Nurkowanie ekstremalne

– Jednym z najpiękniejszych miejsc, w których nurkowałem, są Filipiny. Zobaczyłem tam dziewięć jednostek japońskiej armii zatopionych podczas II wojny światowej – opowiada Olgierd „Olo” Kluz. Płetwonurek kilka miesięcy temu wpłynął też do wraku promu Jan Heweliusz. – Pobyt w nim daje dużo do myślenia – przyznaje. 

Autor

Andrzej Kus

galeria

26 lat temu zatonął prom Jan Heweliusz. Płynął ze Świnoujścia do Ystad. Zginęło wówczas 55 osób. Jego wrak spoczywa na dnie Morza Bałtyckiego, u wybrzeży niemieckiej wyspy Rugii. Jest on celem wielu płetwonurków, którzy chcą poczuć dawkę adrenaliny i smak tej tragicznej historii. Miejsce budzi jednocześnie ogromną ciekawość. 

– Jest to przygnębiające miejsce. Pamiętamy wszyscy tragedię z 1993 roku – opowiada Olgierd „Olo” Kluz, płetwonurek amator, który postanowił zobaczyć wrak na własne oczy. – Bałtyk sam w sobie jest mroczny. Nie kojarzy się – przynajmniej mi – z przyjemnym nurkowaniem. Prom zaczyna się na głębokości 14 metrów i schodzi do 32 metrów. Leży na boku. Wpłynęliśmy z kolegą do środka, przepłynęliśmy ładownię. Bez latarek nie byłoby wiele widać. Widzieliśmy samochody, osobowe i ciężarowe, były oklejone muszlami, w jednym aucie znaleźliśmy setki meduz. Samochody można było jeszcze rozpoznać, miały napompowane koła. 

Płetwonurek przyznaje, że miejsce daje dużo do myślenia. Nurkowanie u wybrzeży Rugii było dla niego sporym wyzwaniem. Tym bardziej, że zdawał sobie sprawę, że zdarzały się sytuacje, że podczas schodzenia w tym miejscu pod wodę nurkowie potrafili nawet nie wypłynąć. 

Wraki w Zatoce Coron

Olo na swoim koncie ma 300 nurkowań. Zaczynał w jeziorze Ińsko. 

– To jest jedna z moich największych pasji. Zacząłem późno, złapał mnie chyba kryzys wieku średniego, bo wystartowałem, gdy miałem ponad 40 lat – opowiada. – Zachwyciłem się nurkowaniem, podobnie jak skokami spadochronowymi. Każdego roku staram się wyjeżdżać ze znajomymi w różne zakątki świata. Zawsze towarzyszy mi przyjaciel Jurek, który podziela te zainteresowania. Lubimy nurkować w zimnych jeziorach. Świetnym miejscem są kamieniołomy w okolicach Drezna. Podobają mi się, mimo że miałem bardzo niebezpieczną przygodę. Dostałem narkozy azotowej (zaburzenia psychofizyczne wywołane narkotycznym działaniem azotu na większych głębokościach podczas nurkowania – przyp. red.). Na niektórych działa ona wywołując euforię i śmiech. Na mnie podziałała lękiem, źle odczytywałem komputer. Byliśmy na 33 metrach i …pogubiliśmy się. Obawiałem się, że już stamtąd nie wyjdę, udało się jednak wypłynąć, a następnego dnia zanurkowałem ponownie. W kamieniołomach Hemmoor natomiast robiłem certyfikat na nurkowanie głębokie – dodaje. 

Najpiękniejszym miejscem, w którym miał okazję nurkować były Filipiny. Wybrał tam się z grupą przyjaciół, oczywiście w towarzystwie Jurka. Tylko oni dwaj wiedzieli, że celem jest Zatoka Coron. Wszyscy pozostali byli przekonani, że głównym celem jest zwiedzanie. 

– Właśnie tam została zatopiona japońska flota przez amerykańskie siły powietrzne. Stało się to w jeden dzień, w 1944 roku. Dnia następnego naloty się powtórzyły. Pod wodą znajduje się dziewięć okrętów. Znajdują się na głębokościach od kilkunastu do ponad 40 metrów. Penetrowaliśmy po 2-3 dziennie. Były tam pozostałości po wojskach japońskich. Nie wszystkie jednostki były wojenne, ale każda z nich uzbrojona. Częściowo była to flota handlowa, przystosowana do celów wojskowych. Pod wodą były widoczne pociski przeciwlotnicze, działka, worki cementu stosowane do budowy umocnień – opowiada. 

