Warszawa da się lubić

Autor

Szymon Kaczmarek

No, bo jeszcze nigdy nikt mnie aż tak nie zaskoczył, żebym miał otwartą gębę przez ponad godzinę. Przyjechaliśmy z Anią do Warszawy, do Uli i Marcina przyjaciół niemożliwych, i pierwszego dnia pobytu wylądowaliśmy na Stadionie Narodowym. W tym samym czasie i miejscu znalazł się tam Phil Collins. Przypadek? Otóż nie, Ula i Marcin, zamiast dwóch, kupili cztery bilety. Powiedz Czytelniku miły, zrobił Ci ktoś kiedyś takiego psikusa? 

O nieoczekiwanym koncercie nie będę się rozpisywał, dość, że Narodowy powinien zmienić nazwę, zresztą sugerowaną już przez większych niż ja znawców tematu. Na czas koncertów powinien nazywać się Studnią Narodową. Ale nie o koncercie chcę pisać, lecz o stolicy. Ostatni raz byłem w niej jakieś dwadzieścia pięć lat temu. Szmat czasu, zmieniło się wiele. Nie tylko ustrój i realia codzienności. Zmienili się nade wszystko mieszkańcy. Warszawa jest młoda, ma mniej więcej koło trzydziestu lat. Mówi wieloma językami i jest uśmiechnięta. Turyści, studenci, poszukiwacze szczęścia, uczestnicy kongresów, interesanci, petenci i ja z Anią. Od czasu do czasu moje bystre oko wyłuskuje wśród tłumu prawdziwego warszawiaka. Może to tylko intuicja? Warszawa wrasta w niebo. Nawet PKiN zdaje się być przycupnięty wśród licznych biurowców pyszniących się szkłem i połyskliwą stalą. Budowlane szaleństwo widać na każdym kroku. Pomyśleć, że w jednym takim budynku znajduje zatrudnienie dwadzieścia tysięcy osób…

Podróż do stolicy była dla mnie podróżą sentymentalną. Odwiedziłem miejsce, gdzie urodził się mój Ojciec, gdzie na Tamce, z dziadkami i dalszą rodziną mieszkali do czasów Powstania. Chodziłem po ulicach, na których właśnie w sierpniu, przed wielu laty, toczyły się nieludzkie walki. Patrzyłem na nazwy ulic i domy, które swym widokiem przywoływały niezapomnianą historię naszego Kraju. Historię i tę zamierzchłą, i całkiem współczesną. Bo jakże chodzić ulicami Żelazną, Kruczą, Nowolipie, nie pamiętając o wydarzeniach i czasach, w których miały miejsce? O ludziach i datach. Chwale i żałobie. Sentymenty były moim przewodnikiem. Ale nie tylko. Teraźniejszość również ma swoje barwy. Zwłaszcza gwarnym, letnim wieczorem. Nasza metropolia nie różni się od europejskich stolic ani rozmachem, ani aktywnością życia nocnego. Niezliczone restauracje, bary i puby, nawet w środku tygodnia wypełnione po brzegi. O różnorodności oferty żywieniowej mógłbym napisać trzy felietony. Wspomnę tylko niebiański Yatta Ramen, niewielką knajpkę na Powiślu, z której apetyczny zapach japońskiej zupy roznosi się na ulicy, nie pozwalając na pozostanie obojętnym. Niewielkie pomieszczenie, miejsca trzeba rezerwować, a potężna porcja ramenu swoim smakiem i aromatem zwala z nóg. Przyznam, że jakość usług gastronomicznych w Warszawie, podobnie jak i znakomicie zorganizowana komunikacja miejska, to powód do mojej szczecińskiej, szczerej zazdrości. Tak, pięknie było, jednak…

Nie zamieszkałbym w stolicy. Za nic w świecie. Nie zamieniłbym Odry na Wisłę, ani Pogodna na Saską Kępę. Moje serce jest na pl. Grunwaldzkim, nie Grzybowskim. Nawet do szczecińskiej Starówki powoli się przyzwyczajam. Niech Warszawę tworzą młodsi i mądrzejsi niż ja. Ot, choćby córka Uli i Marcina, Ola. Osoba zdolna, mądra, pełna tej energii potrzebnej do rozwoju świata naszego. Niech ci młodzi pokazują nam, że można w pięknej różnorodności przekonań, religii, kolorów skóry i partyjnych znaczków mieć cel wspólny. Wspólną drogę w przyszłość. A ja, raz na dwadzieścia pięć lat, będę odwiedzał stolicę i będę z niej dumny. Nawet mieszkając na Pomorzanach.

 
8( 129)
Sierpień'19
gajda