Aneta Zelek: Musimy się łasić do inwestorów

Jakie wyzwania czekają Szczecin i gdzie czają się zagrożenia? Czy realne jest odbudowanie przemysłu stoczniowego oraz czy nowy stadion i aquapark są trafionymi inwestycjami? Dowiemy się też jak ściągnąć do miasta inwestorów i ile są warte obietnice polityków według prof. dr hab. Anety Zelek. Specjalnie dla „Prestiżu” znana szczecińska ekonomistka, naukowiec i Rektor Zachodniopomorskiej Szkoły Biznesu pokusiła się o zdiagnozowanie kondycji finansowej i gospodarczej stolicy Pomorza Zachodniego.

Autor

Dariusz Staniewski

Pod koniec lipca tego roku niemiecki dziennik „Nordkurier” napisał, że Szczecin może być nie tylko polską, ale również polsko-niemiecką metropolią. Materiał ten był szeroko komentowany przez, nie tylko lokalnych, polityków, samorządowców oraz świat biznesu. Pojawiały się głosy pełne emocji a nawet wręcz histeryczne wypowiedzi twierdzące, że to próba oderwania Szczecina od Polski. Czy Szczecin ma szansę na stworzenie takiej aglomeracji? Czy ona jest nam potrzebna?

Czy nie wydaje się Panu, że to jest trochę odgrzewany kotlet? To nie jest nowa koncepcja, po 2000 roku była już na tapecie. Mówiliśmy wtedy o modelu Szczecina jako zaplecza Berlina. Jak wiemy, to się nie powiodło. Choć w pewnych funkcjach, czy w pewnych aspektach, Szczecin, czy też nasz region rzeczywiście pełni taką rolę. Zacznę od tych banalnych kwestii. Niemcy robią u nas zakupy, korzystają z usług, bo relacje cenowe i kursowe temu sprzyjają. Ale też Niemcy korzystają u nas np. z obiektów kultury. Wystarczy wspomnieć sławną już dzisiaj Filharmonię Szczecińską, która bardzo często gości melomanów właśnie z Niemiec. Choć osobiście nie wierzę w to, że nastąpi pełna integracja i że rzeczywiście staniemy się wielkim ośrodkiem, czy centrum usługodawczym dla landów wschodnich czy dla samego Berlina. Nie dziwi mnie jednak, że systematycznie wraca taka idea i że co jakiś czas o tym dyskutujemy.  

Więcej Polaków w tej chwili jeździ do Niemiec, czy Niemców odwiedza Polskę, w rożnych celach?

To bardzo zmienne zjawiska. One przede wszystkim wynikają z tego, jak aktualnie kształtuje się kurs złotego w stosunku do euro. Teraz, aktualnie mamy słabnący kurs złotówki i dlatego możemy odnotować, że na parkingach hipermarketów w Szczecinie widać więcej pojazdów z rejestracjami niemieckimi. My, Polacy z kolei zasiedliliśmy trochę okolicznych miejscowości przygranicznych po stronie niemieckiej. Choć zdaje się, że to zjawisko ma już mniejszą dynamikę. Atrakcyjność cenowa (mam na myśli ceny nieruchomości), sprzed kilku a nawet kilkunastu lat dzisiaj nam już nie towarzyszy. Nadal jednak wielu szczecinian uznaje zamieszkiwanie kilka kilometrów od Kołbaskowa za atrakcyjne i co więcej – opłacalne. 

Wracając do Szczecina jako aglomeracji. Padają sugestie, że Niemcy mogliby sfinansować jej budowę. Znalazłyby się środki.

