Autor

Szymon Kaczmarek

Od dwóch miesięcy mam nowe stanowisko. Biuro z dostępem do mediów wszelakich, widok na świat piękny nawet jesienią i przyzwoitą płacę. Trudno narzekać. Praca jest zmianowa: raz pracuję, a raz nie. Na zmianę. Zaczynam o dziewiętnastej, kończę po dwunastu godzinach. Lubię samotność nocy z jej ciszą przerywaną tajemniczymi dźwiękami. Najbardziej dźwięczą dziki, ale one przestały już być dla mnie tajemnicą. Wyjdę na ganek, klasnę w dłonie i patrzę jak obrażone wracają świńskim truchtem w swoje chaszcze. W mojej pracy mam czas na ten archaiczny sposób spędzania czasu, jakim jest rozmyślanie. Fakt, czynność to nie popularna, ale też nie mam zbyt licznej widowni, przed którą musiałbym się czerwienić. Nie licząc dzików, lecz kto by tam się dzika wstydził? No, jest też bóbr, ale on zajęty jest bardziej swoimi sprawami i na wygłupy człowieka czasu nie marnuje. Siedzę więc w swojej pracy i się wygłupiam, znaczy świruję… w sensie: rozmyślam. Raz na czas jakiś, wyjdę z biura, połażę po terenie, w niebo popatrzę, w ciemność i znów wracam do myślenia. Głowa nie boli. Czasem kawę zrobię, czasem nie. Na ekranie mam monitoring. To taki wynalazek dla leniwych. Patrzysz, leje, nie wychodzisz, a widać co się dzieje, lub nie. Częściej się nie dzieje. To myślę sobie, bo co tak bezmyślnie będę siedział? Jeszcze za bezmyślność w tym kraju nikt nikomu nie płaci? Chociaż, gdy popatrzeć wokoło… Ale ja nie z tych. Myślę więc. Siedzę i myślę. Taki Kozidrak bardziej ze mnie ostatnio.

Tematów bez liku. Ot, gdzie byś nie rzucił szarą komórką, temat jak złoto. Myślę sobie, czy wśród moich znajomych nie mam czasami jakiegoś kombatanta AK z kamieniczką niewielką? Albo, dlaczego oglądam w państwowej tiwi za własne pieniądze Zenka Martyniuka, choć zgoła wolałbym zapłacić za Możdżera? Myślę też o graficznym symbolu największego przekleństwa ludzkości od samego zarania jej dziejów. Symbol ów prosty i powszechny jest. Idea w nim zawarta równie powszechna, choć już nie tak wcale prosta. Symbol wygląda tak „: „ A w zasadzie jeszcze prościej: No, nie bądź taki zdumiony Czytelniku. Dobrze myślisz, to dwukropek – znak dzielenia. Dzielenia wpajanego nam od lat najmłodszych. Podział na dziewczynki
i chłopców, grzecznych i niegrzecznych, ładnych i mniej pięknych, grubych i chudych, bogatych i biednych, ze wsi i z miasta…

Dwukropek dzieli ludzi i narody. Rasy i religie. Ideologie i ceny benzyny na stacjach paliw. Gdzie okiem nie rzucić, dwukropek. Były próby unieważnienia go, choćby w sferze ubioru. Niejaki Mao zadysponował swojego czasu uniwersalny, jednorodny strój dla wszystkich milionów swojego narodu. Dziś, także nie brak kontynuatorów tej wzniosłej myśli. W Korei Kima faceci mają mieś takie same fryzury. Można? Można. Równo, identycznie, bez wymyślnych podziałów na przedziałek z lewej, albo z prawej. Ale co tam daleko szukać? Popatrz przez okno. Jedyny słuszny obywatel, to heteroseksualny katolik patriota, o prawicowych poglądach i lewicowych oczekiwaniach socjalnych. Hop! Hop! kto z nami nie skacze, ten po drugiej stronie dwukropka!

Tabliczka dzielenia. Nie musisz uczyć się jej na pamięć. To ona wciąż pamięta o Tobie. Obecna w każdej chwili Twojego życia. Od piosenki zespołu 2+1 „To co się da…” po hasła na akcji charytatywnej nawołujące do dzielenia się z innymi. Ano, waśnie! Dwukropek jednak ma i swoją jasną stronę mocy. Od tej powszechniejszej, ciemnej, odróżnia ją jedna literka. Zet. Dziel się z kimś, kto podziału potrzebuje. Podziału serca, miłości, czasem i dóbr materialnych.

Jak miło mi dzielić się z Czytelnikami Prestiżu, myślami, które przychodzą do mojego siwiejącego łba, na nowym stanowisku pracy. Kozidrakuję więc: siedzę i myślę…

10( 131)
Październik'19
gajda