Dawid Ogrodnik: Cierpię i gram najlepiej jak potrafię

Aktor wybitny, znany ze spektakularnych metamorfoz i ról, które przejdą do historii polskiego kina. Dawid Ogrodnik na zakończonym niedawno Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni zachwycił publiczność i jury rolą niewidomego pianisty Mietka Kosza, zapomnianego polskiego muzyka jazzowego, który odnosił wielkie sukcesy w Polsce i na świecie. Z Dawidem rozmawiamy nie tylko o roli Mietka Kosza, ale też o lęku, bolączkach polskiego kina i cierpieniach młodego aktora. 

Autor

Jakub Jakubowski

galeria

Niewątpliwie jesteś dobrym aktorem, o czym świadczą nie tylko nagrody, ale przede wszystkim Twoje role. Zapytam jednak, czy po filmie „Ikar. Legenda Mietka Kosza” jesteś również dobrym pianistą?

Nigdy nie wypadało mi mówić, czy jestem dobrym aktorem i tym bardziej teraz nie wypada mi mówić, czy jestem dobrym pianistą. Po prostu wykonuję swój zawód najlepiej jak potrafię. Z muzyką jestem zaprzyjaźniony od dziecka, starsza siostra grała na fortepianie, młodsza na skrzypcach, ja z kolei na klarnecie. A fortepian skończyłem w szkole muzycznej drugiego stopnia, niemniej nigdy się z tym instrumentem nie zaprzyjaźniłem, sprawiał mi problemy. Gdy po latach wróciłem do niego za sprawą roli Mietka Kosza miałem sporo obaw, czy sobie poradzę. Na szczęście podstaw się nie zapomina, a reszta to mozolne przygotowania, cała masa prób. 

Rozumiem, że wszystkie te brawurowe i trudne partie muzyczne pokazane w filmie „Ikar. Legenda Mietka Kosza” zagrałeś samodzielnie, bez dublera?

Tak, ale było to bardzo trudne i na początku okupione frustracją. To co chciałem osiągnąć, było bardzo odległe, początkowo nie wiedziałem też, jakich środków użyć, aby być w tej roli możliwie najbardziej wiarygodny. Pracę nad nią zacząłem od lekcji pianina u poleconego przez Leszka Możdżera nauczyciela, ale bardzo szybko zrozumiałem, że nie jest to dobry kierunek – mimo, że skończyłem szkołę muzyczną, nie byłem w stanie w trzy miesiące osiągnąć poziomu, który pozwoliłby mi zagrać te utwory samodzielnie, wymagałoby to lat ćwiczeń. Wtedy zadzwoniłem do Leszka Możdżera i poprosiłem, żeby wysłał mi swoje interpretacje tych utworów i nagrania siebie, kiedy gra – z różnych kamer, z różnych ujęć, tak abym mógł oddać wiarygodnie jego grę. Starałem się go naśladować. 

Mietek Kosz, jak większość ludzi wybitnych i niesamowicie wrażliwych, musiał mierzyć się z wewnętrznymi demonami. Jakie to demony?

Poczucie samotności, odrzucenie w miłości, niezrozumienie, brak oparcia w bliskich ludziach i wiele innych demonów. To jest proza życia, te demony są uniwersalne, mogą dotyczyć każdego, nie tylko tak wrażliwego artysty jakim był Mietek Kosz. Każdy też radzi sobie z nimi na swój sposób. Lub nie radzi, jak to było w przypadku Kosza. Początkowo ucieczką była dla niego muzyka, potem alkohol. 

Ratunku szukał w miłości.

Tak. I doświadczył odrzucenia, które bardzo przeżył. Potem z kolei on odrzucał miłość, którą w końcu znalazł. Uczuciowy roller coaster. Kobiety, które pojawiły się
w życiu Mieczysława Kosza, pomogły mu zaakceptować w pełni siebie jako pełnowartościowego człowieka. Pomogły mu pogodzić się z tym, że jest niewidomy. Dzięki nim zrozumiał, że jest wyjątkowy. Nie musiał już żebrać o miłość. Dla mnie to jest pewne uniwersalne przesłanie tego filmu – dopóki nie zaakceptujemy i nie pokochamy siebie, zawsze będziemy szukać tej miłości u innych, jej wciąż nowych odsłon. 

Mietek Kosz powiedział znamienne słowa: „Ja naprawdę lubię muzykę, ale najbardziej cenię taką, która przygnębia, wpycha mnie w siebie, sprawia, że czuję, że życie jest dramatyczną przygodą do samego końca”. Czy jego życie było dramatyczne?

Biorąc pod uwagę jak skończył swoje życie, ile w życiu wycierpiał, to z pewnością można je tak określić. Te słowa były dla mnie pewną inspiracją jak zbudować tę postać, niemniej Maciej Pieprzyca chciał pokazać złożoność życia Mietka Kosza, jako mieszankę goryczy i smutku, radości i humoru, miłości i pasji. Jako nieustającą wielką improwizację. Dokładnie takie, jak jego muzyka. Lektura biografii Mieczysława Kosza była dla mnie niesamowitym przeżyciem. Równie inspirująca okazała się historia pojawienia się jazzu w Polsce.  W historii Kosza najbardziej poruszyły mnie jego dzieciństwo, trudne warunki, które panowały na wsi, gdzie dorastał, i okoliczności, w jakich znalazł się w ośrodku dla niewidomych w Laskach. Jest mi to bliskie, ponieważ sam urodziłem się na wsi i wiem, jak trudno wybić się stamtąd i osiągnąć sukces jako artysta. 

