Zapiski z koszernego życia

Tomasz Najder, szczeciński fotograf i kolekcjoner jest synem Marcelego Najdera, który wraz z żoną Polą, dzięki pomocy rodziny Śliwiak przeżył zagładę Żydów na Ukrainie. Podczas ukrywania się w podziemnym bunkrze nad rzeką Prut koło Kołomyi, Marceli Najder prowadził dziennik, który w 2013 roku, dzięki staraniom Tomasza Najdera, ukazał się w formie książkowej pod tytułem „Rewanż”. 

Autor

Aneta Dolega

Tomasz Najder postanowił przekazać zapiski ojca oraz pamiątki po rodzicach warszawskiemu Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. Jako pierwsze trafiły tam szachy własnoręcznie zrobione przez matkę pana Tomasza, w trakcie jej ukrywania się. 

Zapiski pana ojca, szachy… Panie Tomaszu, co jeszcze znajduje się w tej kolekcji? 

Mnóstwo rzeczy po moich rodzicach, ale nie tylko. Kolekcja dotyczy nie tylko ich, ale także dziadków, pradziadków. Udało mi się trochę odtworzyć drzewo genealogiczne. Okazało się, że w mojej rodzinie było pięciu rabinów, z tego w 1620 roku jeden z nich Adlersberg był rabinem Frankfurtu. 

Skąd pochodzą pana rodzice?

Moi rodzice pochodzą z dzisiejszej Ukrainy: matka z Kołomyi, a ojciec z Bolechowa. Tak się zawsze zabawnie układało, że w rodzinie matki byli sami adwokaci i prawnicy, natomiast u ojca farmaceuci. Ja z bratem bodajże jako pierwsi weszliśmy w inny zawód, ale też na literkę „f”. Zawsze powtarzam, że fotograf to nic innego jak kolejne wcielenie farmaceuty. Fotografię zresztą wynaleźli farmaceuci. Mając dostęp do chemikaliów, zauważyli, że azotan srebra, czyli ałun czernieje pod wpływem światła. 

Zapiski pana ojca zawarte w książce dotyczą okresu kiedy ukrywał się wraz z pana matką podczas niemieckiej okupacji?

Dziennik ojca składa się z dwóch części. Najpierw mamy zapiski z getta w Kołomyi, a następnie okres kiedy z moją matką ukrywali się przed Niemcami. Bardzo podobna historia do tej, którą dla kina zrobiła Agnieszka Holland. Mam na myśli film „W ciemnościach”. Był rok 1942, moi rodzice cudem przeżyli zagładę. Uciekli z getta, ale nie znaleźli nigdzie schronienia. Wrócili więc z powrotem do getta, już wypalonego, oczyszczonego z Żydów, będącego jedną wielką ruiną. Przez kilka miesięcy ukrywali się na strychu. Ojciec w nocy wychodził na zewnątrz w poszukiwaniu jedzenia. Całe getto było pełne rozkładających się zwłok. Następnie w poszukiwaniu koszuli nocnej dla matki i mydła opuścili getto i na obrzeżach miasta, przy rzece Prut znaleźli schronienie. 

Przyjęła ich rodzina Śliwiaków. Kim byli ci ludzie?

Andrzej Śliwiak był dozorcą na targu w Kołomyi. Prosty człowiek, ale pełen dobroci. Miałem go okazję poznać. Był bardzo przystojnym gościem i z tego też powodu jego żona na początku nie chciała przyjąć moich rodziców do bunkra, gdzie było już ośmioro innych ukrywających się. Bała się, że jej mąż, wtedy młody mężczyzna, zainteresuje się moją mamą. Była zwyczajnie zazdrosna. Kiedy moi rodzice przyszli do nich po wspomniane mydło i koszulę to ponoć na ich widok się przeżegnała i stwierdziła, że skoro przeżyli, to taka musiała być wola boska i muszą zostać. Zamieszkali w bunkrze. Razem z nimi ukrywało się 10 osób, z tymże mama była tam jedyną kobietą. Przez to też dochodziło do takich sytuacji, że pozostali mężczyźni rościli sobie do niej prawo. Tłumaczyli to tym, że jest wojna i takie, a nie inne warunki i powinna być to ich wspólna kobieta. Na szczęście do tego nie doszło ale nie brakowało awantur i bijatyk, nie tylko z tego powodu. Zazwyczaj chodziło o finansowe sprawy. 

Na czym polegała pomoc gospodarzy pana rodziców, oprócz ukrywania ich w bunkrze?

