I love Szczecin

Damian Ukeje to bez wątpienia jeden z utalentowanych polskich rockowych wokalistów. Na swoim koncie ma dwa świetne krążki, aktualnie pracuje nad kolejnym. Opowiedział nam o tym, dlaczego kocha Szczecin, skąd u niego blizny na nogach oraz nienawiść do galerii handlowych. 

Autor

Andrzej Kus

galeria

Pierwsze wspomnienia z dzieciństwa sięgają mojego piątego, może szóstego roku życia. Pochodzę z dosyć biednej rodziny. Mieszkałem z mamą w niewielkiej kawalerce, w wieżowcu przy ulicy Santockiej. Wybraliśmy się z kolegami na rower. Była piękna, słoneczna pogoda. Ubrałem spodenki. Wpadliśmy na szatański plan, że będziemy bili rekord prędkości zjeżdżając z górki. Nie był to chyba dobry pomysł. W połowie zjazdu wjechałem w dziurę. Skończyło się tak, jak chyba wszyscy się domyślą. Przewróciłem się. Dotarłem do domu, byłem cały poobdzierany. Na pamiątkę zostały mi blizny. 

Miasto wyglądało wtedy zupełnie inaczej, a przecież nie było to tak dawno. Mam teraz 32 lata, mówimy więc o późnych latach 80. i początku lat 90. Przykładowo na Santockiej powstało mnóstwo bloków, wszystko strasznie się zagęściło. Dzieciństwo kojarzy mi się również z okolicami Wałów Chrobrego oraz z Wyspą Grodzką, na której działkę miała moja nieżyjąca już niestety babcia. Było to w tej części wyspy, gdzie dzisiaj wciąż są ogrody. Ostatnio, gdy grałem na plaży koncert chciałem nawet dostać się do środka. Byłem ciekawy, jak to wszystko wygląda. Przebywałem tam dawniej bardzo często. Na terenie ogrodów stał przed laty plac zabaw, jestem ciekaw czy dalej się tam znajduje. Wszystko jest jednak pozamykane na kłódkę. Nie chciałem skakać przez ogrodzenie, bo jeszcze ludzie wezwaliby policję. Ale jeszcze tam wejdę…

Lubiłem dawniej chodzić do kina. Kino Kosmos to jedno z moich ulubionych miejsc tamtego Szczecina. Pamiętam, że parę razy byliśmy w nim na wyjściu ze szkołą. Tam zobaczyłem pierwszy raz „Władcę Pierścieni” oraz oczywiście „Króla Lwa”. To była obowiązkowa pozycja chyba wszystkich dzieci, ponadczasowa. Dzisiaj miejsce wygląda już zupełnie inaczej, wielka szkoda. Drugim ukochanym kinem był Delfin. Właściwie to jednak on był chyba numerem 1. Był niewielkim kinem, spokojnym. Lubię taki klimat. Z Delfinem kojarzy mi się film „Kosmiczny Mecz”, z niezapomnianą rolą „Królika Bugsa”.   

Mama pracowała w szczecińskiej stoczni, gdzie była księgową. Jako młody chłopak uwielbiałem do niej przychodzić. Dzięki tej pracy mogła mnie czasami wkręcić na teren zakładu. Dwukrotnie widziałem wodowanie statków. Nie da się tego zapomnieć.  Mieszkaliśmy później przy ulicy Pasterskiej. Mieliśmy tam paczkę z kolegami. Robiliśmy wszystko to, co mogą robić chłopaki w młodym wieku, czyli często największe głupoty. Łącznie z tym, że wkładaliśmy petardy w pewne dziwne rzeczy i później wszyscy byliśmy brudni. Ale robiliśmy też to, co inni nasi rówieśnicy: graliśmy w palanta, były mecze piłki nożnej. Przejeżdżałem tam niedawno i zerknąłem, jak to wszystko wygląda. Niestety na tym miejscu znalazł się teraz parking. Zastawiony jest mnóstwem samochodów. Taka kolej rzeczy, aut przybywa, muszą gdzieś być stawiane. Szkoda jednak, że tego już nie ma. 

Z mamą natomiast chodziliśmy na rynek przy ulicy Komuny Paryskiej. W miejscu dzisiejszego, zadaszonego, był rynek taki, jak dawniej, z budami. Zawsze dostawałem za towarzystwo pączka, czy jakiegoś wafelka. Jedyną atrakcją w pobliżu z prawdziwego zdarzenia, była położona niedaleko Gontynka. Oj szalało się w basenach. 

Przez ostatnich 15 lat Szczecin się zmienił, i to bardzo. Wiem, że wiele osób twierdzi zupełnie inaczej. Mieszkając tutaj nie zawsze to się odczuwa, ale popatrzmy na to, co mamy dookoła. Wszędzie odnowione kamienice, mnóstwo nowych budynków na czele z filharmonią.  Grałem w niej wiele razy. Jest magicznym miejscem. Wewnętrznie to najpiękniejszy budynek naszego miasta, a cała jego magia zaczyna się zaraz po wejściu do środka, od razu w holu głównym. Czujesz wtedy, że jesteś w wyjątkowym miejscu, w XXI wieku. Gdy pierwszy raz przekroczyłem progi tego miejsca od razu zapachniało mi po berlińsku, w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Potwierdziło się to, gdy stałem i występowałem na scenie.  

Mam również słabość do deptaku, także do bulwarów. To dosyć popularne miejsca, ale mój sentyment do nich bierze się chyba z tego, że bardzo lubię obserwować ludzi, patrzyć na ich reakcje. Sam chyba jestem introwertykiem. Często chodzę do knajp na obiad tylko po to, by poobserwować innych. 

Jest jednak coś, czego nienawidzę. Są to centra handlowe, i to nie tylko w Szczecinie, ale gdziekolwiek jestem. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że muszą być, dają przecież ludziom prace. Ja nie mogę się jednak w nich odnaleźć. Chodzę do nich, ale staram się kupić to co mam do kupienia i szybko wychodzę. Pracowałem kiedyś w sklepach odzieżowych, Wtedy te miejsca strasznie mi zbrzydły i powodują u mnie potężny ból głowy. 

Teraz niestety muszą na trochę opuścić Szczecin, nie jest mi z tym dobrze. Mam bowiem tutaj mamę, brata, kolegów i przyjaciół. Przeprowadzam się do Warszawy. Nie wiem, jak sobie poradzę. Zawsze, gdy jestem nawet na koncertach w najdalszych zakątkach Polski nie mogę się doczekać, aż tutaj wrócę. Szczecin to jest mój dom! To bardzo duże miasto, ale mamy zupełnie inny rytm życia. Jest małomiasteczkowy, znowu w dobrym znaczeniu tego słowa. Mamy niesamowicie piękną Puszczę Bukową, w której regularnie biegam. Mamy deptak, mamy Hormona, do którego zawsze prowadzam znajomych, gdy tutaj przyjadą. Co ciekawe: oni zawsze się cieszą, że tam trafią. To lokal z genialną atmosferą, genialnymi ludźmi i świetną muzyką. Nigdy nie wiadomo czy tam rozmawiać, tańczyć czy pić. Znajomych również prowadzam do Steak House Evil, od którego się chyba uzależniłem. Ale zapewniam: z pewnością wrócę kiedyś do Szczecina. To jest moje miejsce na ziemi. Naprawdę, kocham to miasto. 

 
11( 132)
Listopad'19