Od punk rocka do konstrukcji rakiety

Maluje obrazy, wykłada na Akademii Sztuki, jest współzałożycielką fundacji Upside Art, współtworzy niezależną Freedom Gallery w OFF Marinie. Jest laureatką Grand Prix 24. Polskiego Festiwalu Malarstwa Współczesnego, ma na koncie ponad 20 wystaw w Polsce i zagranicą. Cztery lata temu uzyskała tytuł doktora na ASP w Gdańsku na Wydziale Malarstwa. Mowa o Katarzynie Szeszyckiej.

Autor

Aneta Dolega

galeria

Od punk rocka przez malarstwo i działania w przestrzeni ulicznej, po sztukę generatywną, czyli praktyki artystyczne wykorzystujące programowanie w nowych kontekstach. Jak to się zaczęło?

Decyzję o wyborze kierunku studiów podjęłam, zostając mamą w klasie maturalnej. Dopiero wówczas zainteresowałam się projektowaniem przyszłości, wcześniej bliższa była mi punkowa praktyka „no future”. Rysunek był jedyną aktywnością, która przetrwała moją młodzieńczą kontestację rzeczywistości. ASP było idealistycznym wyborem. Stało za nim przeświadczenie, że poprzez działania artystyczne możesz mieć realny wpływ na rzeczywistość. Nie wiem, dlaczego ten idealizm powiązałam wówczas akurat ze sztuką. Pewnie dlatego, że nie wiedziałam nic na temat tej branży. Niemniej, praktyki artystyczne nie są ograniczone warsztatem, tylko wrażliwością, wiedzą, czy świadomością. W miarę wzrostu tych zasobów, czyli po prostu w miarę wzrostu doświadczenia, precyzyjniej stawiasz pytania. Poszukując na nie odpowiedzi, potrzebujesz bardziej zaawansowanych lub po prostu innych niż dotychczasowe środków.

Prawie 10 lat temu, kiedy się poznałyśmy, to przeświadczenie o możliwości wpływu chyba było w tobie obecne. Dobrze wspominam wasze performerskie punkowe akcje. Rooftopy, bezpardonowe wkraczanie na różnego rodzaju imprezy kulturalne. Spotkałam cię, kiedy w stroju w stylu przerysowanego glamour, robiłaś twórcze zamieszanie w mieście jako jedna z Glamrur... 

Tamten projekt i styl, który był jego ironicznym leitmotivem, został zainspirowany tytułem edycji Festiwalu inSPIRACJE Glamour. To było pierwsze wydarzenie, w którego przestrzeń wkroczyłyśmy z Hanką Szutowicz, z niezapowiedzianą akcją, chcąc zwrócić uwagę na monopol finansowania programów popularyzujących sztukę w Szczecinie, a także na to, że dyskurs na tym polu z założenia powinien być otwarty. Stało już za nami doświadczenie innych form aktywizmu, a ten projekt zrodził się właśnie z tego spotkania.

Co dokładnie nie podobało się wam w działalności 13 Muz? Monopol na robienie wielkich imprez? Duże pieniądze jakie szły na to z miasta? Ich brak na mniejsze niezależne przedsięwzięcia kulturalne? Faktycznie takie rzeczy miały wtedy miejsce…

Jako lokalna patriotka berlińska wiedziałaś, że to może wyglądać inaczej. Dla osób, które obserwowały tę sferę w innych miastach, także poza Polską, taki stan rzeczy tu na miejscu, wzbudzał zdziwienie. Oczywiście stała za tym nasza nieznajomość systemu, który ustawia pole kultury i sztuki. Jednak w miarę rozeznawania się w biurokracji, rósł w nas sprzeciw przeciwko niej lub świadomy wybór jej obchodzenia. Nasze środowisko było aktywne na polu sztuki w przestrzeni miejskiej. 10 lat temu w Szczecinie nikt szczególnie nie wspierał tych inicjatyw. Trasę Zamkową pomalowała śmietanka graffiti za tzw. zwroty, z miejskich dotacji na ekologię oraz wykorzystując prywatne kontakty. Od tamtych akcji minęło już prawie 10 lat i inni młodzi przejęli głos krytyczny, a inni bardziej konsekwentni, jak LUMP, wyczekali sprzyjającego wiatru robiąc swoje. Robotę zrobiła też Akademia Sztuki, ściągając do pracy M-citiego, który z kolei stworzył pierwszą w Polsce pracownię streetartu właśnie na szczecińskiej AS. A jeśli chodzi o młodych, wspomnę chociażby piękną akcję z Niebuszewa z wiosny tego roku i zamalowywany przez ZBiLK budynek do remontu. A niby Berlin jest tak blisko....