Podam przykład. Wszyscy mieszkańcy bunkra składali się na żywność. Nie było to łatwe, gdyż kupienie dziesięciu czy dwudziestu bochenków chleba groziło wpadką. Śliwiak mieszkał tylko z żoną i córką więc takim zachowaniem mógł wzbudzać podejrzenia. Mogło pojawić się niewygodne pytanie: po co tak małej rodzinie tyle chleba? Śliwiak miał zaprzyjaźnionego piekarza, który mu ten chleb dostarczał. Chodził też sam do młyna po mąkę. Mówiono, że chodzi wąchać benzynę, czyli pić z młynarzem. Zazwyczaj wracał z młyna pijany niosąc na plecach wór mąki. To był wyjątkowy człowiek, który niczego się nie bał.

Długo pana rodzice się ukrywali u niego?

Osiemnaście miesięcy aż do wejścia Rosjan. Ojciec wspomina w książce, że jak wyszli stamtąd to słyszeli komentarze zarówno od Polaków i Ukraińców, że jednak jakieś „żydki” się uratowały. 

W czasie pobytu w bunkrze pana matka zrobiła szachy, które są na zdjęciu i które trafiły do Muzeum POLIN.

Wystrugała je z kasztanowca. Zrobiła te szachy żeby sobie jakoś czas zagospodarować. Grali w te szachy, podobnie jak w karty.

Co się wydarzyło po wyzwoleniu?

W 1946 roku moi rodzice pojechali do Lublina. Matka wspominała, że panował tam niesamowity dobrobyt w porównaniu z tym czego doświadczyli w czasie wojny. Była tym wręcz oszołomiona. Najbardziej ilością jedzenia. Ojciec znalazł pracę w aptece w Krasnym Strawie pod Lublinem. Niestety bardzo często w nocy przychodziły bandy czy to Polaków czy UPA, w poszukiwaniu biżuterii, dolarów i spirytusu. Moi rodzice mieli tego dość i przenieśli się do Katowic, gdzie matka spotkała się z siostrą, która repatriowała się z głębi Rosji. Potem powędrowali jeszcze dalej, do Bolesławca, gdzie ojciec dostał aptekę z Niemcem w środku… że się tak wyrażę. Był nim były właścicielem tej apteki.

Ciekawa sytuacja.

A nawet dziwna, gdyż były właściciel apteki stał się pracownikiem mojego ojca. Do tego był aktywnym nazistą. Nie wiem czy wiedział, że mój ojciec jest Żydem, podejrzewam, że nie.

Czyli role się zamieniły…

Można tak to określić. W naszym warszawskim mieszkaniu stoją pamiętające tamte czasy meble, w tym bajecznie rzeźbione dębowe biurko, przy którym siedział ten nazista. Mało tego: od matki wiem, że moi rodzice zaprzyjaźnili się z nim i z jego rodziną. Kiedy wypędzano Niemców z Polski, żona tego nazisty zostawiła mamie różnego rodzaju ceramiczne pamiąteczki, bibeloty. Po nim też mam odziedziczone trzy albumy ze znaczkami pocztowymi z wizerunkiem Hitlera. Hitler patrzący w lewo, patrzący w prawo, Hitler patrzący do góry, patrzący w dół. W czapce, bez czapki (śmiech). Wszystkie nominały i kolory.

Jak wyglądały dalsze losy pana rodziców?

Doszło do kolejnej zadziwiającej sytuacji. Otóż ojcu upaństwowili aptekę a żeby było zabawniej ojciec sam został wkręcony w upaństwawianie aptek. Musiał dalej pracować więc został dyrektorem Cefarmu w Zielonej Górze. Potem wkręcił się w Stronnictwo Demokratyczne, w którym intensywnie działał i został posłem do Sejmu, na dodatek pierwszym i jedynym farmaceutą w tym towarzystwie. SD było niby opozycją PZPR-u, ale tak naprawdę byli na sznurku partii rządzącej i musieli podskakiwać tak jak im grano. Ojciec wylądował w 1961 roku w Warszawie jako poseł. Po kilku latach moi rodzice się rozwiedli. Matka wzięła mnie pod pachę i wyjechaliśmy do Izraela gdzie chodziłem do szkoły. Mieszkaliśmy w Tel Avivie wśród bardzo licznej polskiej emigracji. Nasza dzielnica nazywała się Gomułkowo. Mieszkaliśmy tam tak długo aż matka stwierdziła, że Izrael do piękny kraj, ale do suszenia bielizny i wróciliśmy do kraju.

