wziął za swoją pracę – wyjaśnia znawca.

A córce dam na imię Sabrina

Światowa popkultura także kocha wiedźmy. Literatura, muzyka, film i moda. Czarownice są wszędzie. Wśród nich jest rezolutna i niezależna nastoletnia Sabrina, która w pierwszej serialowej wersji była dowcipną dziewczyną, używającą czarów w zwyczajnych codziennych sytuacjach. Netflix jej postać stworzył na nowo, opierając się na komiksie. Współczesna Sabrina porusza się już w mrocznym świecie, stając przed wieloma poważniejszymi problemami. Kolejny popularny współczesny serial to „American Horror Story” i sezon zatytułowany: Coven. Trafiamy do współczesnej szkoły czarownic, która nie jest grzecznym pensjonatem dla panien. Nasze wiedźmy potrafią być okrutne, przebiegłe, ale też bardzo wrażliwe. Urocze są siostry z „Totalnej magii”, które przez czary wpadają w tarapaty, zakochują się we właściwych (Sandra Bullock), bądź niewłaściwych mężczyznach (Nicole Kidman), cały czas trzymając się razem i nawzajem wspierając. Nie sposób nie polubić „Czarownic z Eastwick”. Zwyczajne śmiertelniczki stają się wiedźmami, by zmierzyć się z samym diabłem o uwodzicielskim uśmiechu Jacka Nicholsona. W zupełnie innym klimacie utrzymany jest film grozy, ale też dramat psychologiczny „Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii”. Trafiamy do Nowej Anglii XVII w. Na skutek działania „złowrogiej” (?) siły członkowie pewnej rodziny stają naprzeciwko siebie. Zaczyna się polowanie na „czarownicę”. Co więcej, jakiś czas temu dzięki książce „Kirke” Madeline Miller została przypomniana słynna wróżbitka i czarodziejka z greckiej mitologii. Powieść już w dniu premiery znalazła się na liście bestsellerów New York Timesa! 

Czytając to wszystko, czy nie wydaje się Wam, że Sydonia także byłaby świetnym tematem na film? Podobno pomysł jest, tylko środków brak. Obecnie w Szczecinie możemy się zadowolić wiedźmami na deskach teatru. „Czarownice z Salem” (filmowa adaptacja pochodzi z 1996 roku) niedawno pojawiły się w Teatrze Współczesnym. Słynny proces i dramat Arthura Millera przeniósł na sceniczne deski Adam Orzechowski.

Wiedźma – kobieta niezależna

Dziś czarownice stały się symbolem feminizmu. Współczesne wiedźmy to niezależne kobiety, które biorą sprawy w swoje ręce i żyją tak, jak chcą. Czarownice XXI wieku są świadome swojej seksualności, intelektu, nie boją się być sobą. Stają w obronie swoich przekonań i w obronie innych kobiet.

 W 1968 r. w Halloween w Nowym Jorku zainaugurowano ruch WITCH – Women’s International Terrorist Conspiracy from Hell (pol. międzynarodowy kobiecy spisek terrorystyczny z piekła rodem), którego członkinie manifestowały pod giełdą na Wall Street i tańczyły sarabandę odziane w czarne peleryny.  W ten sposób wieszczyły niechybny spadek różnych akcji. Kilka godzin później faktycznie nastąpił spadek o półtora punktu, nazajutrz o 5 punktów procentowych. Być może przypadek, być może magia… 

Kolejna ciekawa inicjatywa, to hasło z plakatu na Marszu Kobiet w Waszyngtonie w 2017 roku: „Jesteśmy wnuczkami wiedźm, których nie zdołaliście spalić”. Wkrótce stało się mottem kobiet walczących o swoje prawa na całym świecie. Ciekawostką jest też fakt, że kiedy Donald Trump w 2017 r. objął urząd prezydenta, wiele tysięcy czarownic połączyło swoje siły pod księżycem w nowiu, by rzucić na niego klątwę i ograniczyć jego moc. Kilka z nich znalazło się u stóp Trump Tower w Nowym Jorku; inne odprawiały rytuały u siebie, przed ołtarzem, którego zdjęcia udostępniały w mediach społecznościowych z hasztagami #BindTrump i #MagicResistance. Jednocześnie w wielu miejscach USA pojawiły się grupy „wiedźm”, manifestujących w czarnych strojach i z maskami na twarzach. Panie walczyły o sprawiedliwość społeczną, występując przeciw policyjnym zbrodniom czy polityce rządu. Część ich działalności znalazła swoje odbicie także w Europie (również w Polsce) i innych częściach świata. Kobiety walczą po prostu o godne życie, a to nic innego jak spuścizna po osobach, które w dawnych czasach za „bycie sobą” zapłaciły życiem. Według psychologa Wojciecha Eichelbergera duch czarownic odrodził się w umysłach współczesnych kobiet. Wiedźmy XXI wieku to, jego zdaniem, panie, które myślą inaczej i są niekonformistyczne.

#sydonianamural

W Polsce pojawiają się inicjatywy i ruchy, których celem jest oczyszczenie z zarzutów niewinnych osób, które zostały uznane za czarownice. Temat podjęto m.in. w Gdańsku oraz Słupsku. Rehabilitacje osób, które straciły życie w wyniku zborowych histerii na punkcie czarnej magii od kilku lat są powszechne w Niemczech. Głównie za sprawą pastora Hartmuta Hegelera, który doprowadził do rehabilitacji tysięcy kobiet. Dzięki niemu o procesach i bestialskich torturach zaczęły mówić media, samorządowcy oraz duchowni. Prócz tego, dobre imię przywrócono też kilku kobietom w Szwajcarii i Belgii, a w Ameryce w 2001 roku zrehabilitowano czarownice z Salem.

Pisząc artykuł, wpadłyśmy na pomysł, by naszą najsłynniejszą czarownicę upamiętnić muralem. Nie tylko przypomnielibyśmy postać Sydonii, ale też wszystkie inne „wiedźmy”, które zostały zamordowane tylko dlatego, że odważyły się… być sobą. Co Wy na to?

 

foto: Podwójny portret Sydonii, Muzeum Tradycji Regionalnych wystawa "Złoty wiek Pomorza", Fot. G. Solecki, A. Piętak *przeróbka cytatu „rękopisy nie płoną” z powieści „Mistrz i Małgorzata” Michaiła Bułhakowa

źródła: „Czary i czarownictwo na Pomorzu”, pod red. A. Majewskiej; „Czarownice z Pomorza i Kujaw”, A. Koprowska-Głowacka; „Czarownice. Psychoza czy rzeczywistość”, M. Klasik

 

7( 128)
Lipiec'19
gajda