Wróćmy jeszcze na chwilę do Glamrur. Na czym polegała wasza działalność? Jak to wszystko się rozwinęło, bo działałyście w Szczecinie ponad rok dość intensywnie.

Robocza nazwa została, a do nas dołączyli inni młodzi twórcy i aktywiści. Zrobiłyśmy wspomniane pierwsze rooftopy – na przekór opinii publicznej napisy: KOCHAM SZCZECIN, nielegalnie malowałyśmy na legalnych eventach graffiti, organizowałyśmy manifestacje przeciw grantozie pod instytucjami kultury (irracjonalna dotacja na potrzeby wzięcia udziału w berlińskiej Fuckparade 2010), przerywałyśmy wernisaże lokalnych baronów sztuki. Podróżowałyśmy w poprzek Europy na komercyjne salony jedynie po to, by przedstawić Szczecin słowami: „Karola” nie ma w domu talerzy, bo dom talerzy, dom talerzy jest zamknięty i by zobaczyć pierwszy raz na własne oczy Atlantyk. Powstało wiele realizacji w przestrzeni miejskiej oraz interwencji z pogranicza performance, m. in. cykl akcji pt. „Wolne domy dla wolnych ludzi”, w kwartale 21. w Szczecinie. Istotą tej działalności była szybka reakcja, dyskursywna forma i konsekwencja w częstotliwości działania. Zależało nam na możliwości bezpośredniego komunikatu, który pomija instytucje w dialogu z odbiorcą. Ale istotną częścią tej aktywności była też po prostu dobra zabawa. 

Wszystkie wasze akcje były dość spektakularne pod względem technicznym. Wejścia na dach, tzw. praca na wysokości. To była partyzantka czy jednak dobrze przemyślane projekty?

Były dobrze przemyślane „jak na Szczecin”, stały za tym raptem tylko dwie dziewczyny. Najbliższe dzisiaj odwołanie dla projektu Glamrury to Berlin Kidz, wtedy jeszcze niedostępne w zasobach sieci. Ta grupa to esencja świetnej zabawy i pożądanych przez nas wówczas środków ekspresji, „guerilla artu”, czyli tej części praktyk urban artowych, które korzystają z szerokiej gamy środków i form ekspresji w ramach partyzantki miejskiej. A partyzantkę definiuję jako przeżycie zawierające w sobie: nielegalność, antysystemowość, brak sojuszników, znajomość terenu, wykorzystywanie schematów systemowych, a na polu sztuki koniecznie jeszcze poczucie humoru.

Nie bałyście się? Na przykład odpowiedzialności karnej?

Podsumowując tamten czas, cenię płynące z niego doświadczenie w przekraczaniu granic: osobistych, instytucjonalnych, bezpieczeństwa i higieny pracy, społecznych, a także zdrowego rozsądku.

Co stało się w takim razie z tą twórczą energią, dlaczego zakończyłyście ten proceder?

Wchłanianie przez streetartową część sceny wytrąciło krytyczną energię tego przedsięwzięcia. Glamrury zaczęły być zapraszane na oficjalne wydarzenia z pola graffiti i streetartu (m.in. festiwal Divergence w Indonezji w 2011 roku). Dwa ostatnie: Upfest – The Urban Paint Festival w Bristolu w Wielkiej Brytanii oraz Major Rezor w Gardu House w Dżakarcie to już schyłek projektu. Ostatecznie projekt został zamknięty wraz z naszym formalnym wejściem w struktury akademickie. To było działanie krytyczne, a my nie czułyśmy się w tym środowisku na tyle pewnie, by móc zachować podstawową dla sedna tego działania bezkompromisowość. Wolałyśmy uśmiercić projekt, niż rozważać kompromis lub stosować autocenzurę. To ponad roczne doświadczenie dwa lata później, czyli w 2013 roku, zaowocowało powołaniem fundacji UPSIDE ART, która także miała przekraczać granice ogólnie przyjętych kanałów popularyzowania kultury i sztuki, co też stara się realizować już 6 rok. Część z tych praktyk podsumowaliśmy wydanej na ostatnio książce UPSIDEART 2013/2018. 

Patrząc na to, co dzieje się aktualnie w tej materii tzw. młode pokolenie ma w sobie ducha anarchii?

Owszem, są w Szczecinie aktywne młode nieformalne grupy o zabarwieniu anarchistycznym, mają w sobie tę szczeniacką utopijność i bezkompromisowość, kibicuję im. Z drugiej strony scena graffiti, to praktycy, którzy anarchię noszą w sercach. Nie zawsze ich drogi się przecinają lub przecinają się w ciekawy socjologicznie sposób –  kontrą. Działa w Szczecinie środowisko związane z Kolektywem P1, Grupa Rewolucja, czy inicjatywa „Food Not Bombs”, nieprzerwanie najdłużej w Polsce, w sposób ciągły wciągając kolejne generacje. Do tego wzrasta świadomość obywatelska, szczególnie wśród młodych, patrz strajki klimatyczne.

