Skarb na wysypisku

Idąc, trzeba uważnie patrzeć pod nogi, bo przecież skarby leżą na wyciągnięcie ręki. Czasami na wysypisku śmieci. By taki skarb znaleźć, trzeba mieć dobre oczy i wyobraźnię. Znany szczeciński prezenter i DJ, Jurek Krasiński, wyobraźnię ma ogromną. Na tyle, by zapomniany przez ludzi oraz urzędników miejskich skrawek Szczecina, zmienić w atrakcyjne, pełne uroku miejsce. Siedzimy na tarasie jego domu, 15 metrów od brzegu Odry, a obok nas Mirek Grenia i Marek Kolbowicz, którzy także włączyli się w projekt Jurka. Wokoło kilkanaście estetycznych domków, przy pomoście łódki, żaglówki. Nad nami szybuje „miejscowy” orzeł.

Autor

Szymon Kaczmarek

galeria

Nasuwa mi się oczywiste pytanie. Jak to się zaczęło?– spoglądam na pomysłodawcę.– Wypływając łodzią z wąskiego kanału przystani „Delfin”, przez dwadzieścia lat patrzyłem na niewielką, zarośniętą chaszczami zatoczkę. Pewnego dnia, postanowiłem zobaczyć jak wygląda te miejsce od strony lądu? Dojść do brzegu Odry było nie sposób. Z jednej strony bagno, gęstwina zarośli, po prostu dżungla,  z drugiej zbocza dawnego wysypiska śmieci. Dziś na jego miejscu stoi oczyszczalnia ścieków. Nad samym kanałem stało kilka byle jakich bud, będących schronieniem dla okolicznych pijaczków. Całość zakrzaczona, zaniedbana, zapomniana. Pomyślałem,  a może by tak ten skrawek świata wydzierżawić? Uporządkować, zrobić marinę  z prawdziwego zdarzenia? Postawić domek w środku miasta nad dziką, piękną rzeką, dziesięć minut drogi od Bramy Portowej? Pokazałem te miejsce Mirkowi Greniowi i Januszowi Kibale i…zaczęliśmy działać – mówi Jurek Krasiński.

Kieruję spojrzenie na Mirka Grenia. Zadaję mu pytanie z niedowierzaniem: We trzech rzuciliście się na tę dżunglę? – Przygotowaliśmy potrzebną dokumentacje, zrobiono pomiary, złożyliśmy papiery o dzierżawę w urzędzie i nie czekając na odpowiedź, do roboty. Czym kto miał, siekiera, nóż, piła, rżnęliśmy i karczowali od świtu do nocy. Około dziewięciu tysięcy metrów kwadratowych. Na warsztacie porobiłem siekiery ze starych pił tarczowych. One najlepiej cięły to zielsko. Kiedyś ściąłem drzewo, które mnie trochę przygniotło, na szczęście bluszcze i powoje uratowały mi skórę – odpowiada Mirek Grenia. Znów zwracam się do Jurka. Jak na wasze plany zareagowali urzędnicy?–dopytuję. –Gdy mój nierealny trochę plan zaczął przyjmować jak najbardziej realne kształty, zaczęły się schody. Oczywiście urzędowe. Jeden z radnych powiedział, że „miasto nie może szafować gruntami”, inny że „jak wydzierżawią teren, to będzie tak samo jak z plażą mieleńską i wieżą Bismarcka”. Nie było łatwo. Nieocenioną pomoc okazał radny Marek Kolbowicz, który od początku zobaczył w tym miejscu to, co my widzieliśmy w naszych marzeniach: piękniejszy kawałek Szczecina– wyjaśnia Jurek Krasiński, a ja już szykuję pytanie do następnego rozmówcy. Widzę, że na twarzy Marka Kolbowicza pojawił się uśmiech. Pytam go o „Marinę”.

–Znałem ten zakątek Odry od lat. Tędy wiodły moje treningowe szlaki. Wielu radnych nie wyobrażało sobie tutaj przystani, ale kilka wizyt na miejscu radykalnie zmieniło ich opinię. Dziś stowarzyszenie ma w urzędzie wielu kibiców. „Marina” to inicjatywa zdecydowanie upiększająca nasze miasto, a sam pomysł godny naśladownictwa– mówi radny. Znów wracam do Jurka. Jestem ciekaw, jakie były kolejne kroki po wykarczowaniu zarośli. –Problemy urzędowe zeszły na plan dalszy, a my zabraliśmy się za podwyższenie i utwardzenie terenu. Ziemię załatwiliśmy z jednej ze szczecińskich budów. Wozili ją gdzieś za Gryfino, więc gdy zaproponowałem, by przywieźli ją tu, zgoda była natychmiastowa. Przy cztery setnej ciężarówce przestałem je liczyć. – opowiada Jurek.–Wszystkim się to opłaciło. Dziś jesteśmy wyżej niż wały przeciwpowodziowe na Wyspie Puckiej– dodaje.