To brzmi bardzo apetycznie, jak zawsze kiedy pojawiają się fundatorzy z zewnątrz. Należałoby taką szansę, czy okazję wykorzystać. Nie zwalnia to jednak nas, szczecinian, a przede wszystkim włodarzy miasta,
z troski i dbałości o perspektywy rozwoju Szczecina. Z punktu widzenia nie tylko takiego urbanistyczno-infrastrukturalnego, bo w tej dziedzinie trochę się w Szczecinie dzieje. I tylko ślepiec by nie zauważył, że miasto rzeczywiście pięknieje, że poprawia się infrastruktura drogowa, komunikacyjna. Wystarczy wspomnieć Kolej Metropolitalną – bardzo zaawansowany projekt. Zaniedbana pozostaje jednak cały czas kwestia, o którą zwykle apelują ekonomiści – gospodarka i funkcje gospodarcze Szczecina. To trzeba sobie jasno i bardzo odważnie powiedzieć. Choć przypuszczalnie ja tą wypowiedzią narażę się wielu osobom, to mam odwagę powiedzieć, że przez ostatnie dwie dekady nie odpowiedzieliśmy sobie na pytanie: jeśli nie gospodarka morska, to co? Dlaczego tak formułuję pytanie? Obawiam się, że na reaktywację naszych funkcji stoczniowych, wielkiego ośrodka budującego statki nie ma żadnych szans. Ten polityczny projekt promu – widmo, jest tyleż efektowny co nieefektywny. I jako taki po prostu wywołuje chichot. I nie jest to chichot historii. To jest chichot ekspertów, którzy twierdzą, że ten projekt jest nie tylko nierealistyczny, ale także nierealny. Nie należy nas karmić nadzieją na to, że Szczecin wróci do swojej potęgi stoczniowej, że rozpocznie się tu realna produkcja stoczniowa na wielką skalę i wrócimy do takich rozmiarów produkcji okrętów jakie pamiętamy jeszcze sprzed 2000 roku. Mam na myśli Stocznię Szczecińska zatrudniającą sześć tysięcy pracowników, z olbrzymim zapleczem kooperacyjnym i setkami współpracujących ze stocznią firm. Ja w ten scenariusz nie wierzę. I wielu znawców tego tematu również nie.  

Jeśli nie przemysł stoczniowy, to co?

Pojawiają się ostatnio opowieści o tym, że nasz region czy sam Szczecin może być taką polską „Silicon Valley”, że możemy rozwijać się branżach ICT, czy być kreatorem wspaniałych innowacji. To brzmi bardzo ambitnie, ale na razie pozostaje mrzonką. Ta aspiracja niestety nie znajduje żadnego potwierdzenia w faktach. Wystarczy przytoczyć badania prowadzone w ramach rankingu innowacyjności regionów. Pamiętając, że każdy region stoi swoją największą aglomeracją, okazuje się, że Szczecin na 16 stolic województw jest na 11 pozycji jeśli chodzi o zdolność innowacyjną. Wyprzedzają nas, co oczywiste: Warszawa, Trójmiasto, Wrocław, Kraków, Poznań. Ale wyprzedza nas także Lublin czy Rzeszów. Na tamtym biegunie udało się zreformować gospodarkę w kierunku jej innowacyjności. W Szczecinie nadal tego nie zrobiliśmy. W efekcie, w rozmowach o długoterminowych perspektywach rozwoju miasta zawsze wracamy do tego samego wątku - w Szczecinie nie ma przemysłu, nie ma więc innowacji. 

Może przemysł nie jest nam potrzebny?

Może właśnie powinniśmy sobie odpowiedzieć na takie pytanie: może nie powinno tu być przemysłu? Może coś w tym jest, że Szczecin jako lokalizacja dużych inwestycji przegrywa systematycznie ze Stargardem i Goleniowem, tam gdzie działają wielkie parki przemysłowe i naukowo-technologiczne. Wygląda na to, że te najpoważniejsze inwestycje produkcyjne ciążą dzisiaj w kierunku miejscowości, które są w zapleczu geograficznym Szczecina.

Dlaczego tak się dzieje? Nie potrafimy przyciągać dużych inwestorów? Nie mamy ich czymś zanęcić? Czymś, czym moglibyśmy ich skusić? Nie jesteśmy dla nich atrakcyjni? Cieszymy się sławą fajnego miejsca dla małych firm. 

