Legendy polskiego komiksu

Grzegorz Rosiński oraz Zbigniew „Kas” Kasprzak to bez wątpienia gwiazdy nie tylko polskiego, ale światowego komiksu. Kas wciąż wydaje kolejne, genialne albumy. Rosiński natomiast po 40 latach postanowił zakończyć rysowanie Thorgala i namaścił swojego następcę. – Teraz więcej odpoczywam i kto wie, może kiedyś wybiorę się do Szczecina? Nigdy tam nie byłem – mówi z uśmiechem Grzegorz Rosiński. 

Autor

Andrzej Kus

galeria

Kojarzycie komiksową serię „Thorgal”? Jestem przekonany, że zdecydowana większość z was miała z nią do czynienia. Zdobyła ona serca czytelników na całym świecie. Komiksy ukazywały się nawet w języku koreańskim, czy arabskim. 

W skrócie: Thorgal wychowywał się wśród wikingów. Odkrył w pewnym momencie, że jest „gwiezdnym dzieckiem”, którego rodzice pochodzili z kosmosu. Trafił na Ziemię zupełnie przypadkiem. Historia z gatunku fantasy jest naprawdę… fantastyczna! Dodatkowym smaczkiem jest fakt, że stoi za nią urodzony w Stalowej Woli światowej sławy rysownik – Grzegorz Rosiński. Legendarny ilustrator przygotowywał rysunki do Thorgala przez ponad 40 lat. Dokładnie rok temu ukazał się ostatni jego album zatytułowany Aniel. Rosiński zrezygnował z dalszego prowadzenia serii. Dlaczego to zrobił? Spotkałem się z nim. Otwarcie opowiedział o powodach swojej decyzji. 

– Mam 78 lat i świadomość upływu czasu. Zdaję sobie sprawę z tego, że się starzeję i zaczynając kolejną historię mogę jej nie skończyć. Spowoduje to mnóstwo kłopotów wielu osobom, w tym wydawcy, który będzie później szukał następcy rysującego w moim stylu. Tymczasem całe życie pracowałem na to, by tego stylu nie mieć. Postanowiłem więc, że sam znajdę następcę. Został nim mój szwajcarski kolega Fred Vignaux, dzięki któremu mam pewność, że Thorgal będzie wiecznie żywy. 

Mistrz, bo tak w środowisku komiksowym nazywany jest Grzegorz Rosiński przyznał, że wciąż zamierza tworzyć rysunki. Od 13 lat jest formalnie na emeryturze, ale… – To emerytura tylko z nazwy. Nie chcę całkowicie rezygnować z mojego zawodu, ale muszę zwolnić. Mam ten luksus, że tak naprawdę nie muszę już ciężko pracować, bo wciąż płyną tantiemy z wcześniejszych publikacji. 

Grzegorz Rosiński ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie. Tuż po niej tworzył ilustracje do książek, w tym podręczników. Dopiero później pojawiły się historie obrazkowe. Zadebiutował w 1968 roku komiksem „Diadem Tamary” z serii Kapitana Żbika. Narysował jeszcze 11 zeszytów tego cyklu. 

– W 1976 roku, jako freelancer, rozpocząłem współpracę z Belgami. Mogłem sobie na to pozwolić, nie było wówczas agencji autorskich. Ciekawostką jest to, że chciałem nawet płacić podatki. Instytucje w Polsce nie były do tego przygotowane. Poszedłem do urzędu i chodziłem od pokoju do pokoju. Niemal w każdym siedziała kolejna pani, która układała pasjansa. Po takim krążeniu wróciłem do pierwszych drzwi i tam szczerze usłyszałem, że nie wiedzą co ze mną zrobić, nie ma jeszcze ustawy, ale nad nią pracują. Ta „praca” trwała kilka lat. Siedziałem w Polsce, a zarabiałem za granicą. Gdy wybuchł stan wojenny powiedziałem: dosyć! Spakowałem się i wyjechałem do Belgii. 

Właśnie w Brukseli Rosiński poznał Jeana Van Hamma – człowieka, z którym stworzył legendarną postać Thorgala Aegirssona. Jean jest belgijskim pisarzem, scenarzystą komiksowym i filmowym. Scenariusz miał przygotowany, ale brakowało do niego niepowtarzalnych ilustracji. Wykazał się niesamowitym wyczuciem i zaproponował Mistrzowi, by to on powołał do życia „kosmicznego wikinga”. Był to strzał w dziesiątkę. Wspólnie stworzyli komiks, który już teraz jest prawdziwą klasyką.

– Cieszę się, bo jeszcze żyję, a jestem już w przekroju klasycznych autorów. Zazwyczaj takich autorów już nie ma, zostają po nich tylko ich dzieła. Tymczasem wciąż mam wpływ na to, co się ukazuje. Pomaga mi mój syn. We wszystkim zdałem się na niego, zdecydowanie lepiej się w tym orientuje. Mamy ten sam dyplom, te same robiliśmy ilustracje książkowe, na tej samej akademii. Wszystko w odstępie ćwierć wieku. Ciężko mi się przyzwyczaić do tych czasów. Żyję w poprzedniej epoce, ale Piotr mną wstrząsa i pokazuje właściwą drogę. Nie pozwala mi się zestarzeć.