Nurek przyznaje, że uczucie jest niesamowite. „Dotyka” się historii. Można zobaczyć, jak przez lata na wraki zadziałało morze. 

– Spogląda się na to, jakie są skutki II wojny światowej, nie tylko w Polsce, ale również w innym, jakże odległym miejscu na kuli ziemskiej. Mieliśmy przewodniczkę Filipinkę, natomiast właścicielem firmy nurkowej jest Szwajcar. Zobaczył, jak nurkujemy i postanowił, że jesteśmy gotowi by wpłynąć na najgłębiej położony okręt. Znajdował się na głębokości 38 metrów. Wpływało się do niego wąskim tunelem o długości 8 metrów z miejscem dla jednej osoby, bez możliwości zawrócenia. Należało płynąć przed siebie. Cały okręt miał około 180 metrów, około 100 metrów płynąłem w ciemnościach. W pewnym momencie nawet o coś zahaczyłem, wróciła po mnie przewodniczka. Mieliśmy ustalone, że gdy zdarzy się taka sytuacja zostajemy na miejscu i czekamy na pomoc. Trwało to około 40 minut. Przez emocje zużyliśmy bardzo dużo powietrza – wspomina. 

Przepiękny i niebezpieczny Egipt

Miejsc, w których miał okazję nurkować było znacznie więcej. Zachwyciły go cenoty (rodzaj naturalnej studni krasowej utworzonej w skale wapiennej – przyp. red.) na półwyspie Jukatan. Znajdują się pod samą dżunglą, gdzie trzeba dostać się autem, a dokładniej odkrytym jeepem.

W Ameryce Środkowej w kraju Belize pływał w jednym z największych na świecie blue holi, widocznym nawet z kosmosu kraterze, otoczonym rafami koralowymi.

– Jeszcze ładniejszy jest w Egipcie, w Dahabie. Według mnie właśnie ten kraj oferuje płetwonurkom najwięcej. Jest najbardziej niedoceniony, choć właściwie mamy go pod nosem, bo zaledwie kilka godzin samolotem. Staram się jeździć tam co roku. Za każdym razem widzę coś nowego. Są tam wraki, ale również rafy koralowe – mówi.

Właśnie w Egipcie Olo nurkował parę tygodni temu i tam pasja mogła się skończyć dla niego tragicznie. – Miałem własny aparat do nurkowania. Zawsze, schodząc pod wodę, ma się również na plecach octopus, czyli urządzenie alternatywne umożliwiające oddychanie partnerowi. Na głębokości około 7. metrów chciałem nabrać powietrza. Zaciągnąłem się i z automatu poleciała woda. Zakrztusiłem się, nie zadziałał też octopus. Podpłynąłem do kolegi, wyszarpnąłem jego i wyszliśmy na górę. Wspólnie sprawdziliśmy sprzęt, wydawało się, że wszystko już z nim w porządku. Zrobiłem więc drugie podejście. Na większej głębokości sytuacja się powtórzyła i znowu musiałem korzystać ze sprzętu kolegi, który jeszcze pod wodą sprawdził aparat. Pokazał kciukiem, że działa. Rozpłynęliśmy się. Na szczęście na niedużą odległość. Po chwili urządzenie przestało działać już całkowicie. Nie spanikowałem, „wypłyciliśmy się”. Byłem w szoku, aparat był dopiero co po przeglądzie. Postanowiliśmy poczekać na głównego instruktora, Egipcjanina. Zacząłem wątpić już w swoje umiejętności. Kolega zaproponował, byśmy sprawdzili butlę, którą dostaliśmy od tamtejszego klubu nurkowego. Obróciliśmy ją i… wyleciało z niej mnóstwo wody. Była niesprawna! 

Niebezpieczne sytuacje zdarzają się, choć niezwykle rzadko. Nie zniechęcają jednak płetwonurka. Teraz marzy by zanurkować na Wielkiej Rafie Koralowej. Przyznaje, że pasją zaraził też swoje dzieci. Ma 25-letniego syna Bogusza oraz 16-letnią córkę Gabrysię. 

– Syn ma już uprawnienia, córka dopiero robi. Mam nadzieję, że w przyszłym roku uda mi się z nią gdzieś pojechać i wspólnie ponurkować– podsumowuje. 

 
10( 131)
Październik'19