Ewa Demarczyk

Jest takie miejsce w Szczecinie, niezwykłe, na którego ścianach widnieją autografy i krótkie wpisy sławnych osób, które pojawiły się  w ciągu wielu ostatnich lat w stolicy Pomorza Zachodniego. To restauracja „Na Kuncu Korytarza”. A każdy wpis kryje jakąś anegdotę z nim związaną. Dzieli się nimi właściciel lokalu Bolesław Sobolewski.

Autor

Dariusz Staniewski

galeria

– Legenda polskiej piosenki, kultowa postać, Wielka Dama Muzycznej Sceny. Bylem w niej zakochany, byłem jej fanem i wielbicielem, zawsze pod jej wielkim wrażeniem. Jej piosenki i interpretacje były czymś niezwykłym. Tajemnicza, fascynująca, niezwykła, rzadko koncertująca, rzadko pokazująca się publicznie. Pojawiła się w moim lokalu kilka lat temu. Okazało się, że w Szczecinie odwiedza znajomych. I dzięki nim właśnie ją poznałem. A raczej zostałem przedstawiony.

Bo sam nigdy nie śmiałbym podejść. Zaczęliśmy rozmawiać i nie wiem jak to się stało, ale przegadaliśmy trzy godziny! Będę się tym chwalił do końca życia: siedziałem przy stole z Ewą Demarczyk! I to nie minutę, dwie, ale trzy godziny! Rozmawialiśmy przede wszystkim o dawnych czasach. Pozwoliłem sobie przypomnieć czasy Festiwalu Studenckiego Fama. Ale tego prawdziwego, który był prawdziwym wydarzeniem artystycznym, z lat 60. i 70. ubiegłego wieku, który gromadził tłumy i dzięki któremu pojawiło się na polskiej scenie kilka prawdziwych gwiazd piosenki, kabaretu, sztuki. Wtedy byłem także w teatrze Zielone Tarcze. I w jakiś sposób znaleźliśmy się za kulisami koncertu Ewy Demarczyk podczas Famy w świnoujskim Domu Kultury. Pamiętam, że wtedy w jej zespole grał jako skrzypek Zbigniew Wodecki. Jak wszystkich, także i mnie już wtedy szokowały jego wspaniałe włosy, fryzura. Wszystkie bilety na koncert Ewy Demarczyk zostały sprzedane. A kosztowały niemało, około 50 złotych. 

A przypomnę, że wtedy pół litra wódki kosztowało ponad 40 złotych. Okazało się, że pod salą zgromadziło się wielu studentów, których nie było stać na bilet, a bardzo chcieli zobaczyć i posłuchać Ewę Demarczyk. Zaczęli skandować: „Ewa, no coś Ty?! Jesteś z naszego środowiska, dlaczego nie chcą nas wpuścić na Twój koncert. Nie mamy tyle pieniędzy! Nie stać nas!”. I wtedy piosenkarka wykonała piękny gest. Kazała otworzyć boczne drzwi sali koncertowej Domu Kultury. Tłum studentów wpakował się do środka. Kto się nie zmieścił, stał na zewnątrz i słuchał tego koncertu. Przypomniałem tę historię. Demarczyk zaczęła się śmiać, dziwiąc się, że pamiętam to wydarzenie. Ale i wzruszyła się. Odwzajemniła się kilkoma zabawnymi historiami z czasów PRL, kiedy koncertowała z zespołem w tzw. „demoludach” oraz m.in. na komunistycznej Kubie. Opowiadała jak np. są na plaży, odpoczywają, opalają się, wybija południe, a tu nagle, nie wiadomo skąd, dochodzi do nich dźwięk hejnału z Wieży Mariackiej. Okazało się, że to Zbigniew Wodecki wszedł na dach jakiegoś wieżowca w Hawanie i odegrał hejnał. Zadziwił wszystkich. Podobnie jak mnie Ewa Demarczyk. Otwarta, ciepła, piękna, wrażliwa. A otaczał ją przecież taki nimb niedostępności, dystansu. Niezwykła kobieta, wspaniałe spotkanie – wspomina Bolesław Sobolewski.

 
8( 129)
Sierpień'19
gajda