Trudno się spodziewać, by kiedykolwiek pan Grzegorz zdecydował się wrócić do Polski. Na pytanie czy za nią tęskni bez zastanowienia odpowiada:

– Nie, jestem Belgiem. Każdemu to mówię – twierdzi z uśmiechem i przekąsem. – Po co tak mówisz, przecież tak nie jest – wtrąca się siedząca obok partnerka rysownika, pani Krystyna.  – No dobra. Jestem za granicą, ale sercem cały czas tutaj. Na bieżąco obserwuję, co się dzieje w kraju. A niestety nie dzieje się dobrze. Przypominają mi się lata 80. ubiegłego wielu. Nie zamierzam wracać do Polski. Wybudowałem dom w Szwajcarii. Właściwie jest to pracownia z aneksem mieszkalnym. Znajduje się w dystrykcie Sierre na wysokości 1000 metrów. Mam
z domu przepiękny widok na pradolinę Rodanu. Pracownia znajduje się w piwnicy. Na dachu jest garaż. Po śmierci żony wynająłem dom, ale teraz mam zamiar znowu go przejąć. Moje dzieci traktują go jako posiadłość rodzinną, więc wspólnie będziemy z niej korzystali. 

Obecnie Rosiński mieszka z panią Krystyną, która przyznaje, że podziela pasję swojej miłości. – Czy jak wejdziemy do waszego domu, to widać, że wchodzimy do domu Grzegorza Rosińskiego? – pytam. – Nie, to jest dom Krysi. Boję się cokolwiek tam ruszać – śmieje się artysta. –To nieprawda – wtrąca się pani Krystyna. – Cały dom jest obwieszony rysunkami Grzegorza. Jest pełno figurek, żołnierzyków, a nawet papierowe wycinki. Mi to jednak zupełnie nie przeszkadza, a wręcz bardzo się podoba.

Kas: Wyjechałem, by pomóc naszemu dziecku

Z pewnością wielu Was słyszało także o komiksowej serii Yans. Ukazywała się w latach 1983-2000. Początkowo rysunki robił do niej Grzegorz Rosiński. Zastąpiła go jednak kolejna legenda, Zbigniew Kasprzak – Kas, który na swoim koncie ma także inne zachwycające komiksy, m.in. Halloween Blues, czy najnowszy: Bez twarzy.

Z początkiem kariery Zbigniewa Kasprzaka wiąże się pewna zabawna historia. Był na trzecim roku studiów, gdy w jego ręce trafił polski magazyn komiksowy Relax. Zobaczył tam ogłoszenie o konkursie. – Trzeba było narysować krótką historię. To był konkurs dla wszystkich, i amatorów i zawodowców – opowiada Kas. – Szybko wymyśliłem scenariusz i narysowałem pięcio-, może sześciostronicowy komiks. W ostatniej chwili „poleciałem” na pocztę aby zdążyć go wysłać przed upływem ostatecznego terminu. Wieczorem, czy tez następnego dnia zajrzałem jeszcze raz do magazynu Relax i okazało się, że… jest to wydanie z przed roku. Czyli wziąłem udział w konkursie, który zakończył się rok wcześniej. Ale wstyd, aż pobladłem. Chciałem jak najszybciej o tym zapomnieć.

Wstyd? Niepotrzebnie. Do piekielnie zdolnego rysownika, kilka dni później, przyszedł telegram. W tamtych czasach była to najszybsza forma przekazywania ważnych informacji. – Otworzyłem go z bijącym sercem, a tam było napisane: „Brawo! Gratulujemy, wygrał pan nasz konkurs. Proponujemy współpracę”. Być może potraktowali to jak dowcip z mojej strony.

Być może, ale z pewnością „mieli nosa” do talentu przyszłej komiksowej gwiazdy. Kto wie, gdyby nie ta pomyłka, może kariera nie potoczyłaby się w tak zawrotnym tempie. – Pojechałem do redakcji, na ulice Grochowską w Warszawie. Zaproponowali mi rozwinięcie historii, którą przedstawiłem na rzekomym konkursie. Miała ukazać się w Relaxie, ale do tego nie doszło, bo magazyn przestał istnieć. Nie wiem jakie były powody rozwiązania magazynu, ale to były takie czasy, że wszystko było możliwe. Ważne jest to, że właśnie tam po raz pierwszy spotkałem Grzegorza Rosińskiego. On stawiał wówczas swoje pierwsze kroki w Belgii, ja w kraju. Dzieli nas różnica wieku 14 lat, byłem onieśmielony, jednocześnie podniecony faktem, że rad udziela mi tak znany rysownik.