Przejdźmy do tej części twojej aktywności, z której jednak jesteś najbardziej rozpoznawalna. Co cię inspiruje, jeśli chodzi o malarstwo?

Studentom zawsze mówię, że żeby malować trzeba żyć, czyli doświadczać, czuć i próbować rozumieć. Dla mnie w malarstwie istotna jest subiektywna wartość emocjonalna zawarta w obrazie. Malarstwo jest właśnie takie: emocjonalne i zmysłowe. Można o nim pisać traktaty, teoretyzować, niemniej ono albo działa, albo nie działa. Jest światłem, kolorem, strukturą i skrótem do naszych emocji. Tak jak muzyka, z tym, że inaczej niż w jej przypadku, pierwszej oceny malarstwa/obrazu dokonujemy w ułamku sekundy, potrzebnym do objęcia formatu wzrokiem. Muzyka wymaga poznania w czasie, malarstwo czasem także pozwala kontemplować głębiej, jednak potrzebujesz chwili, by zdecydować czy ono do Ciebie przemawia czy nie, czy uruchamia w tobie tę chęć kontemplacji, która w dzisiejszych czasach wyścigu obrazów zyskuje inne, wyraźniejsze znaczenie. Konstruuję swoje obrazy, zadając sobie pytanie, czy będą dla mnie istotne. Czyli inspiruje mnie to, co porusza mnie wizualnie. Taki jest punkt wyjścia.

Jesteś wrażliwa na krytykę i ocenę?

Warto być na nie wrażliwym w zdrowym zakresie. Zaletą pozostawania w środowisku jest to, że masz możliwość rozmowy połączonej z konstruktywną krytyką, zanim upublicznisz dzieło. Jednak jednym z najistotniejszych aspektów praktyki artystycznej jest wykształcenie umiejętności rzetelnej autokrytyki. Nadprodukcja jest olbrzymia, warto zadawać sobie pytanie, po co to robisz i co wartościowego miałoby to wnieść, gdzie w tym działaniu jest nowe doświadczenie. Jeśli finalnie wywołuje ono dyskusję, reakcję zewnętrzną, to znaczy, że przynajmniej jest jakieś, co wydaje mi się być coraz rzadszym doświadczeniem. Znacznie częściej poruszają mnie rzeczy, zdarzenia czy sytuacje, które znajdują się poza polem instytucji kultury, czy sztuki.

Mówisz o tym swoim studentom?

Studentów staram się przede wszystkim uczyć stawiania własnych pytań, bo studia artystyczne to studia nad własną wrażliwością i kreatywnością. Mówię im też wszystko, co wiem z własnego doświadczenia, szczególnie to, czego uważam, że zabrakło w mojej edukacji artystycznej, czyli jak radzić sobie z niespodziankami, które czekają na nich poza murami szkoły. Chociaż codzienność jest zmianą i mam świadomość, że następnej generacji towarzyszą inne problemy natury praktycznej: obsługi rynku, języka komunikacji, priorytetu, czyli ogólnie rzeczywistości i że to oni będą pierwszymi, którzy zyskają doświadczenie w rozwiązywaniu kolejnych niuansów, zapewne lepsze niż to, które ja bym znalazła teraz, czy też bym im doradzała. Staram się uczyć ich samodzielności i że wolność wyboru związana jest z odpowiedzialnością.

Twoja ostatnia realizacja to przedsięwzięcie, które zrobiłaś wspólnie z profesorem z ZUT-u, Przemkiem Mazurkiem. To sferyczna instalacja, która ma oddziaływać na nasze zmysły i do której na pewno wejdę przy najbliższej okazji. Kiedy sztuka spotyka się z nauką, to zazwyczaj wychodzą świetne rzeczy. Jak do tego doszło?