Gdybyśmy mieli oceniać atrakcyjność inwestycyjną miejscowości, czy miast, to wyraźnie przegrywamy z Goleniowem i Stargardem. A jeśli szukać dalej to przegrywamy nadal z miastami Wielkopolski czy Dolnego Śląska. Przegrywamy. Obiektywnym czynnikiem może być faktycznie nienajlepsza sytuacja, jeśli chodzi o grunty inwestycyjne, które mogą spełniać warunki dla potrzeb lokalizacji produkcji wielkoprzemysłowej. Nasze grunty inwestycyjne, nie są prawdopodobnie tak atrakcyjne. Już nasza sąsiedzka gmina Kołbaskowo ma dużo lepszą sytuację jeśli chodzi o dyspozycyjność gruntową. Mogę też przypuszczać, że również polityka w zakresie podatków terytorialnych nie jest zachęcająca. Nie znam szczegółów tego typu rozmów i negocjacji z potencjalnymi inwestorami. Wiem tylko, że miasto Szczecin ma swoje Centrum Obsługi Inwestorów, które jest odpowiedzialne za ściąganie tutaj dużego biznesu. Ale od lat nie słyszałam, żeby do Szczecina trafił jakiś poważny projekt inwestycyjny. Może więc reaganowski model „małe jest piękne” jest właściwy, a my będziemy się cieszyć dużym odsetkiem tzw. mikroprzedsiębiorstw. Być może to jest nasza przyszłość. Pytanie tylko, czy to pozwoli nam na utrzymanie odpowiedniego poziomu rozwoju. A trzeba zaznaczyć, że Szczecin już dzisiaj cierpi na tzw. niedoborowe tempo wzrostu gospodarczego. Jeśli wziąć pod uwagę, że w ciągu ostatnich 15 lat Polska może się poszczycić przeciętnym przyrostem PKB o 36 a nawet 40 procent, to w Szczecinie, w tym okresie PKB wzrosło zaledwie o kilkanaście procent. We Wrocławiu tempo wzrostu przekroczyło 50, w Poznaniu ponad 40 procent. W Szczecinie, w tym okresie -14 procent. Jesteśmy więc spowolnieni jeśli chodzi o wzrost gospodarczy, a brak dużych firm nie awizuje tutaj znaczącej poprawy. 

Może sprawdzi się marksistowska zasada, że ilość przechodzi w jakość?

To jest jakaś koncepcja. Ale trzeba powiedzieć, że mikrofirmy tak naprawdę żywią się jakimś wiodącym przemysłem. Zwykle pracują
w zapleczu kooperacyjnym, czyli tak naprawdę muszą mieć komu sprzedawać swoje produkty i usługi. A takim potężnym odbiorcą jest wielki przemysł. I tego w Szczecinie brakuje. Rozmowy o tym, że my będziemy wielkim zapleczem Niemiec czy Berlina, że będziemy inter-regionalnym centrum usług BPO, to są koncepcje, które nie gwarantują takiego tempa wzrostu gospodarczego, jaki jest potrzebny do tego żebyśmy mieli do czynienia ze wzrostem poziomu jakości życia w mieście. Bo wydaje się, że na koniec dnia o to właśnie chodzi – żeby się żyło godniej i wygodniej. 

W jednym z wywiadów stwierdziła pani, że zapala dla Szczecina ostrzegawczą lampkę. W którą stronę Szczecin powinien pójść?

Szczecin ze względu na swoją lokalizację, czyli swoiste geograficzne DNA powinien być gigantycznym ośrodkiem logistyczno-spedycyjnym. Ma to związek oczywiście z naszym portem i funkcjami transportowymi oraz z terenami inwestycyjnymi, przeznaczonymi na tworzenie węzłów komunikacyjnych, np. Trzebusz i Dunikowo. Jako dojrzały ekonomista jednak zdaję sobie sprawę, że to tak nie działa! To nie jest tak, że my mamy wolę wpuścić tutaj inwestorów z określonej branży. To inwestorzy z określonej branży szukają sobie dogodnych lokalizacji. Jeżeli je znajdują, to tam się zagnieżdżają, tam się osiedlają. Pytanie: dlaczego Szczecin nie jest postrzegany jako dobra lokalizacja dla różnego rodzaju inwestycji produkcyjnych i usługowych, skoro odległy od Szczecina o 30 km Goleniów okazuje się być fantastyczną lokalizacją. Takie duże inwestycje żywią całą okolicę, dają udział w podatku CIT, dają pracę, wnoszą podatki terytorialne, często same budują lub współuczestniczą w budowie infrastruktury. Duzi inwestorzy potrzebni są w naszym mieście. A my ich od lat nie mamy.