Kariera ilustratora powoli się rozwijała. Przełomowym rokiem był jednak 1988. Kasprzak został zaproszony, wraz z innymi rysownikami, m.in. Tadeuszem Baranowskim, czy Jerzym Skarżyńskim, na festiwal komiksowy w Sierre, gdzie brał udział w wystawie polskich komiksów. – Było to niesamowite przeżycie: końcówka lat 80, okazja by wyjechać za granicę i to jeszcze w wysokie Alpy! Pojechało nas tam, rysowników, grafików i ilustratorów, jeśli dobrze pamiętam, piętnastu. Do małego czternastotysięcznego miasteczka przyjechało 100 tysięcy fanów komiksu. Wydarzenie trwało tydzień. Wygrałem tam konkurs na plakat, promujący polską wystawę, a ponowne spotkanie z Grzegorzem pozwoliło mu zapoznać się z moim stylem rysowania. Zaowocowało to późniejszą współpracą i przyjaźnią. 

Był to czas, kiedy Rosiński był już najwyraźniej zmęczony Yansem i zastanawiał się nad przekazaniem serii któremuś z polskich rysowników. Zamierzał skupić się na Thorgalu, który zaczynał cieszyć się coraz większą popularnością, również w świecie. – Grzegorz powiedział, że jest przeciążony robotą. Przymierzał się właśnie do piątego albumu Yansa i chciał, bym wciągnął się w temat rysując ten komiks razem z nim. Na przejęcie serii przez całkowicie nieznanego rysownika musiał zgodzić się wydawca. Rysowaliśmy album na cztery ręce. Spędziłem w Brukseli, bo tam wtedy mieszkał Rosiński, dwa miesiące. Miałem być podpisany na okładce, ale ostatecznie okazało się, że wydawca wykreślił moje nazwisko ze względów komercyjnych. Grzegorz oczywiście nie zaprzecza, że to nasze wspólne dzieło. Po ukończeniu albumu zapytaliśmy wydawcę czy rozróżni nasze rysunki – nie potrafił. Rosiński otwierając mi furtkę do kariery na rynku zachodnim, zapewnił serii Yans jej kontynuacje.

Sytuacja ta diametralnie zmieniła życie Kasa i jego rodziny. Początkowo pracował dla wydawcy belgijskiego z Polski. Plansze wysyłał pocztą lotniczą, która niestety była zawodna. Dostarczała przesyłki albo nieterminowo, albo uszkodzone. Wtedy rodzina Kasprzaków podjęła decyzję, że wspólnie wyjeżdżają do Belgii. – Zdecydowaliśmy się na wyjazd, bo przyświecał nam jeszcze inny, najważniejszy cel. Mieliśmy chore dziecko, które mogliśmy leczyć właśnie w Brukseli. Ponieważ miałem już kontrakt mogłem zapewnić odpowiednie fundusze na utrzymanie rodziny. W Polsce robiłem komiksy, ilustracje do książek, rysunki prasowe, plakaty. W Belgii mogłem poświęcić się wyłącznie komiksowi.

Warto tutaj zatrzymać się przy pani Grażynie, która nie tylko w prywatnym, ale również w zawodowym życiu Kasa pełni niezwykle ważną rolę. Graza, bo taki przyjęła pseudonim, zajmuje się malarstwem, oraz jest doskonałą kolorystką. Dzięki niej możemy zachwycać się w kolorze Yansem, Dziewczyną z Panamy, Thorgalem, Szninklem, czy komiksem Halloween Blues.– Czytam, oglądam stronę graficzną komiksów, ale wbrew pozorom nie są one moją pasją – śmieje się Graza. – Nie tylko Zbyszek namawiał mnie do narysowania własnej historii, ale mnie to zupełnie nie kręci. Aby rysować komiks trzeba umieć opowiadać. Zbyszek ma sens narracji i detalu, rysując opowiada.

– Grażynka jest scenografem, debiutowała w szczecińskim teatrze. Oprócz koloru do komiksów maluje obrazy. Właśnie teraz ma swoją wystawę w Belgii – dopowiada z dumą Kas. – Ona jest moją inspiracją.
Od lat wspólnie pracujemy przy komiksie. Zawsze razem wybieramy scenariusz. Pomaga mi w zbieraniu materiałów, podpowiada w kreowaniu postaci i kostiumów, no i oczywiście nadaje koloru moim pracom.

Dzisiaj rodzina Kasprzaków mieszka w Belgii. Są szczęśliwi, uśmiechnięci i pełni pomysłów. Stworzyli dom, który, podobnie jak w przypadku Rosińskiego, jest swoistego rodzaju galerią prac pana Zbigniewa. – Na ścianach wiszą prace Zbyszka: są rysunki, akwarele, ilustracje, obrazy olejne, jest tez dużo portretów. Jego praca jest jego największą pasją. Życie z artystą wymaga tolerancji, a źródłem tolerancji jest miłość. Na szczęście nasz dom dysponuje jeszcze poddaszem, gdzie znalazły miejsce i moje obrazy – podsumowuje przekornie Graza.

 
11( 132)
Listopad'19