Kolejne pytanie kiełkuje w mojej głowie. Teren gotowy, przydałby się dach nad głową… Co z budynkami? – pytam dalej Jurka. – Domków szukaliśmy po całej Polsce. Byliśmy nawet w Żywcu, a znaleźliśmy na Mierzynie w Szczecinie. Tanie, funkcjonalne i jak widać ładne. Średnia powierzchnia to około 60 m2. W stanie surowym zamkniętym to niecałe 50 tys. zł. Oczywiście, wykończenie wnętrza to już kolejna robota dla nas. Wspólnymi siłami przygotowaliśmy podstawy domów. Na własnych plecach ciągnęliśmy kabel energetyczny z pobliskiej oczyszczalni. Kopaliśmy kilkaset metrów rowu pod wodociąg. Łatwo nie było, ale za to o wiele taniej. Kiedy pomyśleć, że kawalerka na pobliskich Pomorzanach, na czwartym piętrze bez windy kosztuje ponad 160 tysięcy, to aż gęba się śmieje. Pierwszy dom Mirka Grenia postawiliśmy w grudniu, mój był drugi. Jaka frajda, człowieku! Stoi chałupa… Pierwsza wspólna wódka, plany na przyszłość, a na następny dzień znów do roboty. Domki rosły jeden po drugim. Dziś stoi ich piętnaście, a gdy ktoś mi powie: „O, najpiękniejszy teren sobie wzięli” to szlag mnie trafia. My go nie „wzięliśmy”, lecz wyszarpaliśmy z bagniska– wyjaśnia Jurek Krasiński. Czy od początku działaliście jako stowarzyszenie? – jestem tego ciekaw. 

Widzę, że Jurek otwiera usta, by odpowiedzieć. – Oczywiście. Od samego początku działamy jako Stowarzyszenie Miłośników Odry Zachodniej „Marina”. W planach mamy szkolenia wodniackie młodzieży, możliwość zrobienia patentów motorowodnych i jachtowych, imprezy kulturalne, koncerty. Na stoku dawnego wysypiska budować będziemy niewielki amfiteatr, obok świetlicę z prawdziwego zdarzenia. Będzie też możliwość dla szczecińskich wodniaków, cumowania i zimowania jednostek pływających – odpowiada pomysłodawca projektu. Spotkanie powoli dobiega końca. 

Żegnamy się. Dopijam wieczorną kawę na nadodrzańskim tarasie i Jurek już odprowadza mnie do bramy „Mariny”. Widzę, że chciałby coś jeszcze dodać, więc zamieniam się w słuch. –  Mamy tu „swoje” orły, bobry, dziki. Mamy wschody słońca nad Odrą, przystań dla łódek, dach nad głową. Zbudowaliśmy to sami, nie wyciągając ręki po fundusze unijne, czy miejskie. Za oczyszczenie z mułu zatoczki zapłaciliśmy sami, choć przecież to publiczna droga wodna, należąca do Zarządu Gospodarki Wodnej. Nikt z nas nie jest milionerem, więc większość prac wykonujemy sami. Często przy pomocy przyjaciół, znajomych. Bo w przyjaźni jest siła. Dziś skupiamy się na przygotowaniu do działalności statutowej. Pewnym wzorem dla nas jest Miasteczko Portowe w Urazie pod Wrocławiem. Mamy z nimi wspaniały kontakt i również nieocenioną pomoc. Nasi przyjaciele mają już kilkuletnie doświadczenie, które pokazuje, że takie inicjatywy mają sens, a ja uparcie będę dążył do realizacji swoich marzeń– mówi na pożegnanie Jurek, a ja z jeszcze większym podziwem spoglądam na jego skarb.

„Marina” Stowarzyszenia Miłośników Odry Zachodniej to wyrwany błotom i nieużytkom skrawek piękniejszego dziś Szczecina. Podobnych miejsc, które można by zagospodarować, jest nad Odrą wiele. By je zmienić wystarczy wyobraźnia, upór i… sporo pracy. Jerzy Krasiński to człowiek uczynny. Chętnie podzieli się swoimi doświadczeniami. Może skontaktują się z nim pomysłodawcy idei „szczecińskiego pływającego ogrodu”? Może inni pasjonaci naszej Rzeki. On już wie, jak to się robi.
9( 130)
Wrzesień'19
gajda