Mietek Kosz jest niewidomy, bardzo szczupły. To kolejna Twoja rola wymagająca dużej fizycznej metamorfozy, wspomnijmy chociażby film „Chce się żyć”, notabene również Macieja Pieprzycy, w którym zagrałeś chłopaka z głębokim porażeniem mózgowym. 

No tak, można powiedzieć, że Maciej Pieprzyca doprowadza Ogrodnika do kresu wytrzymałości (śmiech). Ale tak na poważnie, to jest kwestia uczciwości wobec widza, wobec reżysera i producenta, ale przede wszystkim wobec samego siebie. Aktorstwo wiąże się z wchodzeniem w inny świat, w czyjeś buty i trzeba być w tym po prostu autentycznym. Jeżeli rola wymaga metamorfozy, to nie mam nigdy wątpliwości i po prostu robię co w mojej mocy by jak najwierniej oddać mojego bohatera. 

Dużą metamorfozę musiałeś przejść przygotowując się do roli Mietka Kosza?

Do tej roli musiałem dużo schudnąć. Mietek Kosz był drobny, ważył 63 kg, ja przed zdjęciami miałem na wadze 75 kg. Sporo czasu poświęcałem na intensywne treningi w siłowni. Podczas nich nieustannie słuchałem utworów, które przygotowywałem do filmu. Potem doszedł jeszcze temat samych ruchów przy fortepianie. Niestety, w przypadku Kosza dysponowaliśmy tylko jednym krótkim nagraniem z koncertu, na którym był dosyć statyczny. Kolejnym etapem były więc próby dopasowania tego ruchu do muzyki. Początkowo zupełnie mi się to nie udawało. Był to dla mnie moment załamania. Zacząłem szukać odpowiedzi w muzyce. Jeszcze intensywniej wsłuchiwałem się w utwory, dałem się im ponieść i wtedy udało mi się w końcu – mam nadzieję – oddać ducha Mieczysława Kosza. 

Zagrałeś wybitnego muzyka – to już jest duże wyzwanie. Ale zagrać wybitnego, niewidomego muzyka to już poprzeczka podniesiona naprawdę wysoko. 

I ja to czułem na każdym etapie zdjęć. Z jednej strony mówimy o niepełnosprawności Kosza, a z drugiej – o jego wielkim talencie muzycznym i o tym, jak jedno determinuje drugie. To była bardzo trudna rola do przygotowania, a reżyser ponownie zostawił mi bardzo duże pole do interpretacji. Przygotowania do roli rozpoczęły się od odwiedzin ośrodka dla niewidomych w Laskach. Spotkałem się z dyrektorem tej placówki i podopiecznymi. Miałem szansę przyglądać się temu, jak funkcjonują. Potem kupiłem podręcznik dla wychowawców osób niewidomych, który uczy, jak przygotować ich do samodzielnego funkcjonowania w społeczeństwie. Obejrzałem kilka filmów o osobach niewidomych: „Zapach kobiety”, „Imagine”, „Carte Blanche”, oglądałem m.in. świetny dokument „Kraina ciszy i ciemności” Wernera Herzoga. 

Zastanawia mnie jaka jest rola oczu przy kreowaniu roli osoby niewidomej. 

A to jest bardzo ciekawy temat. W filmach często widzimy, że aktorzy grający niewidomych patrzą w jeden punkt, gdzieś daleko. Ja, oglądając dokumenty o osobach niewidomych, rozmawiając z nimi, nigdy nie zauważyłem, żeby gałki oczne ludzi niewidomych tak zastygały, raczej poruszają się w niekontrolowany sposób. Tak też zdecydowałem się pokazać oczy mojego bohatera. Bardzo ważne było dla mnie również spotkanie z niewidomym producentem muzycznym, który prowadzi swoje studio nagrań. To spotkanie było niesamowite, ponieważ w czasie, który z nim spędziłem, trudno było mi uwierzyć, że rzeczywiście jest niewidomy. Z taką swobodą i pewnością się poruszał! Wtedy zrozumiałem, że można być niewidomym, a jednak w znanej sobie przestrzeni funkcjonować właściwie tak, jakby się widziało. 

Jesteś po kursie hipnozy, pracujesz z oddechem, zrobiłeś kurs pracy z lękiem, strachem i podświadomością. Jesteś aktorem, który inwestuje w siebie?