Trochę szkoda. W Polsce wtedy było nieciekawie…

To prawda. W Izraelu mi się bardzo podobało, ale cóż.. matka się zakochała. 

Kiedy pan trafił do Szczecina?

Zaliczając po drodze jeszcze kilka miejsc, w Szczecinie wylądowałem w wieku 12, 13 lat. Chodziłem do czterech podstawówek więc jestem kompletnie odkorzeniony. Teoretycznie mam dwustu kolegów z podstawówki ale praktycznie żadnego. Podobnie ze średnią szkoła, którą tez zmieniałem. Jako już dorosłego człowieka wywiało mnie do Wiednia.

Co pan tam robił?

Pojechałem tam żeby porozmawiać z amerykańską agencją HIAS, która zajmowała się wyciąganiem osób pochodzenia żydowskiego z bloku wschodniego i przenoszenia ich do Izraela. Próbowałem ale się nie udało. Za to poznałem fajną dziewczyną żydowskiego pochodzenia i ożeniłem się z nią. W Wiedniu mieszkałem osiem lat, pracowałem na Uniwersytecie Technicznym jako fotograf i byłem też fotografem środowiska polonijnego. Poznałem przez to mnóstwo ciekawych ludzi, m.in. profesora Bartoszewskiego, Stanisława Lema, Wojciecha Młynarskiego, Andrzeja Zaorskiego, z którym się przyjaźnie do dziś. Podobnie było z profesorem Aleksandrem Bardinim, wybitnym człowiekiem teatru i pedagogiem. Stał się substytutem mojego ojca. Do tego stopnia, że pożyczałem mu skarpetki i piżamę. To był niesłychanie ciepły człowiek, wbrew opinii wśród aktorów, których potrafił sprowadzić do parteru. Mnie traktował inaczej. Może dlatego, że nie byłem jego studentem.

Pomimo barwnego życia w Austrii wyjechał pan stamtąd?

Wyjechałem z Wiednia z powodów zdrowotnych. Austria też mnie trochę zmęczyła. Chciałem jako fotograf pracować na swoim. Wszedłem w fotografię reklamową, a że były to lata 90. i Polska przeżywała boom gospodarczy to popyt na reklamę był ogromny. Tak to się rozkręciło, że moje studio w tamtym okresie było wiodącym na Pomorzu Zachodnim. Zamarzyła mi się również agroturystyka. Napatrzyłem się na to będąc w Austrii i chciałem coś takiego uruchomić u nas. Stąd Najderówka
– zagroda agroturystyczna w Siadle Dolnym, gdzie się akurat znajdujemy i którą prowadzę.

Patrząc na to, co dzieje się aktualnie w Polsce, w temacie naszej nieskrywanej niechęci do tzw. „inności” i przeróżnych przykrych incydentów z tym związanych, czy pan ze swoich pochodzeniem doświadczył kiedyś czegoś takiego?

Nie miałem nigdy nieprzyjemnych sytuacji ze względu na swoje pochodzenie. Natomiast obserwuję to, co dzieje się w naszym społeczeństwie. Posługujemy się językiem nienawiści, nie tylko w stosunku do tych, których uważamy za „innych”, ale w stosunku do samych siebie. Winę za taki stan rzeczy ponoszą ci na górze. W ich interesie jest (było?) byśmy jako społeczeństwo byli ze sobą skłóceni. Takim społeczeństwem łatwiej manipulować. Czemu nie lubi się Żydów? Naprawdę nie mam pojęcia. Nie lubię polityki bo jej poziom sięgnął dna. Myślę, że nie jestem oryginalny w swoich poglądach. 

A Szczecin. Lubi pan to miasto?

Z pewnych względów tak, tych związanych z jego położeniem i przyrodą. Jednak nie chciałbym mieszkać w samym Szczecinie. Podoba mi się miejsce, w którym się aktualnie znajdujemy. Spokojne, dużo przyrody i blisko miasta. Jestem teraz na takim etapie życia, że powoli się wszystkiego pozbywam, nie tyko pamiątek po rodzicach. Doszedłem do takiego etapu, że najszczęśliwszy byłbym mając tylko szczoteczkę do zębów i bieliznę na zmianę. 

Czyli kolejna podróż?

Może sprzedam Najderówkę i wyjadę. Pojadę do Warszawy, a może resztę życia spędzę w Izraelu. Niestety ze względu na stan zdrowia trudno mi konkretnie określić, ale chodzi mi to od jakiegoś czasu po głowie. Kto wie…

Dziękuję za rozmowę.

11( 132)
Listopad'19