To gdzie tkwi błąd? Rządzący miastem nie potrafią? Może są źle skonstruowane struktury, które mają zająć się pozyskiwaniem inwestorów do Szczecina?

Nie jestem uprawniona do krytykowania takich struktur. Jeśli użyć biblijnego „po owocach ich poznacie”, no to widzimy, że efekt jest taki jaki jest.  Myślę sobie, że to powinien być jeden z najpoważniejszych, strategicznych priorytetów dla miasta – zaktywizowanie Szczecina jako obszaru, w którym tworzymy warunki dla inwestycji i inwestorów. Naprawdę musimy adorować tych inwestorów, łasić się do nich. 

 Pięknym, modelowym wręcz przykładem jest dla mnie Stargard, który znakomicie sobie radzi w polityce lokalizowania inwestycji. Nie udzielę jednoznacznej odpowiedzi dlaczego nam się nie udaje. Twierdzę, że położenie geograficzne jest bezsprzecznie czynnikiem naszej atrakcyjności inwestycyjnej. Ale czy tereny inwestycyjne, które mamy są równie atrakcyjne? – nie wiem. Kolejny wielki znak zapytania to czy nasi włodarze miasta proponują jakieś szczególne warunki preferencyjne dla osiedlania się tutaj firm produkcyjnych. Może w zamierzony sposób postępują tak: nie będziemy lokalizowali tutaj produkcji, bo ona często jest szkodliwa. Będziemy lokalizować tylko funkcje usługowe. Być może taki jest zamysł władz Szczecina. Zresztą w samej Strategii Rozwoju Miasta można wyczytać tego typu deklaracje. Mam jednak nadzieję, że nikt nie odżegnuje się od powitania w Szczecinie dużych inwestorów. 

Argument o naszym bardzo korzystnym położeniu i płynącej stąd rencie geograficznej słyszymy od lat. 

Dlatego twierdzę, że miasto i okolice powinny być wielkim ośrodkiem LST– logistyka, spedycja, transport.  

Co miasto w takim razie powinno teraz zrobić?

Sprzyjać wszystkim inwestorom, którzy chcą tu podjąć rozmowy. Sprzyjać im, nawet za cenę stworzenia pewnych preferencyjnych warunków. Choć rozumiem, że dzisiaj w głównym nurcie polityki gospodarczej w Polsce jest niechęć do udzielania inwestorom - szczególnie tym zagranicznym - preferencji. Powiadamy, że oni na to nie zasługują. Ale twierdzę, że nie ma innej metody na aktywizację gospodarczą. To naprawdę nie jest odkrywcze jeśli powiem, że kondycja finansowa miasta zadecyduje o tym na co możemy sobie w Szczecinie pozwolić, a na co nie. A ta uzależniona przede wszystkim od tkanki gospodarczej i jej podmiotów. To są płatnicy podatków, które stanowią źródło przychodów budżetu miasta. I w ten sposób wkraczam w wątek, który coraz bardziej mnie niepokoi. 

Czyli finanse Szczecina?

Sytuacja budżetu miasta powinna nas niepokoić.

Miasto się zadłuża coraz bardziej.