Nie wyobrażam sobie, aby było inaczej, tym bardziej, że aktorstwo to praca na emocjach, dotykająca najgłębszych pokładów ludzkiej wrażliwości. To zawód wymagający też olbrzymiej pokory. Na studiach niestety tego nie uczą. A w tym zawodzie niezwykle ważne jest, aby wiedzieć w jakim momencie życia jesteś, jak widzisz swoją przyszłość, jak kierujesz swoją karierą. Te kursy pomagają mi też w pracy na planie, a praca ta wiąże się przecież z dużą odpowiedzialnością. Nie mogę pozwolić by strach paraliżował mnie przy wyjściu na scenę czy na plan. Krystian Lupa, w którymś ze swoim spektakli użył takiego sformułowania, że młodym artystom nie powinno się pomagać, że ten rodzaj cierpienia uszlachetnia, że ten, któremu przychodzi wszystko łatwo nie uszlachetni swojej duszy w ten sposób jak zrobi to osoba, które pewną drogę bólu i cierpienia przejdzie. Jeżeli rola, w którą wchodzę wymaga bólu i cierpienia, to nie zastanawiam się, czy można inaczej, po prostu cierpię i gram najlepiej jak potrafię. 

IKAR. LEGENDA MIETKA KOSZA

To inspirowana prawdziwymi wydarzeniami historia niewidomego geniusza fortepianu. Mietek jako dziecko traci wzrok. Jego matka oddaje go pod opiekę sióstr zakonnych w Laskach. W ośrodku dla niewidomych chłopiec odkrywa, że muzyka może się dla niego stać sposobem na to, by na nowo widzieć i opowiadać świat. Mietek zostaje świetnym pianistą klasycznym, jednak gdy odkrywa jazz, ma już tylko jeden cel – zostać najlepszym pianistą jazzowym w Polsce. Odnosi coraz większe sukcesy, nie tylko w kraju, lecz także na świecie. Wygrywa prestiżowy Montreux Jazz Festival. W jego życiu niespodziewanie pojawia się charyzmatyczna wokalistka Zuza. To spotkanie wszystko zmienia. „Grając, widzę. Dopóki gram, jestem zdrowy” – tak mówił o sobie i swojej muzyce. To film o podążaniu za marzeniami wbrew trudom codziennego życia, nieprzychylnym czasom i innym ludziom. To historia buntownika, który chciał grać jazz, żyć po swojemu, o jego drodze na szczyt i walce z demonami – samotnością, nałogiem oraz brakiem miłości. To także opowieść o cenie, którą płaci się za marzenia i geniusz. Film zdobył Srebrne Lwy tegorocznego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni oraz pięć innych ważnych nagród, w tym za pierwszoplanową rolę męską dla Dawida Ogrodnika i za muzykę dla Leszka Możdżera. Premiera w kinach 18 października. 

Ponoć nigdy nie jesteś zadowolony z efektu, z roli, którą stworzyłeś?

To nie tak, że nie jestem zadowolony. Zawsze jednak patrzę na to z perspektywy, że nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być jeszcze lepiej. Czasami patrzę i myślę, że mógłbym tę emocję zagrać inaczej i pewnie dałoby to lepszy efekt. Oczywiście, cieszą mnie pozytywne opinie, pochwały, ale tak jak już powiedziałem, mam w sobie wiele pokory i jeszcze wiele przede mną, w tym oczywiście nauki. 

To skoro o tym co przed Tobą. „Ikar. Legenda Mietka Kosza” niedługo na ekranach kin, a Ty pewnie znowu na jakimś planie zdjęciowym?

Przede mną zdjęcia do filmu „Broad Peak”. To historia wybitnego polskiego himalaisty Macieja Berbeki i zimowej wyprawy na Broad Peak, która, jak wiadomo, zakończyła się tragicznie. Po zdobyciu szczytu, w czasie zejścia zginęli Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski. Adam Bielecki i Artur Małek dotarli do obozu. W tym filmie wcielam się w postać Adam Bieleckiego. Pracuję też nad filmem „Najmro”, w którym jestem Zdzisławem Najmrodzkim, polskim złodziejem zwanym królem ucieczek. Najmrodzki w latach 70. i 80. aż 29 razy uciekał z aresztów, więzień, konwojów, wymykał się policyjnym pościgom. Był niezwykle barwnym facetem, który umiłował wolność i swobodę. 

Zagrałeś już hip-hopowca, niewidomego muzyka, mężczyznę z porażeniem mózgowym, niezwykle złożonego Tomasza Beksińskiego, a w Teatrze Telewizji w sztuce Juliusza Machulskiego grałeś geja. Nie korci Cię jakaś rola z cyklu lekkich, łatwych i przyjemnych…?

W polskim kinie żadna rola nie jest lekka, łatwa i przyjemna, bo polskie produkcje wyciskają z aktora ostatnie pokłady sił i energii. Mam wrażenie, że przyszedł czas, żeby coś z tym zrobić, bo na dłuższą metę tak się nie da. Nie można robić filmu, który wymaga 60 dni pracy w 30 dni, grając po czternaście i więcej godzin dziennie, nierzadko kończąc dzień zdjęciowy na kroplówce. Ja już tak pracować nie zamierzam. Mało czasu, mało pieniędzy i tyranie poza granice własnych możliwości. Nie da się w polskim kinie, grając główne role, nie podupaść na zdrowiu.

 
10( 131)
Październik'19