O tym mogę mówić długo, bo to najświeższy wątek: zaczął się od próby opisania zmysłowego doświadczania ruchu i przestrzeni. Inspiracją był rój jako porządek ruchu ilustrujący cechę natury, jaką jest dążenie do jak najprostszych rozwiązań. Rój jest fenomenem natury – organiczną formacją, która charakteryzuje się prostotą, brakiem centralnego sterowania, autonomią osobnika oraz jądrem konsolidacji – spójnością. Wszyscy mamy jego wyobrażenie w umyśle. Rój jest matematycznie opisywalny, ale nie jest deterministyczny. Rój, oprócz konotacji z ruchomą formacją przestrzenną, kojarzy się jednocześnie z wrażeniem słuchowym, z dźwiękiem. Jak szybko, słysząc go, jesteśmy w stanie go sobie wyobrazić? Czy gdy do naszych uszu dobiega dźwięk ruchu wielu obiektów, bezwiednie wyobrażamy sobie przestrzeń? Chciałam zbudować fizyczne warunki, żeby poszukać odpowiedzi na te pytania. Model został zatem pomyślany jako ćwiczenie sensualne umożliwiające rysowanie w umyśle przestrzeni za pomocą dźwiękowej sugestii ruchu. Założyłam też interaktywność, czyli że będąc wewnątrz, będziesz mogła poruszyć ręką, a całość zmieni się wraz z charakterystyką twojego ruchu, poniekąd chaotycznie, a jednak według porządku algorytmu roju.

W jaki sposób skonstruowałaś to technicznie?

Oczywiście nie udałoby mi się to samej, powstał zespół interdyscyplinarny. Zdecydowaliśmy, że wpiszemy instalację w formę ikosfery – wielościanu o 42 wierzchołkach, której przekrojem jest dziesięciokąt foremny. Jeden z wierzchołków ścięliśmy, by uzyskać stabilność obiektu bez dodatkowej konstrukcji wspierającej. Na każdym z pozostałych wierzchołków bryły oraz w podstawie zainstalowaliśmy punkty audio. Tutaj ogromne podziękowania dla Marcina Papisa, który podjął się zaprojektowania i realizacji tej konstrukcji. Jego cierpliwości i determinacji obiekt zawdzięcza swoje realne istnienie. Model roju wykorzystuje sferyczną emisję dźwięku z głośników umieszczonych w wierzchołkach bryły. Ta część powstała dzięki Przemkowi. Model przeznaczony jest dla indywidualnego odbiorcy, odizolowanego od otoczenia zarówno pod względem bodźców akustycznych, jak i wizualnych. Dzięki temu zmiana orientacji głowy odbiorcy pozwala na pełniejsze doświadczenie źródeł dźwięku, nie ma ograniczenia emisji do płaszczyzny horyzontalnej. To sensualne, realne doświadczenie, nie przynależne do świata doświadczeń „virtual reality”. W naszym zespole jest jeszcze Tomek Budzan, filozof, który wlewał pewność w moje intuicje i był łącznikiem między światem artystów i inżynierów. Ja jestem pomysłodawcą, inicjatorem
i producentem całości. 

A dźwięk, który wykorzystujecie w tej instalacji?

Dźwięk użyty do modelowania niczego nie imituje, jest rozpatrywany jako sygnał, w modelu może zostać wykorzystany każdy znajdujący się w zakresie słyszalności. Dźwięk, sygnał, ma być n-tką uporządkowaną w ramach <x,y,z,w,t> (miejsce w przestrzennym układzie współrzędnych, częstotliwość i natężenie dźwięku). Wynika to z przeprowadzania procesu abstrakcji. Dźwięk nie pełni tutaj roli ilustracyjnej, jedynie organizacja jego ruchu pozwala na konstytuowanie się obrazu w umyśle odbiorcy. Pod n-tkę można podłożyć wszystko, jak pod x w funkcji. Inną zmienną jest charakter samego ruchu, np. jego prędkość, przyspieszenie czy entropia. 

Czy ten model to skończona, zamknięta realizacja?

Nie, można go rozwijać w warstwie technologicznej: można dodać sprzężenie zwrotne z reakcją twarzy, wzbogacić go o śledzenie ruchu głowy. Wówczas po wygenerowaniu dźwięku ruch uczestnika będzie modyfikował strukturę, prowadząc – w wyniku jej transformacji – do powstania innej, niepowtarzalnej formacji. Odbiorca będzie interaktorem i współtwórcą. Producencko jest to dość wyczerpujące przedsięwzięcie, chociaż miało już swoją premierę w kwietniu w przestrzeniach OFF Mariny. Aktualnie rozwijamy ten projekt dalej pod roboczą nazwą budowania rakiety. Mam nadzieję, że kolejna jego odsłona będzie dostępna podczas Nocy Naukowców 2019 na ZUT, a na polu instytucji kultury w TRAFO na przełomie 2019/20.

Co po podróży rakietą (śmiech)?

Wiadomo – malarstwo. I pomorzańska Freedom  Gallery. Ale to miejsce to już inna historia.

 

rozmawiała: Aneta Dolega / foto: Panna Lu / wizaż: Agnieszka Ogrodniczak

 
8( 129)
Sierpień'19
gajda