Tak, kondycja finansowa miasta powinna nas zaniepokoić. Dług miasta narasta w tak szybkim tempie, że w zasadzie powinniśmy dzisiaj już pytać o uzasadnienie dla tak szybko rosnącego zadłużenia. Podam dwie liczby: jeszcze w 2018 roku dług miasta Szczecina nie przekraczał jednego miliarda złotych. W 2019 roku sięgnął powyżej 1,6 miliarda złotych! Co to oznacza? To jest zaskakujący wzrost o ponad 60 procent. Na co idzie te 600 milionów złotych? Na dwie równolegle prowadzone gigantyczne inwestycje miejskie: Stadion Pogoni oraz Fabrykę Wody, czyli aquapark. I choć ja mam świadomość tego, że się narażam teraz kibicom, albo narażam się miłośnikom kąpieli wodnych, muszę powiedzieć, że to chyba za dużo na raz. Nie twierdzę, że te inwestycje nie są potrzebne. Pytam tylko dlaczego zbiegły się w jednym czasie i narażają nasze miasto na niekontrolowane i niebezpieczne zadłużanie. 

Przez wiele lat mówiło się, że Szczecin ma zachowawczą politykę jeśli chodzi o kredytowanie przedsięwzięć inwestycyjnych. Byli tacy, którzy zarzucali władzom miasta, że „nie mają odwagi brać kredytów i inwestować”. Rzeczywiście, kiedy zestawialiśmy w rankingach Szczecin na tle innych miast, to wypadaliśmy dobrze. Jedni mówili: „dobrze, bo nie ryzykownie”. Drudzy, że „źle, bo brakuje odwagi inwestycyjnej”. Dzisiaj wspinamy się na czoło listy najbardziej zadłużonych dużych miast wojewódzkich. Obawiam się, że będziemy ponosić tego konsekwencje. Jestem ekonomistą i wiem, że właśnie wkraczamy w fazę szybko rosnącej inflacji, która spowoduje wzrost stóp procentowych, czyli wzrosną koszty obsługi tego długu. Aktualnie wynoszą one około 100 mln złotych rocznie. Nie muszę nikomu uświadamiać co można w mieście zrobić za takie pieniądze. Ale już dzisiaj idę o zakład ze skarbnikiem miasta, że odsetki od kredytów będą w kolejnych latach rosły i to dynamicznie. I w ogóle nie pociesza mnie fakt, że mniej więcej 20 a może 30 procent zadłużenia naszego miasta jest zadłużeniem w euro, co ma eliminować ryzyko rosnącej w Polsce inflacji. Trzeba pamiętać, że w warunkach inflacji, kurs polskiej złotówki do euro będzie się zmieniał w kierunku słabnięcia złotego. To znowu spowoduje, że żeby obsłużyć zadłużenie kredytów w euro trzeba będzie zapłacić więcej. To są pewne niebezpieczeństwa, na które nie można przymykać oczu. Dlatego mam odwagę powiedzieć -  już błyska lampka ostrzegawcza. Jeśli obejrzeć strukturę wydatków, inwestycyjnych, to ja znajduję uzasadnienie dla wielu inwestycji typu Miejska Kolej Metropolitalna. Potrzebna i konieczna. Ale kontestuję koncepcje budowy wielkiego stadionu. Tam koszty budowy szacuje się na ponad 400 mln złotych. Na budowę aquaparku ponad 350 mln złotych. Twierdzę, że inwestycje te narażają nas na głębokie zadłużenie i w ogóle nie zbliżają nas do wizji „Miasta Przyszłości”. Na świecie to się nazywa model „Smart City” – miasta innowacyjne, nowoczesne, z dobrymi rozwiązaniami komunikacyjnymi, ekologicznymi i społecznymi. My tymczasem wydajemy pieniądze, których nie zarobiliśmy na rzeczy, które imponują tylko nielicznym. 

Ale nie można przecież nie brać pod uwagę potrzeb mieszkańców.

Mam do tego wielki respekt i szacunek. Rozumiem, że melomani zgłosili potrzebę posiadania filharmonii i opery. Kibice potrzebują dużego stadionu, a inni chcą po prostu pójść na basen. Mówię tylko, że tego typu przedsięwzięcia trzeba harmonogramować w czasie i trzeba je wyskalować na miarę potrzeb oraz możliwości. Obawiam się, że obie inwestycje są za duże, za drogie i realizowane w niezbyt dobrym momencie.

Zapominamy też o kosztach utrzymania obu inwestycji.

To oczywiste, że tego typu obiekty jako podmioty municypalne, czyli miejskie będą generowały koszty eksploatacji, a te znajdą się w następnych latach po stronie wydatków w budżecie miasta. A nie są to bagatelne kwoty.

Ale skarbnik miasta pewnym głosem zapewnia, że wszystkie wydatki są pod pełną kontrolą i nie musimy się obawiać jakichś nagłych wydarzeń związanych z finansowaniem Szczecina.

Ja tu skomplementuję pana skarbnika Stanisława Lipińskiego. Rzeczywiście mam zaufanie do jego kompetencji i profesjonalizmu. Udowodnił przez tyle lat, że potrafi pilnować równowagi budżetu miasta. Jeśli brać pod uwagę ustawowe rygory, które decydują o tym do jakiej wysokości gmina może się zadłużyć, to my spełniamy te wskaźniki. Ale twierdzę, że wskaźniki wynikające z ustawy nie mogą zwalniać nas z myślenia i z rozwagi! Mamy w budżecie i planie inwestycyjnym Szczecina za dużo rozrywki i za mało rozwagi! Nie złapaliśmy balansu. 

Widzi pani coś optymistycznego w aktualnej sytuacji gospodarczej Szczecina?

W mieście wiele się zmienia, wiele miejskich i regionalnych inwestycji modernizujących miasto robi wrażenie. Pytanie czy jest ich dostateczna ilość. Czy potrzebujemy ich więcej? Czy trzeba przekierowywać środki na inne dziedziny? Nie rozstrzygniemy tego dylematu, bo ilu dyskutantów, tyle opinii. Ale to nie jest najlepsza passa dla Szczecina. Powtórzę jeszcze raz: Szczecin ma niedoborowe tempo wzrostu gospodarczego i wyjątkowego pecha jeśli idzie o inwestycje przemysłowe. Ale z drugiej strony: skoro to nie politycy budują gospodarkę, to nie ma chyba powodu, abyśmy skrajnie krytycznie oceniali stan miasta i sposób rządzenia w mieście.

Aktualnie rządzący w Polsce twierdzą, że nigdy nie było tylu środków finansowych przeznaczonych na Szczecin oraz region jak w ciągu ostatnich czterech lat.

Zupełnie tego nie kupuję. To jest kampania wyborcza, w ogóle to do mnie nie przemawia.

Ani na przykład tunel do Świnoujścia, ani tor wodny do głębokości 12,5 metra?

O tak! To robi wielkie wrażenie. Ale to przedsięwzięcia, które tak naprawdę były planowane przez dziesięciolecia i w końcu dochodzą do skutku. Pamiętajmy jednak, że te projekty robimy na kredyt a my, Polacy będziemy musieli te kredyty spłacać.

A propos wyborów. Przed nami kolejna kampania i kolejne obietnice polityków.

Jesteśmy świadkami takich obietnic już od dłuższego czasu, na przykład uparte zapowiedzi ministra Gróbarczyka, który nadal twierdzi, że będzie aktywizowana szczecińska produkcja stoczniowa, że to uratuje od niechybnego upadku Stocznię Remontową Gryfię. Ale to nie z woli polityków dzieje się przemysł. Przemysł dzieje się z woli biznesu i inwestorów. Jeżeli politycy mówią, że wezmą publiczne pieniądze i zainwestują je w jakieś przedsięwzięcie biznesowe, to ja im nie ufam już po pierwszym zdaniu. I to samo proponuję wszystkim, szczególnie w sezonie kampanii wyborczej. Proszę nie wierzyć w to co nam obiecują w sferze gospodarczej i socjalnej. Po trzydziestu latach demokracji w Polsce, choć wciąż niedojrzałej, powinniśmy już być mądrzejsi, powinniśmy już odbierać zapowiedzi kampanijne ze sporą dawką krytycyzmu. Nawet nieuważny obserwator polityki w naszym kraju zdołał się zreflektować, że „jak politycy mówią, że zrobią, to mówią!”. 

Dziękuję za rozmowę.

 
9( 130)
Wrzesień'19
gajda